Paulina Januszewska: Conservative Political Action Conference (CPAC) – wydarzenie, o którym pisaliście z Robertem Kowalczykiem w swojej niedawno wydanej książce TrumPolacy. Kto w Polsce czeka na drugą amerykańską rewolucję, zawita do Polski. Co powinniśmy o nim wiedzieć i kto cieszy się na tę imprezę?
Adam Sokołowski: CPAC to organizowany od lat 70. ubiegłego wieku wielki zlot amerykańskich konserwatystów, na którym ustala się kierunek polityki Partii Republikańskiej. Od kilku lat wydarzenie to jest sukcesywnie eksportowane do Europy, a konkretnie – do Węgier. Tam odbywa się cyklicznie od 2022 roku. Niebawem rusza czwarty zjazd, a każdy dotychczasowy był ewidentną ekspozycją trumpizmu na Europę.
Dlaczego ewidentną?
Nikt nie kryje, iż CPAC w Budapeszcie organizują podmioty ideologicznie i politycznie związane z Trumpem, w tym jego i Putina sojusznik Viktor Orbán, a także Alapjogokért Központ – Center for Fundamental Rights (tzw. gongo, organizacja pozarządowa zorganizowana przez rząd – przyp. aut.), czyli węgierski odpowiednik Instytutu Kultury Prawnej „Ordo Iuris”. A także American Conservative Union – organizacja parasolowa rozpięta nad Partią Republikańską. Liderzy ACU licznie przyjeżdżali do Węgier ze swoim błogosławieństwem, mówiąc wprost, iż zaszczepiają na europejskim gruncie własne idee i poparcie dla Trumpa w ramach jego kampanii wyborczej. Wyczekiwane zwycięstwo nazwali odpowiedzią na najważniejsze problemy trapiące współczesny świat.
Co w tym czasie robili TrumPolacy, czyli polscy poplecznicy Trumpa?
Bili brawo. Do Budapesztu regularnie jeździł Jerzy Kwaśniewski, prezes Ordo Iuris, a w zeszłym roku zebrała się tam wielka reprezentacja Zjednoczonej Prawicy: Mateusz Morawiecki, Marcin Mastalerek, Ryszard Czarnecki, Janusz Kowalski, Patryk Jaki i Marek Kuchciński. Teraz nie będą musieli donikąd jeździć, bo zrobią tę samą imprezę u siebie, już z Trumpem u steru przywracania konserwatywnego porządku, a raczej – dokonującego na oślep demolki obecnego.
CPAC przypomina to, co robi Agenda Europe, czyli międzynarodowa sieć organizacji konserwatywnych, które – jak mówiła mi Kamila Ferenc z Fundacji FEDERA – „walczą z państwami laickimi w celu zastąpienia neutralnej wyznaniowo praworządności fundamentalistycznymi zasadami, budzącymi skojarzenia z religią chrześcijańską”. Czy to jednak na pewno te same środowiska, zawierzające nieobliczalnemu Trumpowi przyszłość?
Oczywiście nie jest tak, iż uczestnicy na listach Agenda Europe, ale także oryginalnie rosyjsko-amerykańskiego Światowego Kongresu Rodzin, wzorowanym na MAGA ruchu Make Europe Great Again i CPAC, zgadzają się jeden do jednego, ale realizują podobne interesy i reprezentują te same podmioty.
Jakie?
Na przykład europejskie skrajnie prawicowe partie z antyunijnym rysem i wyraźnym pierwiastkiem putinofilnym, jak Austriacka Partia Wolności i orbánowski Fidesz. Mamy tu też fundamentalistów religijnych, jak Heritage Foundation, która stoi za Trumpem i realizowanym przez niego właśnie Projektem 2025, a także ściśle współpracuje od półtora roku z Ordo Iuris. To ostatnie – jak wiemy z maili ujawnionych w 2024 roku – działa w Agenda Europe niemal od początku jej istnienia. Sama AE powstała jako grupa lobbingowa skrajnych konserwatystów, których celem jest przeprowadzenie wielkiej obyczajowej kontrrewolucji poprzez wpływanie od środka na instytucje międzynarodowe, np. Unię Europejską, ONZ, Europejski Trybunał Sprawiedliwości.
To wszystko?
Dochodzi do tego coraz silniejszy antyglobalizm. Grupy te nie tylko sprzeciwiają się aborcji, LGBT+, edukacji seksualnej czy innym nowoczesnym „lewackim” miazmatom, ale też przestrzegają przed rządami „dystopijnej, globalnej dyktatury UE”. Słowem: weszły w rewiry teorii spiskowych, które do tej pory znaliśmy z filmów na YouTubie z żółtymi napisami.
Ordo Iuris po zmianie władzy w Polsce przycichło. Rządy Trumpa ich ośmielą?
Heritage Foundation, która jest zapleczem intelektualnym Trumpa i stanowi kanał dystrybucji trumpizmu na Europę, szuka podwykonawców. Jednym z nich zostało Ordo Iuris, które chce być zapleczem intelektualnym polskiej skrajnej prawicy. Jego przedstawiciele na jednej z konferencji organizowanych wspólnie z Heritage Foundation, pod okiem której się szkolą, entuzjastycznie stwierdzili, iż Donald Trump odgrywa względem Polski geopolitycznie podobną rolę, jaką po I wojnie światowej odegrał Woodrow Wilson albo – w PRL-u – Ronald Reagan, a więc ma przywrócić Polakom prawdziwą wolność. To dość sprytne działanie.
Dlaczego?
Bo pomija poziom polityczny. To znaczy, iż Trump nie zadzwoni do Dudy czy Kaczyńskiego, mówiąc: „w Warszawie ma być tak i tak”. Zrobi to w białych rękawiczkach. Heritage Foundation wespół z Ordo Iuris będą w ramach lobbingu czy kampanii społecznych forsować to, co jest zgodne z interesem ich, Trumpa, a także walczącego z UE i „zgniłym Zachodem” Kremla.
W interesie Polaków nie leży jednak prorosyjskość. Jak zatem wytłumaczyć wsparcie dla proputinowskiego prezydenta ze strony przynajmniej deklaratywnie przeciwnych Rosji polityków? Chodzi o to, żeby iść w ślady Węgier?
Węgry są wpatrzone w Rosję od co najmniej dekady. Pisowcy przez osiem lat swoich rządów chcieli wprowadzić model podobny do orbánowskiego. Szczęśliwie im się nie udało, ale różnica polega na tym, iż PiS formalnie i oficjalnie był antyrosyjski i pomógł – jak by na to nie patrzeć – Ukrainie. Z kolei Orbán nigdy nie krył, iż gra do bramki Putina. PiS zaczął więc korzystać z narracji zaczerpniętej od topowych influencerów ruchu MAGA, jak Rogan O’Handley (znany w sieci jako DC Draino), Elon Musk, Laura Loomer czy wiceprezydent J.D. Vance, którzy dystrybuują może nie wprost prorosyjską, ale skrajnie antyukraińską retorykę. Wychodzi oczywiście na to samo. Ale na pierwszy rzut oka może się wydawać, iż to logiczne, a choćby prodemokratyczne rozumowanie.
Podasz jakiś przykład?
Niedawno posłanka PiS Teresa Pamuła stwierdziła, iż Zełenski to dyktator. Karol Nawrocki, mówiąc, iż „sojusznicy bronią tylko tych, którzy potrafią sami się bronić”, podaje w wątpliwość sens artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego (głosi on, iż każdy atak na któregoś z członków NATO powinien być interpretowany przez pozostałe państwa członkowskie jako atak na nie same – przyp. aut.). Grzegorz Puda, były minister m.in. rolnictwa i rozwoju wsi oraz funduszy i polityki regionalnej, uważa – wbrew temu, co mówił jego idol, Lech Kaczyński – iż w sumie to byłoby dobrze, gdyby się nad naszymi głowami dogadano w sprawie Ukrainy. W końcu Elżbieta Witek, czyli jedna z topowych polityczek PiS i była marszałkini Sejmu, uznała, iż nie może być tak, iż w Ukrainie nie realizowane są wybory. Argumentuje to następująco: skoro Polska mimo pandemii wybrała prezydenta, to w Ukrainie powinno być tak samo – choćby mimo wojny. Powiedziała to zaraz po tym, jak bardzo podobną retorykę uruchomili ideolodzy ruchu MAGA. W ciągu dosłownie kilku dni politycy PiS dokonali antyukraińskiego zwrotu, motywowanego wyłącznie swoim trumpizmem.
Rozumiem, ale to wciąż wymyka się logice. Trump podchodzi do relacji międzynarodowych jak do transakcji biznesowych i wcale nie musi nagradzać lojalności Polaków, zaś antyukraińskość stwarza dla Polski realne zagrożenie ze strony Rosji. Jak to rozumieć – jako naiwność, głupotę, cynizm?
Pokazujemy w książce cztery poziomy motywacji TrumPolaków: emocjonalną, intelektualną, polityczną i geopolityczną. choćby sam PiS nie jest monolitem. Część jego działaczy – głównie tych z niższego szczebla – prawdopodobnie naiwnie wierzy, iż właśnie nadeszła zgodna ze wszystkim, co oni mówią od lat, kontrrewolucja kulturowa. Istnieje też spora grupa polityków, którzy przebierają nogami na myśl o tym, iż Trump pomoże im wrócić do władzy tak, jak zrobił to, udzielając wsparcia AfD w Niemczech, albo tak, jak Musk próbował – wesprzeć Nigela Farage’a i Reform UK w Wielkiej Brytanii. Albo jak ostatnio zablokował konta tureckich opozycjonistów, by pomóc Erdoğanowi w czasie, gdy ten znowu dokręcał śrubę i aresztował swojego głównego rywala. Do tego dochodzi silne przekonanie wewnątrz partii, iż UE się rozpadnie, ale Polska zostanie pod parasolem USA, które nas rzekomo obronią przed Rosją. Można więc śmiało grać na rozpad Wspólnoty, zostając – zgodnie z popularną w tych kręgach koncepcją Międzymorza Marka Chodakiewicza – pod protektoratem amerykańskim. Gdy więc pytasz mnie o paradoks głupoty i makiawelizmu, to sądzę, iż one się nie wykluczają, a na pewno są obliczone na krótkowzroczny zysk polityczny. Ci na dole partyjnej hierarchii to bezmyślne drony, które lecą tam, gdzie każe Nowogrodzka, choćby po to, żeby się na Nowogrodzką dostać. Na samej Nowogrodzkiej nie brakuje takich, którzy są w stanie przehandlować wiele za zysk polityczny. Na wyższym poziomie wygrywa więc cynizm, który nie wyklucza głupoty niżej i odwrotnie.
Wyróżniacie kilka grup Polaków, którzy czekali na drugą kadencję Trumpa. To nie tylko Ordo Iuris, PiS i jego przystawki w Zjednoczonej Prawicy, ale także Warsaw Enterprise Institute, prawicowe media z Łukaszem Warzechą na czele, Rafał Woś jako jedyny reprezentant lewicy propisowskiej, a także Konfederacja. Czy w tym składzie nastąpiły jakieś zmiany po wyborach?
Po inauguracji Trumpa Konfederacja zradykalizowała swój protrumpowski przekaz. W książce napisaliśmy, iż konfederaci zachowywali wstrzemięźliwość, co prawdopodobnie było wynikiem obecności antyamerykańskiego skrzydła braunistów, czyli Konfederacji Korony Polskiej. Być może chcieli też odróżnić się od PiS-u, który od lat pozostawał lojalny wobec Trumpa – bardziej choćby niż sami republikanie, którzy w niego na moment zwątpili. Obecnie, po wywaleniu Brauna i w ogniu kampanii wyborczej – co daje pewną nadzieję, iż to się skończy po drugiej turze wyborów – obserwujemy wyścig o tytuł największego zwolennika obecnego lokatora Białego Domu. W wyścigu tym bierze udział również Warsaw Enterprise Institute.
WEI to „konserwatywny think tank, założony w 2014 roku jako zaplecze merytoryczne i analityczne Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP)”. Tworzą go osoby związane z PiS, a prezesuje dziennikarz Tomasz Wróblewski.
Wróblewski – jako członek fandomu Trumpa i samozwańczy ekspert od Ameryki – zasługuje tu na uwagę. Od dłuższego czasu opowiada w mediach tę samą historię o biednym, sekowanym ze wszystkich stron Trumpie, którego establishment próbował wtrącić do więzienia i zabić. Wygraną w wyborach traktuje jako dowód jego niewinności. Wprawdzie można być przestępcą i prezydentem w jednym, ale u prezesa WEI skuteczność to synonim moralnej racji. Skoro „wszyscy Amerykanie” wybrali Trumpa, to znaczy, iż na pewno żadnym rosyjskim agentem ani człowiekiem łamiącym prawo nie jest.
Ale to nie była miażdżąca przewaga.
Jednym z fundamentów trumpizmu jest przekonanie, iż Trump odniósł landslide victory oraz iż jego wybór to znak tektonicznej zmiany w amerykańskim narodzie, odrzucenia przez większość Amerykanów wokeizmu, lewactwa, globalizmu itp. Wystarczy jednak wejść na angielską Wikipedię poświęconą amerykańskim wyborom prezydenckim, by zobaczyć, iż Trump pod względem uzyskanej przewagi nie mieści się choćby w pierwszej pięćdziesiątce. Budowanie narracji, iż oto doszło do historycznego przełomu, a jednocześnie umniejszanie Bidenowi, który wygrał sześcioma milionami głosów (wobec nieco ponad dwóch milionów dla Trumpa), jest czystą manipulacją, podbijającą tezę, iż po pierwsze – mamy do czynienia z czymś nieodwracalnym, z czym nie warto walczyć, a po drugie – z czymś dobrym, słusznym i legitymizowanym przez całe społeczeństwo.
Społeczeństwo kocha prawo silniejszego. Czy to najbardziej przyciąga do Trumpa TrumPolaków?
Tak. Trzydzieści lat ostrego neoliberalizmu i darwinizmu społecznego w Polsce sprzyja choćby takiemu rozumowaniu, wedle którego rozmawiamy o wojnie nie w kontekście ginących ludzi, tylko naszego rachunku zysków i strat, na zasadzie: co my z tego mamy? Ano choćby to, iż wojna toczy się wciąż daleko, a rosyjska armia nie stoi pod Przemyślem. Jednak myślenie w kategoriach relacji biznesowych jest bardzo silne i ujawniło się już w pierwszych dniach inwazji, a w całym społeczeństwie teraz, gdy rozmawiamy o zabieraniu Polakom pracy i 800 plus przez Ukraińców. Owa transakcyjność doskonale wpisuje się w „pokojową” retorykę Trumpa, który zastanawia się, czy USA opłaca się dawać broń armii ukraińskiej. To pada na bardzo podatny grunt w Polsce, która powoli rezygnuje z dobrodusznego wolontariatu na rzecz tradycyjnego narzekactwa na rozdawnictwo.
Jak wobec TrumPolandii i samego Trumpa ustawiają się politycy koalicji rządzącej? Nikt tam nie kibicuje obecnej administracji w USA?
Ostatnie przemówienia Tuska jasno pokazują stosunek KO do sytuacji w USA. Nikomu się to nie podoba, ale jest jak jest i trzeba się dostosować. Oto klasyczny, dobrze nam znany pragmatyzm. Tusk jest też cynicznym politykiem i lubi nagle zmienić front, jak w przypadku granicy białoruskiej czy aborcji, ale nie sądzę, żeby w koalicji rządzącej dokonano protrumpowskiego twistu.
TrumPolakom nie przeszkadza, iż Donald Trump jeździł do Moskwy i ma polityczno-ekonomiczne powiązania z Rosjanami od lat 80.?
Niezależnie od bycia lub niebycia zwerbowanym agentem, Trump od lat zachowuje się jak agent wpływu, w sposób uległy wobec Rosji i jej oligarchów. Już w 1987 roku po swoim powrocie z Moskwy wydawał manifesty polityczne zgodne z propagandową linią Związku Radzieckiego. W wielu polskich mediach panuje zmowa milczenia na ten temat, są próby relatywizowania faktów. Mamy do czynienia z zamulaniem debaty medialnej, gdzie czasem wrzuca się kapiszon w postaci niepotwierdzonych informacji, jakoby Trumpa zwerbowano, tylko po to, by potem grymasić w sprawie tych potwierdzonych, jak na przykład rosyjskiego wpływu na wybory w 2016 roku, który jest przecież kompleksowo udokumentowany. Od TrumPolaków, nierzadko zapraszanych do studiów telewizyjnych, jak Tomasz Wróblewski, czy na łamy gazet – jak pozujący na wyklętego przez medialny establishment Rafał Woś – słyszymy natomiast, iż wszystko, co złe i prorosyjskie o Trumpie, to spisek. Dziennikarze nie zawsze kontrują podobne wypowiedzi.
Zarzucasz im też, iż nie piszą o teorii jednolitej egzekutywy, choć Trump wprowadza ją w życie i wiedzie w ten sposób Amerykę ku dyktaturze. Czemu adekwatnie ma nas obchodzić ustrój USA?
Zacznijmy od Projektu 2025, czyli instrukcji dla Trumpa o grubości Biblii. To plan przeprowadzenia konserwatywnej rewolucji obyczajowej i zaorania bezpieczników ustrojowych państwa, jak też strategia ogromnej wymiany kadrowej. Autorzy projektu i sam Trump powołują się na tzw. Unitary Executive Theory, reinterpretującą drugi artykuł konstytucji USA.
Ten brzmi, iż „władza wykonawcza należeć będzie do Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki”. A wedle Unitary Executive Theory?
Że zapis ten jest równoznaczny z niemożnością ograniczania władzy wykonawczej prezydenta. To nie jest nowy pogląd – od zawsze pojawiał się na marginesach amerykańskiej debaty publicznej, ale teraz wszedł do agendy rządowej w ramach kolejnych podpisywanych przez Trumpa dekretów. Weźmy taką klauzulę Schedule F, która umożliwia reklasyfikowanie kilkudziesięciu tysięcy urzędników federalnych, czyli służby cywilnej, na nominatów politycznych. Osoby odpowiedzialne za Projekt 2025, np. Kevin Roberts, szef Heritage Foundation, czy Russell Vought, w zeszłym roku wielokrotnie mówili w wywiadach, iż celem tego przedsięwzięcia jest „instytucjonalizacja trumpizmu” oraz to, by urzędnicy nie pracowali dla swoich agencji, tylko dla prezydenta. To jest przejęcie państwa i stworzenie hybrydy ustrojowej w postaci „dyktatury elekcyjnej”, co przeszło prawie całkowicie niezauważone przez polskie media.
Warsaw Enterprise Institute twierdzi, iż to „cięcia w sektorze publicznym”, służące niwelowaniu biurokracji, której Polska nieszczęśliwie – zdaniem think tanku – jest liderką.
WEI jest zapatrzony w kraj, w którym wszystkie agencje federalne, a choćby te, które są „niezależne od prezydenta”, będą odpowiadać przed kierowanym przez jednego z autorów Projektu 2025, Russella Voughta, Office of Management and Budget w Białym Domu. Mamy więc uprawomocnione decyzją prezydenta przekonanie, iż nikt go nie może ograniczać. Mamy likwidację Departamentu Edukacji. Mamy nawoływania do orania czy wypalania innych instytucji. Kolejne w kolejce będzie FBI. A już teraz dochodzi do ignorowania wyroków sądów, przy jednoczesnym zapewnieniu Trumpowi bezkarności przez Sąd Najwyższy. Dlaczego o tym wszystkim mówię?
No właśnie?
Projekt 2025 to podana na tacy TrumPolakom inspiracja i dowód na możliwość wprowadzenia pełnej dyktatury elekcyjnej w ramach legalnego zwycięstwa w wyborach. Nikt nie ukrywał, co jest w tym dokumencie. Nie wprowadzono niczego podstępem, wszystko wisiało w internecie przez ponad rok. Tłumaczy się to wolą narodu i podbija wezwaniami do kontrrewolucji, a choćby fundamentalizmu religijnego, jak w wydanej tuż po wyborach i opatrzonej wstępem J.D. Vance’a książce Dawn’s Early Light: Taking Back Washington to Save America autorstwa Kevina Robertsa, czyli szefa Heritage Foundation. Zamiast szukać drugiego dna, zwracajmy uwagę na to, co ci ludzie mówią. Trzeba tylko słuchać.
**
Adam Sokołowski – autor książek TrumPolacy. Kto w Polsce czeka na drugą amerykańską rewolucję (2024) i Reżim. Doniesienia z putinowskiej Polski (2023). Prowadzi blog Doniesienia z putinowskiej Polski, współprowadzi Podkast Dezinformacyjny.