Donald Trump 19 sierpnia zapowiedział, iż jeszcze w 2026 roku spotka się z Kim Dzong Unem, a Koreę Północną opisał jako państwo z 57 „bardzo potężnymi” głowicami. Po ograniczeniu ćwiczeń USA z Koreą Południową to sygnał jasny: Waszyngton znów handluje bezpieczeństwem sojuszników za osobistą dyplomację.
Zapowiedź z Białego Domu
Donald Trump potwierdził, iż planuje spotkanie z Kim Dzong Unem jeszcze w 2026 roku. Jak relacjonowało Euronews, prezydent USA mówił dziennikarzom, iż dobrze zna przywódcę Korei Północnej i iż relacja z nim jest atutem. W tym samym wystąpieniu podał liczbę 57 północnokoreańskich głowic nuklearnych. To rzadko spotykana precyzja w ustach amerykańskiego prezydenta.
Nie podano daty ani miejsca spotkania. Według relacji medialnych rozważany jest termin później w tym roku, możliwie przy okazji podróży Trumpa do Azji. Sam fakt zapowiedzi ma jednak znaczenie już teraz. Korea Północna dostaje sygnał, iż Waszyngton znów jest gotów przenieść ciężar rozmów z twardych struktur sojuszniczych na osobisty kontakt dwóch przywódców.
57 głowic i twarda rzeczywistość
Liczba podana przez Trumpa nie jest oderwana od publicznych szacunków ekspertów. SIPRI w roczniku z czerwca 2026 roku ocenił, iż Korea Północna mogła złożyć około 60 głowic i ma materiał rozszczepialny na co najmniej 30 kolejnych. Nie mówimy o egzotycznym problemie z drugiego końca świata. Korea Północna rozwija rakiety, rozbudowuje arsenał i coraz częściej działa w cieniu rosyjskiej wojny na Ukrainie.
Trump mówi o rozmowie, ale rozmowa odbywa się już po przesunięciu równowagi sił. Kim nie przychodzi do stołu jako słabszy partner proszący o ulgę. Przychodzi jako przywódca reżimu, który przez lata kupował czas, testował rakiety i budował odstraszanie nuklearne. Amerykański prezydent może to nazwać szansą. Sojusznicy USA muszą zapytać, co zostanie po tej szansie w ich realnych planach obronnych.
Ćwiczenia jako karta przetargowa
Zapowiedź spotkania przyszła po decyzji o ograniczeniu ćwiczeń wojskowych USA i Korei Południowej. AP informowała, iż Pentagon miał zmniejszyć skalę manewrów Ulchi Freedom Shield, a Pjongjang i tak uznał tę zmianę za niewystarczającą. To typowa logika reżimu: ustępstwo przyjmuje, presję utrzymuje, a na końcu żąda więcej.
Dla Seulu to nie jest akademicka debata. Ćwiczenia są jednym z filarów odstraszania i sprawdzania gotowości wojsk. Dla Waszyngtonu mogą być kosztem politycznym lub elementem gry negocjacyjnej. Właśnie tu widać zasadniczy problem polityki Trumpa: osobista rozmowa z dyktatorem może przynieść widowiskowy kadr, ale może też osłabić zaufanie sojuszników do amerykańskiej przewidywalności.
DN pisał już o napięciach, jakie budzi polityka Donalda Trumpa wobec Korei Południowej. Teraz ten spór wraca w ostrzejszej formie. jeżeli ćwiczenia obronne stają się żetonem w grze z Pjongjangiem, każdy sojusznik USA powinien uważnie patrzeć, czy podobny mechanizm nie pojawi się kiedyś w jego własnym regionie.
Lekcja dla Polski
Polska nie leży nad Morzem Żółtym, ale logika wielkiej polityki jest ta sama. Państwo, które oddaje własne bezpieczeństwo w cudze ręce, musi liczyć się z tym, iż cudza stolica ma swoje interesy, swoje wybory i swoje kampanie. Sojusze są potrzebne. Nie są jednak zamiennikiem własnej siły.
Dlatego z polskiej perspektywy zapowiedź Trumpa powinna być czytana bez naiwności. DN wskazywał już, iż polityka administracji Donalda Trumpa może przynosić napięcia także w relacjach transatlantyckich. Dobrze, gdy przywódca USA potrafi rozmawiać z przeciwnikiem. Źle, gdy cena rozmowy płacona jest wiarygodnością ćwiczeń, obecności wojskowej i bezpieczeństwem sojuszników. Naród, który chce przetrwać w twardym świecie, nie może żyć wyłącznie obietnicą, iż ktoś daleko za oceanem zawsze podejmie adekwatną decyzję.
Źródło: Polskie Radio Rzeszów/IAR, Euronews, AP, SIPRI
Źródło: Polskie Radio Rzeszów














