Uchwała Lwowskiej Rady Obwodowej z 20 października, która miała ustanowić 2027 rokiem UPA, Romana Szuchewycza i Ołeha Olżycza, nie została podpisana i nie obowiązuje. Potwierdził to 29 października szef władz obwodu Maksym Kozycki. Polska presja przyniosła skutek, ale bez formalnego wycofania dokumentu sprawa pozostaje niezamknięta.
Dokument utknął bez podpisu
Lwowska Rada Obwodowa przyjęła 20 października uchwałę poświęcającą rok 2027 Ukraińskiej Powstańczej Armii, jej dowódcy Romanowi Szuchewyczowi oraz działaczowi OUN Ołehowi Olżyczowi. Pełniący obowiązki przewodniczącego rady Jurij Chołod nie podpisał dokumentu w pięciodniowym terminie. Wynik głosowania nie został też opublikowany na stronie rady. Plany honorowania UPA i Szuchewycza we Lwowie były znane już latem, więc polskie oburzenie nie mogło być dla inicjatorów zaskoczeniem.
Radio Swoboda podało, iż Lwowska Obwodowa Administracja Wojskowa zabiegała u części radnych o poparcie apelu przeciw podpisaniu uchwały. Radny Stepan Buniak przyznał, iż brak podpisu jest sprzeczny z ustawą o samorządzie lokalnym, a uporządkowanie sprawy wymagałoby nadzwyczajnego posiedzenia i nowej decyzji rady. To ważne rozróżnienie: dokument dziś nie obowiązuje, ale polityczna odpowiedzialność za jego przyjęcie nie zniknęła.
Polska reakcja przyniosła konkretny skutek
Sprzeciw Warszawy gwałtownie wyszedł poza dyplomatyczne formułki. Na wniosek ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego inicjator uchwały Światosław Szeremeta otrzymał zakaz wjazdu do strefy Schengen do 20 października 2031 roku. Przemyśl zawiesił współpracę partnerską ze Lwowem, a Sejmik Województwa Lubelskiego zerwał współpracę z obwodem lwowskim. Za decyzją zagłosowało wszystkich 30 radnych obecnych na sesji.
Ta stanowczość zadziałała. Szef władz obwodu lwowskiego Maksym Kozycki potwierdził 29 października w piśmie do marszałka województwa śląskiego Wojciecha Saługi, iż uchwała nie została podpisana i nie weszła w życie. Władze w Kijowie wcześniej dystansowały się od inicjatywy, a Wołodymyr Zełenski, według relacji Donalda Tuska, był z niej bardzo niezadowolony. Polska powinna odnotować ten krok, ale nie mylić proceduralnego zamrożenia z uczciwym rozliczeniem błędnej decyzji.
Pamięć ofiar nie podlega przeczekaniu
Spór nie dotyczy prawa Ukraińców do pamięci o walce z sowieckim zniewoleniem. Dotyczy gloryfikowania formacji i dowódców obciążonych odpowiedzialnością za zbrodnie na polskiej ludności cywilnej. Sejm RP przypomniał w uchwale z 26 lipca 2024 roku, iż 11 lipca 1943 roku UPA zaatakowała ponad 100 polskich miejscowości na Wołyniu, a w ludobójstwie zginęło co najmniej 100 tysięcy Polaków. Państwo polskie ma obowiązek bronić tej prawdy.
Nie wolno przy tym przenosić odpowiedzialności za decyzję lwowskich radnych na cały naród ukraiński. Krytyka musi trafiać w autorów uchwały, politykę pamięci i instytucje, które pozwalają wynosić UPA na piedestał. Polska dyplomacja już wcześniej ostrzegała Kijów przed takim kierunkiem. Dzisiejszy spór pokazuje, iż same apele nie wystarczają, gdy za fałszywym gestem nie idzie odczuwalny koszt polityczny.
Potrzebne formalne zamknięcie sprawy
Dla Polski stawka jest jasna: pamięć pomordowanych, prawo rodzin do prawdy oraz wiarygodność relacji z państwem, które otrzymuje od Polaków znaczące wsparcie w walce z rosyjską agresją. Pomoc napadniętemu sąsiadowi leży w polskim interesie bezpieczeństwa. Nie daje jednak nikomu prawa oczekiwać od Warszawy milczenia wobec kultu sprawców zbrodni na obywatelach II Rzeczypospolitej.
Lwowska Rada Obwodowa powinna formalnie wycofać uchwałę i jasno odciąć się od honorowania Szuchewycza oraz UPA. Przeczekanie oburzenia pozostawia furtkę do powrotu tego samego pomysłu. Partnerstwo polsko-ukraińskie będzie trwałe wyłącznie wtedy, gdy oprze się na bezpieczeństwie przed Rosją i prawdzie o Wołyniu. Jednego nie wolno budować kosztem drugiego.
Źródło: Interia, Radio Swoboda, Serwis Samorządowy PAP, Sejm RP.
Źródło: Banderyzm / Ukraina (monitor PL)












