TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY. DIALOG GROZI ZROZUMIENIEM

wschodni24.pl 2 godzin temu

Marcus o hipokryzji, politycznej manipulacji i obywatelach, których kolejny raz zaproszono na wojnę w cudzym interesie.

Zastanawiam się ostatnio, czy w Polsce istnieje jeszcze jakaś instytucja, której politycy nie potrafiliby zamienić w pole bitwy.

Mamy Sejm.

Mamy Senat.

Mamy sądy.

Mamy prokuraturę.

Mamy media publiczne.

No i mamy Trybunał Konstytucyjny.

A adekwatnie mamy coś, co nazywa się Trybunałem Konstytucyjnym, choć coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, iż dla znacznej części klasy politycznej najważniejszy nie jest jego autorytet.

Najważniejsze jest to, kto będzie miał nad nim kontrolę.

I właśnie dlatego od lat oglądamy spektakl, w którym wszyscy występują w roli obrońców konstytucji.

Jedni bronią jej przed drugimi.

Drudzy przed pierwszymi.

Jedni krzyczą o bezprawiu.

Drudzy o zamachu na demokrację.

Jedni wskazują dublerów.

Drudzy przekonują, iż prawdziwym problemem są ci, którzy nie uznają orzeczeń.

A obywatel?

Obywatel ma wybrać drużynę.

I najlepiej nie zadawać zbyt wielu pytań.

Dublerzy, kaskaderzy i polityczny teatr

Kiedyś Trybunał Konstytucyjny kojarzył się z poważną instytucją państwa.

Z prawnikami.

Z konstytucją.

Z orzeczeniami, które miały chronić obywateli przed nadużyciami władzy.

Dzisiaj przeciętny człowiek słyszy przede wszystkim o sędziach dublerach.

O sporach dotyczących wyboru sędziów.

O nieuznawanych orzeczeniach.

O konfliktach kompetencyjnych.

O tym, kto powinien złożyć ślubowanie, kto miał prawo kogo powołać i kto adekwatnie ma prawo rozstrzygać o legalności całego przedsięwzięcia.

Brakuje jeszcze kaskaderów.

Chociaż, patrząc na polityczną akrobatykę niektórych uczestników tego widowiska, można dojść do wniosku, iż i oni już dawno znaleźli zatrudnienie.

Bo trzeba mieć nie lada talent, żeby przez kilka lat bronić określonego sposobu postępowania, a później z pełnym przekonaniem potępiać podobne działania przeciwników.

Albo odwrotnie.

I nie chodzi o to, iż wszystkie działania obu stron były jednakowe. Nie były. Poszczególne decyzje mają własne podstawy prawne i konsekwencje, które należy oceniać oddzielnie.

Chodzi o coś innego.

O polityczną zdolność do uznawania zasad za święte wyłącznie wtedy, kiedy są dla nas wygodne.

Kto zaczął?

To chyba ulubione pytanie polskiej polityki.

Kto zaczął?

Kto pierwszy złamał zasady?

Kto pierwszy nie uznał wyboru?

Kto pierwszy przekroczył granicę?

I oczywiście są na te pytania konkretne odpowiedzi, wynikające z chronologii wydarzeń, ustaw, orzeczeń i decyzji.

Historia kryzysu wokół Trybunału nie zaczęła się wczoraj. W 2015 roku doszło do sporu o obsadzenie miejsc sędziowskich, a kolejne działania władz pogłębiały konflikt. Nie wszystkie decyzje były prawnie równoważne i nie można ich uczciwie wrzucać do jednego worka.

Ale czy dzisiaj naprawdę chodzi jeszcze o wyjaśnienie tego, co się wydarzyło?

Czy może o to, żeby odpowiednio wykorzystać historię do uzasadnienia kolejnych działań?

Bo zauważyłem, iż w polityce odpowiedź na pytanie „kto zaczął?” bardzo często zależy od tego, w którym momencie uruchomimy nagranie.

Każdy wybiera taki fragment, w którym to jego przeciwnik wygląda na agresora.

A później odtwarza go w nieskończoność.

Nie po to, żeby rozwiązać konflikt. Po to, żeby mieć argument do następnego.

Konstytucja jest najważniejsza. Oczywiście nasza interpretacja.

Uwielbiam polityków mówiących o konstytucji.

Naprawdę.

Szczególnie tych, którzy potrafią cytować jej przepisy z pamięci, kiedy znajdują się w opozycji.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy zdobywają władzę.

Bo nagle okazuje się, iż konstytucja bywa bardziej skomplikowana.

Że trzeba uwzględnić szczególne okoliczności.

Że sytuacja jest nadzwyczajna.

Że poprzednicy pozostawili bałagan.

Że nie da się wszystkiego zrobić zgodnie z dotychczasowymi zasadami.

I wtedy pojawia się stara, polityczna pokusa.

Skoro oni mogli, dlaczego my nie możemy?

Tylko iż państwo prawa nie polega na tym, iż każda kolejna władza otrzymuje prawo do odwetu.

Jeżeli poprzednicy naruszyli zasady, obowiązkiem następców jest je przywrócić.

Nie stworzyć własną wersję naruszeń.

Nie chodzi przecież o to, żeby wymienić ludzi przy stole.

Chodzi o to, żeby wreszcie ustalić zasady, których nikt nie będzie mógł dowolnie zmieniać.

Nawet wtedy, kiedy wygra wybory.

A może nikomu nie zależy na zakończeniu konfliktu?

To pytanie stawiam świadomie prowokacyjnie.

Bo oczywiście nie potrafię zajrzeć do głów wszystkim politykom. Nie wiem, jakie są ich rzeczywiste intencje.

Ale widzę efekty.

Lata sporów.

Podważany autorytet instytucji.

Niepewność prawna.

Kolejne polityczne deklaracje.

Kolejne oskarżenia.

I coraz mniej zaufania obywateli do państwa.

A przecież konflikt ma dla polityków jedną niezwykle cenną adekwatność.

Mobilizuje wyborców.

Znacznie łatwiej przekonać człowieka, żeby walczył przeciwko komuś, niż żeby spokojnie zastanowił się nad skomplikowanym problemem.

Wystarczy wskazać wroga.

Powiedzieć, iż demokracja jest zagrożona.

Że konstytucja jest zagrożona.

Że państwo jest zagrożone.

I już.

Ludzie ruszają do walki.

W komentarzach.

Na demonstracjach.

Przy rodzinnych stołach.

W pracy.

Na ulicach.

Czasem choćby nie potrafią dokładnie wyjaśnić, o co chodzi w sporze.

Ale doskonale wiedzą, kogo mają nienawidzić.

Ciemny lud?

Nie lubię tego określenia.

Bo ludzie nie są głupi tylko dlatego, iż nie ukończyli prawa konstytucyjnego.

Nie każdy musi znać historię wszystkich nominacji sędziowskich.

Nie każdy musi rozumieć zawiłości orzecznictwa.

Nie każdy ma czas, żeby analizować setki stron dokumentów.

I właśnie dlatego istnieją instytucje państwa.

Dlatego istnieją eksperci.

Dlatego istnieje dziennikarstwo.

Żeby pomagać obywatelom rozumieć rzeczywistość.

Nie po to, żeby wykorzystywać ich niewiedzę.

A jednak odnoszę wrażenie, iż część polityków traktuje wyborców właśnie jak ludzi, którym wystarczy wskazać odpowiedniego przeciwnika.

Nie trzeba tłumaczyć.

Wystarczy wzbudzić emocje.

Nie trzeba przekonywać argumentami.

Wystarczy podzielić społeczeństwo.

Bo obywatel, który zacznie samodzielnie myśleć, może zadać bardzo niewygodne pytanie:

A dlaczego adekwatnie mam walczyć w waszym interesie?

Władza to nie tylko prestiż

Nie udawajmy, iż polityczna kontrola nad instytucjami nie ma znaczenia.

Ma.

Ogromne.

Chodzi o wpływ na decyzje.

O możliwość kształtowania prawa.

O obsadę stanowisk.

O polityczne bezpieczeństwo.

O prestiż.

A w szerszym systemie władzy również o dostęp do zasobów, nominacji i możliwości decydowania o publicznych pieniądzach.

Nie oznacza to, iż każda osoba uczestnicząca w sporze kieruje się korzyścią finansową. Takie oskarżenie wymagałoby konkretnych dowodów.

Ale nie trzeba być szczególnie przenikliwym obserwatorem polityki, żeby zauważyć, iż władza jest wartością, z której politycy bardzo niechętnie rezygnują.

Dlatego tak trudno przekonać mnie, iż wszyscy uczestnicy tego wieloletniego konfliktu kierują się wyłącznie troską o konstytucję.

Gdyby tak było, być może znacznie częściej słyszelibyśmy propozycje trwałych rozwiązań.

A znacznie rzadziej kolejne oskarżenia.

Dialog grozi zrozumieniem

To zdanie powinno wisieć nad wejściem do polskiego parlamentu.

DIALOG GROZI ZROZUMIENIEM.

A zrozumienie jest niebezpieczne.

Bo o ile usiądziemy przy jednym stole, może się okazać, iż druga strona nie składa się wyłącznie z potworów.

Że nie każdy przeciwnik polityczny jest wrogiem państwa.

Że istnieją rozwiązania wymagające kompromisu.

Że czasem trzeba przyznać się do błędu.

Że czasem trzeba ustąpić.

A przecież ustępstwo można przedstawić jako słabość.

Kompromis jako zdradę.

Rozmowę jako kapitulację.

Znacznie łatwiej więc walczyć.

Walka daje emocje.

Walka daje uwagę.

Walka pozwala mobilizować własny elektorat.

A porozumienie?

Porozumienie wymaga odpowiedzialności.

I co gorsza, może sprawić, iż polityczny przeciwnik przestanie być tak straszny.

A na czym wtedy budować kolejną kampanię wyborczą?

A kto zrozumie zwykłych ludzi?

W całej tej historii najbardziej brakuje mi obywatela.

Tego, który rano wstaje do pracy.

Płaci podatki.

Wychowuje dzieci.

Prowadzi firmę.

Czeka na wizytę u lekarza.

Martwi się rachunkami.

I chciałby mieć pewność, iż żyje w państwie, którego instytucje działają zgodnie z prawem.

Nie interesuje go, który polityk wygrał kolejną konferencję prasową.

Nie potrzebuje kolejnego widowiska.

Potrzebuje przewidywalnego prawa.

Sprawnych sądów.

Niezależnych instytucji.

I przekonania, iż jego sprawa zostanie rozpatrzona uczciwie, niezależnie od tego, kto akurat rządzi.

Bo Trybunał Konstytucyjny nie powinien być własnością żadnej partii.

Nie powinien być nagrodą za wygrane wybory.

Nie powinien być narzędziem odwetu.

Powinien być instytucją, która chroni obywatela również przed politykami, na których ten obywatel głosował.

I właśnie dlatego jego niezależność jest tak ważna.

Największe zwycięstwo polityków

Wiecie, co uważam za największy sukces współczesnej politycznej manipulacji?

To, iż miliony ludzi zaczęły traktować interes własnej partii jak własny interes.

Bronią polityków, których osobiście nie znają.

Usprawiedliwiają decyzje, których konsekwencji nie rozumieją.

Kłócą się z rodziną.

Zrywają znajomości.

Obrażają sąsiadów.

A wszystko dlatego, iż ktoś przekonał ich, iż po drugiej stronie stoją ludzie, z którymi nie wolno rozmawiać.

I wtedy przypomina mi się pewna gorzka myśl.

Najłatwiej rządzić ludźmi, którzy są zbyt zajęci wzajemną walką, żeby zapytać rządzących o odpowiedzialność.

Nie ma znaczenia, czy akurat rządzą jedni, czy drudzy.

Mechanizm pozostaje niebezpieczny.

Nie potrzebuję waszego zwycięstwa

Nie interesuje mnie, która partia ogłosi triumf w sporze o Trybunał.

Nie interesuje mnie, kto zrobi sobie zdjęcie przed budynkiem.

Kto wygłosi bardziej płomienne przemówienie.

Kto zdobędzie więcej lajków.

Kto będzie miał ostatnie słowo w telewizyjnym studiu.

Interesuje mnie, czy po latach konfliktu będziemy mieli instytucję, której niezależność i legalność nie będą przedmiotem nieustannej politycznej wojny.

Czy obywatel będzie mógł ufać jej orzeczeniom.

Czy sędzia będzie oceniany przez pryzmat kompetencji i niezależności, a nie politycznych sympatii.

Czy politycy będą potrafili zaakceptować rozstrzygnięcie, które jest dla nich niewygodne.

Bo dopiero wtedy będziemy mogli mówić o prawdziwym sukcesie.

Nie partii.

Państwa.

I jeszcze jedno

Nie jestem naiwny.

Wiem, iż polityka jest walką o władzę.

Wiem, iż interesy istnieją.

Wiem, iż kompromisy bywają trudne.

Ale nie zgadzam się na przekonanie, iż jedyną możliwą formą polityki jest nieustanna wojna.

Nie zgadzam się na wykorzystywanie obywateli jako żołnierzy w partyjnych konfliktach.

Nie zgadzam się na sytuację, w której człowiek musi wybierać między dwiema politycznymi narracjami, zamiast otrzymać rzetelną informację o faktach.

I przede wszystkim nie zgadzam się na to, żeby kolejne pokolenia uczyły się, iż państwo jest łupem zwycięzcy wyborów.

Bo państwo nie należy do polityków.

Należy do obywateli.

A politycy są w nim tylko czasowymi zarządcami.

Dialog grozi zrozumieniem

Na zakończenie mam propozycję.

Może zamiast kolejnej konferencji prasowej zorganizować spotkanie, na którym przedstawiciele różnych środowisk prawnych i politycznych spróbują uzgodnić rozwiązania przywracające trwałe zaufanie do Trybunału?

Nie po to, żeby zamieść naruszenia prawa pod dywan.

Nie po to, żeby udawać, iż wszystkie decyzje były prawidłowe.

Ale po to, żeby wreszcie znaleźć drogę wyjścia.

Z poszanowaniem konstytucji.

Z uwzględnieniem orzeczeń sądów.

Z myślą o obywatelach.

Wiem.

Brzmi niebezpiecznie.

Bo gdyby politycy zaczęli naprawdę ze sobą rozmawiać, mogłoby się okazać, iż nie musimy się nawzajem nienawidzić.

Że można mieć różne poglądy i wspólnie budować państwo.

Że kompromis nie musi być zdradą.

Że przeciwnik nie musi być wrogiem.

A wtedy?

Wtedy cały ten polityczny teatr mógłby stracić publiczność.

I chyba właśnie tego niektórzy boją się najbardziej.

Bo dialog grozi zrozumieniem.

A zrozumienie grozi końcem wojny, na której zbyt wielu ludzi zbudowało swoją polityczną karierę.

Marcus
„Nie tylko dla akademików”

Idź do oryginalnego materiału