TRZY PO TRZY: Załamanie nerwowe

1 dzień temu

Każdego od czasu do czasu nachodzi. Niektóre dni są jakoby zaprogramowane, tak naszpikowane frustracjami, porażkami i pechem, iż pchają człowieka w jego objęcia. Załamanie nerwowe. Ludzie są różni i różnie je przechodzą. Niektórym wystarczą zamknięte drzwi oraz kilka minut ciszy. Inni nie poradzą sobie bez kropli czegoś mocniejszego. Jeszcze inni mówią do siebie, niekiedy wręcz skamlącym tonem. Oczywiście bardzo wielu wpada w istny szał, miota się, wrzeszczy, boksuje się z produktami meblarskimi. Te bardzo różne reakcje mają jednak pewną cechę wspólną. zwykle ludzie w chwilach załamania wolą być sami. Komu potrzebna widownia, gdy jego zachowanie przestaje być powodem do chluby?

Szymon Hołownia jednak żyje dla stawania przed widownią i stało się to jego fetyszem jeszcze na długo zanim postanowił wejść na ultymatywną scenę, jaką w polskich warunkach jest show-biznes polityczny. Dlatego, choć trudno się już na to patrzy, jego załamania nerwowego, spowodowanego mikrym wynikiem w wyborach prezydenckich wiosną 2025 r. musimy wszyscy szczegółowo doświadczać. W wersji lidera Polski 2050 załamanie nerwowe objawia się głównie nieustannym zmienianiem decyzji, komunikowaniem każdej przejściowej decyzji urbi et orbi oraz zajmowaniem zdumiewających stanowisk.

Dostawszy lanie od wyborców, Hołownia przestał lubić tak ich, jak i swoich współkoalicjantów. Tych drugich mógł chyba też i nigdy nie lubić. W efekcie za coś naturalnego uznał oskarżanie bliżej niesprecyzowanych osób o demokratycznych poglądach (w domyśle współkoalicjantów właśnie) o podżeganie go do przeprowadzenia zamachu stanu. Za coś zwyczajnego uznał sekretne spotkania z liderem autorytarnej opozycji w późnych godzinach nocnych w prywatnych mieszkaniach (co nie przeszkodziło mu powiesić tzw. psów na partyjnym koledze, który w godzinach urzędowania jawnie spotkał się w kancelarii z premierem popieranego przez Polskę 2050 rządu). Przez długie miesiące straszył koalicjantów wizją kryzysu rządowego i utraty większości, aby wymusić swoje pozostanie na stanowisku Marszałka Sejmu, choć dwa lata wcześniej z własnej woli zgodził się je oddać w połowie kadencji.

Gdy jednak łaskawie fotel scedował, a równocześnie w przedbiegach odpadł z „wyścigu” o stanowisko wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców, publicznie zadeklarował, iż odchodzi z polityki, bo polityka to bagno, więc niech się jego koalicjanci i ich wyborcy o demokratycznych poglądach, jako chyba gorszy sort człowieka, w tym bagnie taplają bez jego majestatu. Tym samym odmówił koleżeństwu partyjnemu pozostania na czele Polski 2050 na kolejną kadencję.

A potem… zmienił zdanie. Dziwne (by nie rzec „podejrzane”) „problemy techniczne” w trakcie drugiej tury wyborów nowego szefa partii skłoniły go do sformułowania żądania, aby powtórzyć całe wybory od początku, jednak z jego udziałem (i oczywiście z jego wyborem). Gdy ostatecznie, zmęczeni tym idiotycznym tantrum, działacze partii odmówili jego życzeniom, znów się obraził, zapowiedział odejście z polityki po raz drugi w ciągu kwartału, a także to, iż wyprowadzi z Polski 2050 swoich lojalistów i uzależni większość rządu Tuska od swoich humorów i załamań.

Dom na piasku. Tym niestety jest koalicja demokratycznych sił w Warszawie. Piaskiem jest Hołownia. Wszyscy czekają, kiedy w końcu go wywieje i uda się zrobić inwentaryzację.

Idź do oryginalnego materiału