W polskiej polityce inflacja słów od dawna przekracza normy bezpieczeństwa. Ale choćby na tym tle wypowiedzi Mariusza Kamińskiego wyróżniają się szczególną dezynwolturą wobec faktów. Były szef MSWiA, dziś europoseł PiS, na antenie Telewizjai wPolsce24 ogłosił, iż „na naszych oczach Donald Tusk buduje elementy reżimu totalitarnego”. To zdanie mówi znacznie więcej o stanie umysłu autora niż o stanie polskiej demokracji.
Kamiński nie poprzestał na jednej tezie. W jego opowieści rząd Donalda Tuska nie tylko łamie prawo, ale robi to ostentacyjnie, bo „prawo jest takie, jakie on uważa, iż jest”. W tej wizji Polska – członek Unii Europejskiej, państwo z wolnymi wyborami, pluralistycznymi mediami i realną opozycją – dryfuje ku totalitaryzmowi. Brakuje tylko sugestii, iż za chwilę na ulicach pojawią się czołgi. To już nie jest krytyka polityczna. To publicystyczna fantasmagoria.
Problem z Kamińskim polega na tym, iż on mówi „zupełnie od rzeczy”, ale robi to z absolutną powagą. Każdy konflikt polityczny, każda decyzja personalna, każdy spór w koalicji rządzącej staje się dla niego dowodem na istnienie „reżimu”. Gdy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz mówi w Polsat News o napięciach w koalicji i potrzebie dialogu, Kamiński natychmiast dorabia do tego teorię o „miażdżeniu przystawek” i politycznym odwecie.
„Tusk tak naprawdę już zmiażdżył niektóre ze swoich przystawek. Najlepszym przykładem jest partia Hołowni” – przekonuje. To zdanie brzmi jak żywcem wyjęte z propagandowego biuletynu, w którym każde tarcie w koalicji musi być dowodem tyranii. Polityczna rywalizacja? Normalna dynamika władzy? Nie, według Kamińskiego to już „elementy rządów dyktatorskich”.
Jeszcze dalej idzie, gdy opowiada o ministrach sprawiedliwości i prokuratorach. Zachowania Waldemara Żurka – jego zdaniem – „kompletnie nie licują z godnością urzędu” i mają dowodzić, „kto nami rządzi”. W tym świecie prokuratura, która bada działania poprzedniej władzy, nie wykonuje konstytucyjnych obowiązków, ale „dąży do rozbicia opozycji”. To narracja znana i zużyta: jeżeli PiS jest kontrolowany, to znaczy, iż jest prześladowany.
Szczególne miejsce w tej opowieści zajmuje Zbigniew Ziobro. Kamiński mówi o „ściganiu walczącego ze śmiertelną chorobą byłego ministra” i „absurdalnych zarzutach” wobec polityków PiS. Ani słowa o powodach tych postępowań, ani słowa o odpowiedzialności publicznej. Zamiast tego pojawia się symbol: „kajdanki zespolone” jako znak rządów Tuska, Bodnara i Żurka. To już nie analiza – to retoryka rodem z politycznego horroru.
Najbardziej uderzające jest jednak to, iż Kamiński – były szef resortu odpowiedzialnego za bezpieczeństwo i porządek prawny – tak lekko operuje pojęciem „totalitaryzmu”. W jego ustach traci ono wszelkie znaczenie. Totalitaryzm przestaje być doświadczeniem XX wieku, a staje się etykietą na każdą decyzję, która nie podoba się PiS. To intelektualna degradacja debaty publicznej.
„To są rzeczy, które w centrum Europy w XXI wieku nie mają prawa się odbywać” – mówi Kamiński. Paradoks polega na tym, iż to właśnie tego typu wypowiedzi nie powinny się odbywać bez elementarnej odpowiedzialności za słowo. Bo jeżeli wszystko jest „reżimem”, to nic nim nie jest. A jeżeli każda próba rozliczeń to „dyktatura”, to znaczy, iż autor tych słów nie akceptuje samej idei demokratycznej zmiany władzy.
Trzeba to nazwać po imieniu: Mariusz Kamiński nie opisuje rzeczywistości, on ją wymyśla. Jego narracja nie służy obronie demokracji, ale obronie własnego obozu przed odpowiedzialnością. To opowieść zbudowana z przesady, insynuacji i fałszywych analogii. I im częściej ją powtarza, tym bardziej odsłania bezradność PiS, które zamiast argumentów oferuje coraz bardziej absurdalne oskarżenia.

1 dzień temu



