Marynarka wojenna USA prowadzi rozmowy o zmianie nazwy budowanego lotniskowca USS Doris Miller (CVN-81) i nadaniu mu imienia Donalda Trumpa, podały 21 sierpnia Guardian i Forbes za CNN. Decyzji nie ma. Stawka jest jednak poważna: państwowa pamięć wojskowa nie może być prywatnym pomnikiem polityka.
Doniesienia o zmianie nazwy
Sprawa dotyczy lotniskowca CVN-81, który od 2020 r. figuruje jako przyszły USS Doris Miller. Jak podał Guardian, powołując się na ustalenia CNN, amerykańska marynarka prowadzi prace nad zmianą nazwy jednostki. Trzy źródła miały mówić o rozmowach wewnętrznych, a dwa z nich wskazały, iż rozważane jest uhonorowanie Donalda Trumpa.
Forbes opisał sprawę jako polityczną awanturę wokół okrętu, który miał nosić imię czarnoskórego bohatera drugiej wojny światowej. Oficjalnej decyzji nie ogłoszono. Guardian odnotował, iż marynarka wojenna odmówiła komentarza, a Biały Dom odesłał pytania do Departamentu Obrony.
To rozróżnienie jest ważne. Nie ma jeszcze rozkazu zmiany nazwy. Jest jednak poważny sygnał, iż w Waszyngtonie rozważa się gest, który miesza dwie rzeczy: realną tradycję wojskową i politykę osobistego prestiżu. Państwo, które chce być traktowane serio, nie powinno robić z armii tablicy reklamowej żadnego przywódcy. Dotyczy to także przywódcy, którego część prawicy ceni za walkę z liberalnym establishmentem.
Kim był Doris Miller
Doris "Dorie" Miller był marynarzem US Navy i służył na pancerniku USS West Virginia podczas japońskiego ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 r. Według oficjalnego komunikatu US Navy z 20 stycznia 2020 r. przyszły lotniskowiec CVN-81 nazwano jego imieniem podczas ceremonii na Hawajach.
Miller stał się symbolem odwagi w czasie, gdy armia amerykańska była jeszcze naznaczona segregacją rasową. W Pearl Harbor pomagał rannemu dowódcy, a potem obsługiwał karabin maszynowy, choć nie był formalnie szkolony do takiego zadania. Został odznaczony Navy Cross. Zginął w 1943 r. na morzu, gdy lotniskowiec eskortowy USS Liscome Bay został storpedowany przez Japończyków.
US Navy podkreślała w 2020 r., iż CVN-81 miał być pierwszym amerykańskim lotniskowcem nazwanym na cześć Afroamerykanina i pierwszym nazwanym na cześć marynarza służącego w stopniach szeregowych. To nie jest drobiazg z kroniki poprawności politycznej. To uznanie żołnierskiego czynu, który przebił ograniczenia swojej epoki. Konserwatysta powinien rozumieć wagę takiej pamięci lepiej niż ktokolwiek.
Nie każdy gest Trumpa jest racją stanu
Prawica w Europie często patrzy na Trumpa przez pryzmat jego starcia z liberalnymi elitami, biurokracją i ideologiczną rewolucją. W wielu sprawach to starcie było realne. Nie wynika z tego jednak obowiązek klaskania każdej decyzji, zwłaszcza gdy w grę wchodzi pamięć wojskowa. Kult osoby nie jest konserwatyzmem. Konserwatyzm broni instytucji, hierarchii zasług i ciągłości państwa.
Jeżeli lotniskowiec miałby dostać imię urzędującego prezydenta kosztem marynarza odznaczonego za Pearl Harbor, byłby to zły znak. Ameryka ma długą tradycję nazywania lotniskowców imionami prezydentów, ale według Guardiana żaden lotniskowiec US Navy nie nosił dotąd imienia siedzącego prezydenta. Granica między państwowym honorem a polityczną autopromocją istnieje po coś.
Dla Polski to także test chłodnej relacji z Waszyngtonem. DN pisał już, iż polityka administracji Donalda Trumpa może przynieść napięcia. Sojusz z USA jest dla nas ważny, ale nie może zamieniać się w emocjonalną zależność od jednego nazwiska. Polska racja stanu wymaga silnej Ameryki, nie Ameryki zajętej własnymi rytuałami personalnej chwały.
Kongres próbuje ograniczać dowolność
Sprawa nie pojawiła się w próżni. USNI News informował w czerwcu, iż komisje obrony w Kongresie USA pracowały nad ograniczeniem swobody zmieniania nazw okrętów. W projekcie opisanym przez USNI News sekretarz marynarki miałby przedstawiać istotny powód zmiany oraz raport dla komisji Izby Reprezentantów i Senatu. Pełniący obowiązki sekretarza nie mógłby samodzielnie zmieniać nazw.
To rozsądny kierunek. Nazwy okrętów nie są zabawką gabinetów politycznych. Niosą pamięć bitew, dowódców, marynarzy, miast i prezydentów. Gdy państwo zaczyna nimi żonglować pod bieżący przekaz, obniża powagę własnych symboli. A armia żyje symbolami nie dlatego, iż lubi dekoracje, ale dlatego, iż symbol porządkuje pamięć o ofierze.
W relacjach z Waszyngtonem Polska powinna zachować tę samą zasadę. Gesty wobec polskich polityków, jak przyjęcie Karola Nawrockiego w Białym Domu, są ważne dla bieżącej dyplomacji. Nie zastąpią jednak rachunku interesów: zdolności odstraszania Rosji, obecności wojskowej USA w regionie, przemysłu zbrojeniowego i stabilności decyzji strategicznych.
Pamięć żołnierza przed próżnością polityka
Spór o USS Doris Miller jest amerykański, ale jego sens jest uniwersalny. Naród, który nie umie odróżnić zasługi od autopromocji, sam osłabia własną pamięć. Państwo może uhonorować prezydenta, jeżeli historia uzna jego zasługi i jeżeli robi to w trybie spokojnym, po czasie, z zachowaniem miary. Nie powinno robić tego kosztem żołnierza, którego nazwisko już zostało wpisane w nazwę budowanego okrętu.
Prawica powinna w takich sprawach mówić jasno. Tradycja wojskowa, honor służby i pamięć o poległych stoją wyżej niż doraźna polityka. o ile doniesienia o planie zmiany nazwy się potwierdzą, będzie to błąd. I nie naprawi go fakt, iż Donald Trump potrafi skutecznie drażnić liberalne salony. Armia nie jest od drażnienia salonów. Armia jest od obrony państwa i noszenia pamięci tych, którzy tę obronę okupili życiem.
Źródło: WP Wiadomości, The Guardian, Forbes, US Navy, USNI News.
Źródło: WP Wiadomości













