Kaczyński użył swoich wpływów aby kazać prezesowi banku udzielić sob ie gigantycznego kredytu – twierdzi Roman Giertych. W tej prawie, która z pozoru wygląda jak scenariusz z politycznego thrillera, coraz wyraźniej rysuje się schemat przestępstwa: od przejęcia banku przez państwo, przez osobiste kontakty prezesa PiS z szefem Pekao SA, aż po próbę uzyskania przez Kaczyńskiego kredytu w wysokości 300 milionów euro – dla spółki bez historii, kapitału i zabezpieczeń.
Według słów mecenasa Romana Giertycha, wszystko zaczęło się od decyzji o wykupie banku Pekao SA z rąk włoskich właścicieli. Gdy bank stał się instytucją państwową, znalazł się de facto pod kontrolą polityczną PiS. To właśnie wtedy, jak twierdzi Gerald Birgfellner – a jego relację potwierdziła nieżyjąca już dzisiaj Barbara Skrzypek, wieloletnia sekretarka Kaczyńskiego – doszło do bezprecedensowej sytuacji: prezes PiS nakazał udzielić swojej spółce (czyli de facto obie) kredytu na 300 milionów euro.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego – gdyby nie fakt, iż wniosek o kredyt dotyczył spółki, która istniała zaledwie kilka miesięcy, nie miała żadnego kapitału zakładowego, ani żadnych realnych zabezpieczeń. Jedynym atutem był fragment działki na warszawskim Srebrnie, należący do spółki Srebrna – tej samej, której działalność finansowa od lat wywołuje medialne burze.
Kredyt z kieszeni obywateli?
Jak zauważa Giertych, środki publiczne zostały użyte najpierw do nacjonalizacji banku, a następnie – w opinii byłego ministra – bank miał służyć do udzielenia ogromnego kredytu na polecenie polityka. To już nie tylko kwestia nieetycznego zachowania. To, zdaniem Giertycha, podstawa do postawienia zarzutów z art. 231 § 2 Kodeksu karnego, czyli „przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” – przestępstwa zagrożonego karą do 10 lat więzienia.
Jeśli to, co mówią świadkowie – zarówno Birgfellner, jak i nieżyjąca już niestety Skrzypek – zostanie potwierdzone, okaże się, iż Jarosław Kaczyński nie tylko zarządzał polityką państwową, ale także używał jej do prywatnych celów. Kredyt nie został wprawdzie udzielony, ale sama próba jego wymuszenia – jak wynika z relacji – była realna i niepodważalna.
Afera, która nie znika
To nie pierwsza sytuacja, w której nazwisko Kaczyńskiego łączone jest z działalnością gospodarczą spółki Srebrna. Ale tym razem w grę wchodzą poważne zarzuty natury karnej – i to nie od politycznych przeciwników, ale z ust prawników i świadków znających kulisy sprawy.
W cieniu tej historii pozostaje pytanie: ilu jeszcze polityków PiS próbowało wykorzystywać instytucje państwowe do prywatnych interesów? I czy rzeczywiście „skromny i uczciwy prezes”, jak lubi siebie przedstawiać Kaczyński, nie jest czasami szefem wielkiej grupy mafijnej?
Pozostaje też inna kwestia: skoro 300 milionów euro (1,2 mld zł!) mogło zostać wyczarowane jednym telefonem do prezesa państwowego banku, to czy państwo polskie rzeczywiście kontroluje swoje finanse – czy może kontrolować je jeden człowiek?