Trump przegrał wybory, ale przez cały czas służy Izraelowi

1 godzina temu

Donald Trump nie zamierza wyciągać politycznych wniosków z dotkliwej porażki wyborczej republikanów. Choć wojna z Iranem stała się jednym z głównych czynników, które przyczyniły się do utraty przez jego partię kontroli nad obiema izbami Kongresu, amerykański prezydent zapewnia, iż podjął słuszną decyzję i gdyby miał taką możliwość, zrobiłby dokładnie to samo. Wygląda więc na to, iż choćby wyborcza katastrofa nie jest w stanie skłonić Białego Domu do rewizji polityki zagranicznej, w której interesy Izraela odgrywają pierwszoplanową rolę.

W środę, 4 listopada, Trump odniósł się do wyników wyborów uzupełniających do Kongresu, w których republikanie ponieśli dotkliwą porażkę. Demokraci przejęli kontrolę zarówno nad Izbą Reprezentantów, jak i Senatem. Jednym z najważniejszych tematów kampanii okazała się trwająca wojna z Iranem, która przyniosła Amerykanom nie tylko kolejne wydatki militarne, ale również wzrost cen paliw i pogłębienie problemów gospodarczych.

Prezydent nie próbował choćby zaprzeczać, iż konflikt miał wpływ na wynik wyborów. Przyznał, iż wojna przyczyniła się do wzrostu cen benzyny, a tym samym do niezadowolenia części wyborców. Nie oznacza to jednak, iż zamierza zmienić kurs.

Zapytany, czy wojna z Iranem była warta politycznych i ekonomicznych kosztów, odpowiedział twierdząco. Stwierdził, iż Stany Zjednoczone nie miały wyboru, a działania militarne były konieczne, aby nie dopuścić do uzyskania przez Teheran broni jądrowej. „Gdybym miał zrobić to ponownie, musiałbym zrobić to ponownie” – zadeklarował Trump. Dodał, iż z perspektywy długoterminowej była to jedyna adekwatna odpowiedź na irańskie zagrożenie.

Znacznie bardziej krytycznie do wyborczego rezultatu odniósł się wiceprezydent JD Vance. W opublikowanym w mediach społecznościowych komentarzu nie pozostawił większych wątpliwości co do przyczyn klęski republikanów. „Powód, dla którego przegraliśmy, to wojna” – napisał.

Vance zwrócił uwagę, iż część wyborców, którzy w 2024 roku poparli duet Trump–Vance, tym razem zagłosowała na demokratów. Wśród przyczyn wymienił niezadowolenie z konfliktu z Iranem, rosnące koszty życia oraz oczekiwanie, iż administracja zacznie w większym stopniu realizować hasło America First.

Co szczególnie interesujące, wiceprezydent wskazał również na konieczność zmiany amerykańskich relacji z Izraelem. To istotny sygnał, ponieważ pokazuje, iż niezadowolenie z polityki bliskowschodniej administracji nie ogranicza się do wyborców demokratycznych. Coraz wyraźniej pojawia się również wśród tych Amerykanów, którzy poparli Trumpa właśnie dlatego, iż obiecywał zakończenie zagranicznych awantur i skoncentrowanie się na problemach własnego kraju.

Trump nie zamierza jednak podążać tą drogą. Zaakceptował komentarz Vance’a dotyczący przyczyn porażki, ale jednocześnie jednoznacznie odrzucił możliwość zmiany swojego stanowiska w sprawie Iranu.

Cała sytuacja obnaża zasadniczą sprzeczność w polityce obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Trump doszedł do władzy między innymi dzięki obietnicy zakończenia amerykańskiego zaangażowania w kosztowne konflikty zagraniczne. Przekonywał wyborców, iż interes Stanów Zjednoczonych powinien być ważniejszy niż zobowiązania wobec zagranicznych sojuszników, a amerykańscy żołnierze nie powinni ginąć w wojnach, które nie przynoszą ich ojczyźnie wymiernych korzyści.

Tymczasem wojna z Iranem pokazuje, jak kilka pozostało z tej deklarowanej doktryny „America First”. Izrael od dawna prowadzi politykę regionalną opartą na utrzymywaniu militarnej przewagi nad sąsiadami i eliminowaniu potencjalnych zagrożeń dla własnej dominacji strategicznej. Kolejne konflikty, operacje wojskowe i uderzenia na terytorium państw regionu są elementami tej polityki. Dla rządu Benjamina Netanjahu osłabienie Iranu, będącego jednym z najważniejszych przeciwników Izraela, stanowi strategiczny cel.

Problem polega na tym, iż realizacja izraelskich celów nie musi oznaczać realizacji interesów USA. Stany Zjednoczone gigantyczne ponoszą koszty militarne, gospodarcze i polityczne konfrontacji z Teheranem. Amerykańscy podatnicy finansują operacje wojskowe, amerykańscy żołnierze są narażeni na śmierć i obrażenia, a zwykli obywatele odczuwają skutki wzrostu cen energii. Jednocześnie izraelski rząd otrzymuje strategiczne wsparcie najpotężniejszego mocarstwa świata w konfrontacji z regionalnym przeciwnikiem. Innymi słowy Waszyngton angażuje zasoby w konflikty, których beneficjentem jest żydowski reżim.

Wynik wyborów powinien być dla administracji Trumpa poważnym ostrzeżeniem. Utrata kontroli nad obiema izbami Kongresu oznacza nie tylko osłabienie pozycji prezydenta, ale również poważne utrudnienie realizacji jego krajowego programu. Demokraci otrzymają znacznie większe możliwości blokowania inicjatyw Białego Domu i kontrolowania działań administracji. Nie oznacza to jednak automatycznie zmiany polityki zagranicznej. Trump zresztą już zapowiedział, iż nie żałuje decyzji o rozpoczęciu wojny i nie zrobiłby niczego inaczej.

Właśnie w tym tkwi najważniejszy polityczny wniosek z jego środowych wypowiedzi. Amerykański prezydent przyznaje, iż wojna przyczyniła się do wyborczej klęski jego partii, ale nie uważa, aby interes polityczny własnego ugrupowania czy oczekiwania wyborców powinny wpłynąć na jego decyzje dotyczące Iranu. W praktyce oznacza to kontynuację kursu, w którym strategiczne interesy Izraela zajmują wyjątkowo wysokie miejsce w kalkulacjach amerykańskiej administracji. Syjonizm jest zatem ideologią, która sprowadziła na prezydenta USA ślepotę polityczną. Nie widzi niczego ważniejszego od realizacji żydowskich interesów.

W tej sytuacji hasło America First coraz bardziej przypomina więc wyborczy slogan z Polski, który traci nie ma niczego wspólnego z rzeczywistością. Amerykanie zagłosowali przeciwko kosztom wojny, ale ich prezydent nie zamierza z niej rezygnować. choćby jeżeli ceną za tę konsekwencję będzie dalsze osłabienie jego własnego zaplecza politycznego. Zwiastuje to gigantyczną porażkę republikanów w kolejnych wyborach.

NASZ KOMENTARZ: Wszystko wskazuje na to, iż przez kolejne kilka lat żydonaziści będą mogli w spokoju kontynuować swoją ekspansję terytorialną oraz ludobójstwo Palestyńczyków. Nie łódźmy się jednak, iż po kolejnych wyborach i jeszcze bardziej spektakularnej klęsce republikanów, coś się zmieni. Gdy przyjdzie stosowny moment, Żydzi otworzą kufry ze złotem dla polityków partii demokratycznej, by ci kontynuowali to, co dziś robi ultraszabesgoj Trump.

Polecamy również: SBU ściga protestujących pod katownią Azowa

Idź do oryginalnego materiału