Ukraina zabiega u Elona Muska o zgodę na użycie Starlinka w dronach uderzających w rosyjskie wyrzutnie do 200 km w głąb Rosji, podał 21 sierpnia Financial Times. Powodem jest niedobór pocisków Patriot. Dla Polski to ostrzeżenie: bez własnych zdolności łączności bezpieczeństwo zależy od cudzej decyzji.
Zgoda jednego człowieka i problem całego frontu
Według Financial Times Kijów zabiega o zgodę Elona Muska na użycie terminali Starlink w dronach, które miałyby uderzać w rosyjskie wyrzutnie pocisków balistycznych choćby do 200 km w głąb Rosji. To nie jest techniczny szczegół dla pasjonatów satelitów. To sprawa o życie ludzi pod rosyjskim ostrzałem i o realną granicę suwerenności państwa w epoce prywatnych systemów łączności.
Ukraina szuka aktywniejszej obrony, bo przechwytywanie rosyjskich pocisków balistycznych wymaga ograniczonych zasobów. System Patriot pozostaje tu kluczowy, a pocisków przechwytujących brakuje. o ile nie da się zestrzelić wszystkiego nad miastami, naturalnym krokiem jest próba niszczenia wyrzutni, zaplecza i logistyki zanim rakieta wystartuje.
Starlink jako nerw wojny
Starlink stał się na Ukrainie jednym z narzędzi utrzymania łączności wojskowej i cywilnej. Działa tam, gdzie klasyczna infrastruktura została zniszczona albo jest zagłuszana. Właśnie dlatego sprawa jest tak poważna: prywatna sieć satelitarna nie jest dodatkiem do wojny, ale elementem jej układu nerwowego.
DN opisywał już, jak Starlink stał się przedmiotem ostrego sporu także z udziałem polskich polityków. Teraz widać jeszcze wyraźniej, iż kto kontroluje łączność, ten ma wpływ na tempo, zasięg i granice działań zbrojnych. Państwo może mieć drony, ludzi i cele, ale bez stabilnego kanału dowodzenia pozostaje sparaliżowane.
Kijów chce uderzać w wyrzutnie, nie czekać na kolejne salwy
Z punktu widzenia wojskowego logika Kijowa jest czytelna. Rosyjskie pociski balistyczne są jednym z najtrudniejszych zagrożeń dla obrony powietrznej. Gdy brakuje przechwytujących rakiet Patriot, uderzenie w wyrzutnię może być tańsze i skuteczniejsze niż bierne czekanie na kolejną salwę.
To jednak oznacza wejście w pole politycznej zgody, ryzyka eskalacji i biznesowej kontroli technologii. Musk wcześniej ostrożnie traktował wykorzystywanie Starlinka do działań ofensywnych. Teraz, według FT, Ukraina próbuje przekonać go ograniczeniem zasięgu i wskazaniem konkretnego celu: rosyjskich systemów, które służą do atakowania ukraińskich miast.
Polska lekcja: łączność musi być suwerenna
Dla Polski najważniejszy wniosek brzmi prosto. Sojusze są potrzebne, prywatna technologia bywa bezcenna, ale państwo poważne nie może zakładać, iż w godzinie próby zawsze ktoś z zewnątrz naciśnie adekwatny przycisk. Bezpieczeństwo narodowe nie powinno wisieć na regulaminie korporacji ani na kalkulacji jednego miliardera.
Tak samo nie wolno lekceważyć ryzyka obchodzenia ograniczeń przez Rosję. Niedawno DN pisał o sprawie, w której SBU zatrzymała osoby podejrzewane o dostarczanie Starlinków Rosjanom na Ukrainie. To pokazuje, iż technologia o strategicznym znaczeniu natychmiast staje się celem infiltracji, przemytu i wojny wywiadów.
Realizm zamiast złudzeń
Ukraina ma prawo bronić się przed rosyjską agresją. Polska ma obowiązek patrzeć na tę wojnę przez własny interes narodowy. Naszym interesem jest słabsza Rosja, stabilna wschodnia flanka i jak najmniejsze ryzyko przeniesienia chaosu pod polskie granice. Ale naszym interesem jest też własna odporność: satelitarna, cyfrowa, przemysłowa i wojskowa.
Spór o Starlinka nie jest więc ciekawostką o Musku. To lekcja z nowoczesnej wojny. Kto nie ma własnych systemów łączności, rozpoznania i produkcji amunicji, ten choćby przy odwadze żołnierzy musi prosić innych o zgodę. Polska nie może budować bezpieczeństwa na nadziei, iż cudze interesy zawsze zbiegną się z naszymi.
Źródło: Financial Times, WP Wiadomości, AP.
Źródło: WP Wiadomości















