Polskie jabłka są dla wielu powodem do dumy, ale codzienność sadowników jest coraz trudniejsza. Wiosenne przymrozki niszczą kwiaty i owoce, letnie upały przypalają jabłka, a rosnące koszty i konkurencja z zagranicy dokładają kolejne problemy.
Wybraliśmy się do Mstowa położonego w sercu Jury Krakowsko-Częstochowskiej na doroczne Święto Jabłka. Gmina Mstów jest jednym z polskich zagłębi jabłkowych. To tutaj od 12 lat zjeżdżają się lokalni sadownicy, przedsiębiorcy i szerokie grono mieszkańców dumnych ze swojego symbolu – polskiego jabłka.
Od pokoleń uprawiają jabłka. Dziś mówią o wyzwaniach
– W gminie Mstów jest najwięcej sadów w woj. śląskim – ponad 230 ha. Kilkanaście lat temu wymyśliliśmy formę promocji naszych sadowników, a przy okazji całej gminy w formie właśnie Święta Jabłka – powiedział wójt gminy Mstów Tomasz Gęsiarz, pytany przez SmogLab. – Najpierw były to małe imprezy plenerowe na mstowskim rynku, ale po około dwóch latach rozrosło się to do tego stopnia, iż przenieśliśmy się na mstowskie błonia.
Włodarz zaznaczył, iż to wyjątkowa okazja do integracji nie tylko lokalnej społeczności, ale także wymiany doświadczeń z gośćmi, którzy licznie tu przybywają z innych regionów Polski. – To też okazja do promocji marki Owocowo w Mstowie. Do tego jest to po prostu fajna impreza.
Wójt Tomasz Gęsiarz podczas Święta Jabłka. Fot. Gmina Mstów– Mamy sadowników, którzy całymi rodzinami działają z pokolenia na pokolenie. To jest bardzo ciężka praca, wymagająca poświęcenia i zależna od czynników pogodowych. Gdy przychodzą zimne noce, sadownicy mocno walczą o swoje jabłka, które potem widzimy na swoich stołach. Jestem pełen podziwu dla ich niełatwej pracy – mówi nam wójt.
Jedną z takich rodzin są państwo Walaszczyk, którzy sady mają od 1975 r. Oprócz jabłoni mają również śliwy, czereśnie oraz zajmują się łąkami Natura 2000. O blaskach, cieniach i trudach sadownictwa jabłkowego opowiedziała nam pani Anna Walaszczyk, która na Święcie Jabłka prezentowała zbiory swojego syna.
– Wszystko robiliśmy od podstaw. Teraz jest trudniej, niż było kiedyś. Mam na myśli pogodę, która przeszkadza, bo już trzeci rok z rzędu przez wiosenne przymrozki zmarzły nam czereśnie. Ratujemy się rozpalaniem ognisk, ale to nie zawsze pomaga. Teraz choćby tego nie zgłaszaliśmy, bo już wstyd chodzić i prosić się o tak małe pieniądze – przyznaje nasza rozmówczyni.
Sady, które przetrwały pokolenia. Dziś największym przeciwnikiem jest pogoda
Pani Anna wspomniała o odszkodowaniach wypłacanym rolnikom w razie strat np. na skutek przymrozków. – Wszystko pani zmarznie, a tak pani wyliczą, iż dostanie pani 3 tys. zł – przyznaje pani Anna. – Straty można liczyć w granicach kilkudziesięciu, a choćby stu tys. lub więcej.
Latem zagrożeniem są coraz częstsze i bardziej dotkliwe susze.
– Pewnie, iż widzę zmiany w pogodzie. W czerwcu było tak gorąco, iż przypaliło nam jabłka, były po prostu wypalone od słońca. Takich owoców się już nie sprzeda – wyjaśnia pani Anna. jeżeli chodzi o ubezpieczenia, to nie jest to proste, bo trzeba by się ubezpieczyć od wszystkiego osobno: od mrozu, od suszy, od gradobicia itd. Składki są tak duże, iż to się po prostu nie opłaca.
Pani Anna opowiedziała nam o codzienności sadownika. Fot. K. UrbanSadownikom nie pomaga też napływ owoców z innych krajów.
– Mam na myśli także trudy związane ze zniesieniem granic, przez co napływa do nas wiele towarów, często nie wiadomo, skąd. Polska słynie z jabłek, ale dziś ich spożycie jest u nas mniejsze, niż kiedyś. Dawniej jabłek jadło się więcej, bo nie było takiego dostępu do owoców zagranicznych czy też egzotycznych. Dziś klient ma większy wybór.
Wcześniej państwo Walaszczyk wysyłali swoje jabłka na Ukrainę. Dziś szukają innych rynków zbytu. Warto wspomnieć, iż przedmiotem protestów środowisk rolnicznych jest umowa z krajami Mercosur. Ta umowa handlowa między UE a państwami (głównie Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem) ma stopniowo ułatwiać wymianę handlową, co budzi obawy części polskich rolników i sadowników przed większą konkurencją ze strony produktów importowanych.
– jeżeli chodzi o Mercosur, to nie chciałabym, żeby obowiązywał Polskę, ale rozumiem, iż ludzie sięgają też po towary z innych państw – podsumowuje pani Anna.
Fot. K. UrbanLokalność przede wszystkim
W tym kontekście nie należy zapominać o plusach spożywania lokalnych produktów. Koniec lata i początek jesieni to szczególnie dobry moment, aby przypomnieć o znaczeniu sezonowości i lokalności. To czas dużej dostępności krajowych warzyw i owoców, których droga od producenta do konsumenta może być stosunkowo krótka. Specjaliści przypominają, iż wybieranie produktów w ich naturalnym sezonie może ograniczać potrzebę długiego przechowywania i chłodzenia. Z kolei wybór produktów lokalnych i krajowych może zmniejszyć obciążenie związane z transportem. W określonych warunkach oznacza to możliwość zmniejszenia zużycia energii i paliw, a tym samym części emisji związanych z dostarczeniem żywności do konsumenta.
– Kupując polskie warzywa i owoce w ich naturalnym sezonie, korzystamy z tego, co w danym momencie oferuje krajowe rolnictwo. To może oznaczać krótszą drogę produktu, mniejsze potrzeby związane z przechowywaniem i większą świeżość – mówi dr inż. Sylwia Łaba, ekspertka ds. strat i marnotrawstwa żywności z Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.
–
Zdjęcie tytułowe: K. Urban

1 godzina temu

![POWIAT BOCHEŃSKI. Weekend z zabytkami zaczynamy od smaków, muzyki i tańca. W piątek bocheński Rynek ożyje! [WIDEO]](https://bochniazbliska.pl/wp-content/uploads/2026/09/Pota%C5%84c%C3%B3wka-na-boche%C5%84skim-rynku-1.png)












