Prezydent Karol Nawrocki od początku swojej kadencji lubił powtarzać, iż łączy go ze światowymi przywódcami – a szczególnie z Donaldem Trumpem – coś więcej niż standardowa dyplomacja. Miały to być „specjalne stosunki”, otwierające Polsce drogę do wyjątkowej pozycji w Europie. Problem w tym, iż dziś, gdy na najwyższym szczeblu toczą się rozmowy o przyszłości Ukrainy i bezpieczeństwie całego regionu, Polski przy tym stole nie ma. Za to pozostaje gorzkie pytanie: co zostało z tych wielkich deklaracji?
Obraz jest wymowny. W Białym Domu spotykają się Wołodymyr Zełenski, Donald Trump i liderzy europejskich państw. Nieobecność Polski tłumaczy Nawrocki w sposób, który raczej kompromituje niż uspokaja: przekonuje, iż już rozmawiał z Trumpem, a 3 września spotka się z nim osobiście. To przypomina próbę zasłonięcia braku realnego wpływu pustymi gestami. Bo czy telefoniczna wymiana zdań może zastąpić miejsce w strategicznym formacie decyzyjnym? Odpowiedź jest oczywista.
Nawrocki uspokaja, iż Polska jest reprezentowana przez rząd. Ale to właśnie rola prezydenta w polityce zagranicznej miała być – według niego i PiS – kluczowa. Skoro dzisiaj to rząd ma prowadzić rozmowy, to po co były te wszystkie opowieści o wyjątkowych kanałach kontaktu?
W istocie mamy do czynienia z klasycznym przykładem stylu PiS: dużo symboliki, mało treści. Nawrocki obiecuje, iż Polska ma „bliskie relacje” z Trumpem, ale gdy przychodzi czas realnych rozmów, nasz kraj znajduje się na marginesie. A w polityce międzynarodowej nie liczą się ani konferencyjne deklaracje, ani zdjęcia w gabinecie – liczy się, kto siedzi przy stole, gdy ważą się decyzje.
Tak było za rządów PiS w wielu innych obszarach: zamiast mozolnego budowania trwałych sojuszy, mieliśmy widowiskowe gesty, które gwałtownie okazywały się wydmuszką. Nawrocki wpisuje się w ten sam schemat.
Ktoś mógłby powiedzieć: cóż, jedno spotkanie mniej, wielkiego znaczenia nie ma. Ale konsekwencje są poważniejsze. Polska przez lata budowała reputację państwa, które jest nie tylko beneficjentem bezpieczeństwa, ale także aktywnym uczestnikiem kształtowania polityki regionalnej. Brak naszej obecności w tak kluczowych rozmowach to sygnał, iż ta reputacja została nadwyrężona. I nie da się tego gwałtownie odbudować.
Bo to właśnie takie epizody – marginalizacja przy ważnych stołach, niedotrzymane obietnice „specjalnych stosunków” – zapisują się w pamięci partnerów. Gdy Polska po raz kolejny spróbuje przekonać, iż odgrywa rolę lidera regionu, w odpowiedzi może usłyszeć: skoro tak, to dlaczego zabrakło was, gdy decydowały się sprawy najważniejsze?
Nawrocki w swoim wystąpieniu apelował o „spokój i rozwagę”. Tyle iż trudno o spokój, gdy polityka zagraniczna opiera się na deklaracjach oderwanych od rzeczywistości. Polacy słyszeli wielokrotnie, iż ich kraj ma wyjątkową pozycję – a teraz widzą, iż inni podejmują decyzje, a prezydent ogranicza się do zapewnień o nadchodzącym spotkaniu.
Tu nie chodzi tylko o wizerunek Nawrockiego. To kwestia poważniejsza: wiarygodności Polski. Każde takie rozminięcie się słów z czynami osłabia pozycję państwa. A odbudowa zaufania partnerów wymaga lat.
Nawrocki zapewnia, iż rozmowy telefoniczne z Trumpem były owocne, a wizyta 3 września będzie przełomowa. Ale choćby jeżeli do niej dojdzie, pozostaje faktem, iż w momencie krytycznym Polska znalazła się na uboczu. I to jest rezultat stylu uprawiania polityki, który PiS narzucił przez lata: spektakularne zapowiedzi, które nie mają pokrycia w realnych działaniach.
A skutki tej polityki zostaną z nami na długo. Zaufanie w dyplomacji buduje się mozolnie, a traci w jednej chwili. Nawrocki miał być gwarantem wyjątkowej pozycji Polski – zamiast tego dostarczył kolejnego dowodu, iż PiS-owskie „specjalne stosunki” są iluzją.
Obiektywna analiza pokazuje jedno: to nie Tusk, nie rząd, ale prezydent – i cała filozofia polityki zagranicznej PiS – odpowiadają za to, iż Polska wypadła z kluczowego formatu rozmów. Nie jest to wypadek przy pracy, ale konsekwencja lat prowadzenia dyplomacji poprzez gesty i symboliczne deklaracje, zamiast poprzez ciężką pracę i budowanie trwałych sojuszy.
Dlatego odpowiedzialność Nawrockiego jest oczywista. Można apelować o spokój, można mówić o kolejnych spotkaniach, ale nie zmieni to faktu, iż z „specjalnych stosunków” nic nie wynikło. A to, co popsuto – pozycję Polski, zaufanie partnerów, obraz kraju jako wiarygodnego gracza – będzie naprawiane przez wiele lat.