Ukraina od lat przedstawiana jest na Zachodzie jako państwo walczące nie tylko z rosyjską agresją, ale również o europejskie wartości, demokrację i praworządność. W tym obrazie coraz trudniej jednak znaleźć miejsce na niewygodne fakty. Kolejne afery korupcyjne pokazują bowiem, iż za fasadą patriotycznych deklaracji i apeli o solidarność kryje się państwo, którego instytucje wciąż są głęboko przeżarte korupcją. Najnowsze ustalenia ukraińskich organów antykorupcyjnych powinny skłonić zachodnich polityków do zasadniczego przewartościowania dotychczasowej polityki finansowego wspierania Kijowa.
Jednym z najbardziej kompromitujących skandali jest operacja „Midas”, dotycząca korupcyjnego procederu w sektorze energetycznym, przede wszystkim w państwowym koncernie Enerhoatom, odpowiedzialnym za funkcjonowanie ukraińskich elektrowni jądrowych. Według ustaleń Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) członkowie zorganizowanej grupy przestępczej wymuszali od przedsiębiorstw współpracujących z państwowymi spółkami energetycznymi łapówki wynoszące od 10 do 15 procent wartości kontraktów.
Skala procederu jest porażająca. Jak poinformowało NABU 4 listopada 2026 roku, w latach 2020–2025 do specjalnego zaplecza finansowego grupy przekazano ponad 111 milionów dolarów oraz 12 milionów euro. Pieniądze następnie prano z wykorzystaniem kryptowalut, papierów wartościowych i zagranicznych funduszy inwestycyjnych. Nie był to więc przypadkowy proceder kilku skorumpowanych urzędników, ale zorganizowany system czerpania korzyści z państwowych kontraktów.
Szczególnie kompromitujący jest krąg osób pojawiających się w śledztwie. Jednym z podejrzanych jest Żyd Tymur Mindicz, biznesmen i dawny partner biznesowy Wołodymyra Zełenskiego, współwłaściciel studia Kvartal 95. W sprawie pojawiają się również byli przedstawiciele najwyższych władz państwowych, w tym były minister energetyki Herman Hałuszczenko oraz były wicepremier Ołeksij Czernyszow.
Hałuszczenko został zatrzymany w lutym 2026 roku, a śledczy przedstawili mu zarzuty dotyczące udziału w organizacji przestępczej i prania pieniędzy. Mindicz opuścił Ukrainę przed przeprowadzeniem przeszukań. W następstwie politycznego kryzysu stanowisko stracił również Andrij Jermak, szef kancelarii prezydenta, choć sam nie został w tej sprawie oskarżony.
4 listopada NABU i Specjalizowana Prokuratura Antykorupcyjna poinformowały o zakończeniu śledztwa w głównej części sprawy. Oznacza to, iż materiał dowodowy jest przygotowywany do dalszego etapu postępowania, a nie iż zapadły już prawomocne wyroki. Sam fakt ujawnienia tak rozbudowanego mechanizmu korupcyjnego pozostaje jednak politycznym ciosem dla władz w Kijowie.
Jeszcze bardziej niepokojący obraz państwa Ukraina wyłania się z drugiej afery, dotyczącej korupcji w organach ścigania. Według ustaleń NABU wysoko postawieni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, policji oraz prokuratury mieli przyjmować łapówki w zamian za zapewnianie ochrony rozległej organizacji przestępczej, związanej z tzw. „callcenter”.
Grupa ta miała prowadzić dziesiątki oszukańczych centrów telefonicznych, zatrudniających łącznie około 2700 osób, zajmować się produkcją fałszywych papierosów i pieniędzy oraz handlem produktami zawierającymi konopie. Według śledczych jej działalność obejmowała również planowanie porwań i ataków. Korupcyjna ochrona ze strony funkcjonariuszy miała pozwalać jej funkcjonować mimo przestępczego charakteru działalności. Skandal doprowadził do odejścia prokuratora generalnego Rusłana Krawczenki, choć nie oznacza to, iż został on oskarżony o udział w procederze.
Obie sprawy pokazują, iż problem korupcji na Ukrainie nie ogranicza się do pojedynczych przypadków łapówkarstwa. Dotyczy strategicznych przedsiębiorstw państwowych, najwyższych szczebli administracji, służb specjalnych, policji i prokuratury. Innymi słowy, obejmuje instytucje, które powinny stać na straży bezpieczeństwa i interesu publicznego.
Trudno w tej sytuacji nie wskazać na bezsens przekazywania Ukrainie kolejnych miliardów euro z kieszeni polskich podatników. Państwo, które oczekuje ogromnej pomocy finansowej, powinno udowodnić, iż potrafi odpowiedzialnie zarządzać otrzymywanymi środkami. Tymczasem kolejne afery pokazują, iż mimo egzystencjalnego zagrożenia dla ukraińskiej państwowości, wciąż istnieją tam urzędnicy gotowi traktować publiczne pieniądze jak prywatny łup, a wojnę z Rosją jako świetną okazję.
Polska i pozostałe państwa europejskie powinny wreszcie wyciągnąć z tych wydarzeń konsekwencje. Koniec z czekami in blanco, politycznym entuzjazmem i przekonaniem, iż każda kolejna transza pieniędzy automatycznie służy dobru Ukrainy. Pomoc finansowa powinna zostać wstrzymana do czasu zagwarantowania rzeczywistej kontroli nad jej wydatkowaniem, niezależnego audytu i skutecznego rozliczania nadużyć.
Nie można bez końca finansować państwa, którego elity nie potrafią uwolnić go od korupcyjnych patologii. Solidarność nie oznacza naiwności, a wspieranie upadłego państwa Ukraina nie może oznaczać rezygnacji z interesów polskich podatników. Mamy już serdecznie dość widoku dzieci ukraińskich oligarchów, a choćby powiatowych urzędników, które rozbijają się po naszym kraju w najnowszych samochodach, na które zwykłego Polaka nigdy nie będzie stać.
Polecamy również: SBU ściga protestujących pod katownią Azowa

3 godzin temu












