Ukraina 21 sierpnia oficjalnie wystąpiła do Polski z propozycją podwojenia liczby pociągów na przejściach granicznych, aby zwiększyć tranzyt produktów rolnych z 300 do 600 tys. ton miesięcznie. Anna Bryłka alarmuje, iż dla polskich rolników oznacza to presję na ceny, logistykę i kontrolę importu z Ukrainy.
Kijów chce więcej pociągów przez Polskę
Ukraińskie ministerstwo rolnictwa stawia sprawę jasno: polski kierunek ma zostać mocniej wykorzystany do wywozu produktów rolnych. Jak podał AgroPortal, powołując się na resort w Kijowie, Ukraina oficjalnie zwróciła się do Polski o podwojenie liczby pociągów na przejściach granicznych. W praktyce chodzi o wzrost tranzytu przez Polskę z obecnych 300 tys. do 600 tys. ton miesięcznie.
Tę informację nagłośniła europoseł Konfederacji Anna Bryłka. Jej alarm nie bierze się z próżni. Polska wieś już raz zapłaciła za politykę otwierania korytarzy bez żelaznej kontroli. Zboże i inne towary miały jechać dalej, a część presji została w kraju, uderzając w magazyny, ceny i poczucie elementarnej uczciwości wobec polskich gospodarzy.
Sprawa wraca w złym momencie. Zbiory w Europie obciążają własną logistykę państw sąsiednich, a ukraińska strona mówi wprost o kryzysie eksportowym. Według Tarasa Wysockiego alternatywne szlaki mają w sierpniu obsłużyć ok. 1,5 mln ton przy zapotrzebowaniu ok. 5 mln ton miesięcznie. To pokazuje skalę problemu po stronie Kijowa, ale nie zwalnia Warszawy z obowiązku obrony własnego rynku.
Tranzyt nie może stać się importem
Polski interes jest prosty: o ile towary rolne z Ukrainy jadą przez Polskę, muszą jechać pod pełną kontrolą i do jasno wskazanych odbiorców poza naszym rynkiem. Tranzyt nie może po cichu zmieniać się w import. Takie zdanie powinno być fundamentem polityki państwa, bez względu na presję Kijowa, Brukseli czy branż logistycznych.
Dziennik Narodowy pisał już o ostrzeżeniach Bryłki, gdy rząd miał wyjaśnić rozmowy z Kijowem w sprawie zboża. Dzisiejsza propozycja Ukrainy potwierdza, iż temat nie jest zamknięty. To ciąg dalszy sporu o to, czy Polska ma być tylko zapleczem transportowym cudzych interesów, czy państwem, które potrafi twardo postawić warunki.
Nie chodzi o wrogość wobec Ukrainy. Rosyjska agresja jest realna, a ukraińska gospodarka walczy o przetrwanie. Ale polska pomoc nie może oznaczać zgody na chaos gospodarczy u siebie. Solidarność bez kontroli staje się rachunkiem wystawionym polskiemu rolnikowi.
Bruksela otworzyła drzwi, rolnicy płacą rachunek
Tłem tej sprawy są unijne mechanizmy handlowe i korytarze solidarnościowe. Rada UE podaje, iż od maja 2022 r. przez te szlaki wyeksportowano 102 mln ton ukraińskich produktów rolnych. To liczba ogromna. Pokazuje, iż decyzje logistyczne nie są technicznym detalem. One zmieniają realną równowagę na rynku.
Dlatego poprzednie spory o bezcłowe kontyngenty rolne z Ukrainy nie były partyjną awanturą. Były sporem o suwerenność gospodarczą. Gdy bezcłowe kontyngenty z Ukrainy rosły, polscy rolnicy słyszeli zapewnienia o twardej obronie ich interesów. Teraz słyszą, iż przez granicę może przejeżdżać dwa razy więcej towaru.
Warszawa powinna odpowiedzieć warunkami, nie ogólnikami. Całodobowa praca służb granicznych? Tylko z pełnym finansowaniem, plombowaniem transportów, kontrolą fitosanitarną, śledzeniem trasy i sankcjami za złamanie zasad. Większa liczba pociągów? Tylko wtedy, gdy polska infrastruktura nie zostanie podporządkowana cudzym potrzebom kosztem własnych eksporterów i przewoźników.
Stawką jest bezpieczeństwo żywnościowe
Rolnictwo nie jest zwykłą branżą. To bezpieczeństwo żywnościowe, życie wsi, własność rodzinnych gospodarstw i odporność państwa. Kto traktuje je jak rubrykę w arkuszu logistycznym, ten nie rozumie Polski.
Rząd powinien jasno powiedzieć, czy przyjął ukraińską propozycję, czy ją odrzuca, i jakie gwarancje postawił na stole. Milczenie w tej sprawie będzie błędem. Przy granicy nie rozstrzyga się tylko przepustowość torów. Rozstrzyga się, czy polskie państwo potrafi pilnować interesu własnych obywateli.
Źródło: Do Rzeczy, AgroPortal, Rada UE.
Źródło: Do Rzeczy










