Torfowisko bez wody działa jak kompostownik. Prof. Wiktor Kotowski wyjaśnia, co degraduje mokradła

2 godzin temu
Zdjęcie: torfowisko


W mokradłach najważniejsze rzeczy dzieją się tam, gdzie nie widać lustra wody. Kilka, kilkanaście centymetrów pod powierzchnią rozstrzyga się, czy torfowisko działa jak magazyn i filtr, czy zaczyna pracować jak kompostownik. Mokra i mroźna zima potrafi dać złudne poczucie bezpieczeństwa – bo śnieg i roztopy wyglądają jak obfitość. Dla mokradeł liczy się jednak nie to, ile wody spadło, tylko ile zostało w zlewni. Prof. Wiktor Kotowski w rozmowie z Agnieszką Hobot porządkuje najważniejsze fakty: wysychanie jest głównym mechanizmem degradacji mokradeł, a odtwarzanie to nie zalanie, ale trwałe przywrócenie reżimu wodnego. Podkreśla też, iż bez skoordynowanych działań w rolnictwie, gospodarce leśnej i wodnej, mokradeł nie da się skutecznie chronić.

Agnieszka Hobot: W rozmowie o mokradłach często padają słowa: woda, torf, proces. Gdyby miał Pan wskazać trzy najważniejsze wskaźniki, które naukowo określą, czy mokradło działa prawidłowo, to co by to było?

Wiktor Kotowski: Przede wszystkim mokradła są bardzo różne. To pojęcie jest tak rozległe, iż w najszerszym kontekście warto stosować definicję, jaką przyjmuje Konwencja Ramsarska. Zwłaszcza o ile mówimy o ochronie, bo w ramach tej konwencji chronione są nie tylko tereny podmokłe, w tym bagna, ale też wody śródlądowe: jeziora, rzeki, tereny zalewowe, a choćby przybrzeżne wody morskie. I to od razu pokazuje, iż nie da się dobrać jednego kryterium do oceny wszystkich typów mokradeł.

Jeśli jednak miałbym wskazać coś wspólnego, to byłoby to to, iż powinny mieć tyle wody, ile przewiduje stan referencyjny dla danego typu. I to od razu prowadzi do wniosku, iż największym problemem i główną przyczyną degradacji wszystkich typów mokradeł jest wysychanie. Drugim czynnikiem, który przychodzi tu na myśl, jest zanieczyszczenie wody.

A.H.: Mamy mokrą i mroźną zimę: dużo wody, mróz, a potem roztopy. Czy taka zima z punktu widzenia mokradeł i torfowisk jest pomocna, czy raczej groźna? Co się wtedy dzieje z wodą w torfie i w glebie i po czym poznać, iż mokradło przechodzi ten okres dobrze?

W.K.: Zacznę od krótkiego doprecyzowania ważnej rzeczy. Torfowiska stanowią mniej więcej połowę wszystkich mokradeł w skali świata. W stanie naturalnym są to bagna. Ja używam terminu torfowisko na określenie obszarów z naturalnie zakumulowanym torfem, czyli osuszone torfowisko pozostaje nim tak długo, jak długo jest tam pokład torfu.

Natomiast żeby torfowisko było zdrowe i funkcjonowało jako system akumulujący węgiel, muszą w nim panować warunki bagienne. Co to znaczy? Torf powinien być wysycony wodą mniej więcej przez cały rok. Woda nie musi być widoczna na powierzchni, zwykle jest kilka, kilkanaście centymetrów poniżej, ale zasadniczo większość torfowiska powinna być mokra przez cały rok. Wierzchnia warstwa może zamarznąć w czasie mroźnej zimy, ale poniżej i tak jest woda. Po pierwsze dlatego, iż o ile mówimy o zasobach podziemnych, to dociera tam woda o temperaturze zdecydowanie powyżej zera – w naszych warunkach to może być kilka, choćby do 10°C. Po drugie – w tej warstwie zachodzą procesy, które ją nieco ogrzewają, bo ciepło wydziela między innymi życie beztlenowe, które tam zachodzi.

Tegoroczna zima różni się od wielu poprzednich z powodu mrozu, sporej ilości śniegu i faktu, iż ten śnieg zostaje w terenie właśnie dzięki ujemnej temperaturze. To jest istotne dla systemów bagiennych, bo woda roztopowa może je zasilić – jeżeli śnieg zostanie w obrębie torfowiska i jego zlewni, a potem stopnieje i wsiąknie.

Niemal wszystkie nasze torfowiska mają swoją zlewnię, tak jak rzeki. Trzeba pamiętać, iż w Polsce ponad 90 proc. z nich to torfowiska niskie, oryginalnie zasilane wodą podziemną. A żeby wody podziemne były skuteczne w tym zakresie, woda opadowa musi wsiąknąć w ziemię w zlewni torfowiska. Im dłużej w terenie utrzymuje się śnieg, tym większa jest nadzieja, iż po roztopach zasili warstwy wodonośne, które potem wypływają na terenach bagiennych i podtrzymują ich uwodnienie.

Problem polega na tym, iż ponad 85 proc. polskich torfowisk, podobnie zresztą jak obszary w ich zlewniach, jest zmeliorowanych, pociętych rowami, które tę wodę odprowadzają, zanim zdąży zasilić system.

A.H.: W Polsce mamy dużo torfowisk odwodnionych. Co dzieje się wtedy z torfem: jakie procesy uruchamia osuszanie i jak to wpływa na retencję i jakość wody?

W.K.: Torfowisko jest specyficznym ekosystemem, który w pewnym sensie nigdy nie jest w stanie równowagi. Torfowisko naturalne w stanie bagiennym akumuluje torf, czyli mamy tu nierównowagę bilansu węgla, polegającą na tym, iż tego pierwiastka wciąż przybywa w systemie. Dzieje się tak dlatego, iż istniejący pokład torfu jest wysycony wodą i w związku z tym zawarta w nim materia organiczna rozkłada się wolniej, niż dostarczana jest nowa. Kolejne pokolenia roślin dokładają więc trochę biomasy, materii organicznej przybywa, a dzięki temu torfowiska gromadzą coraz więcej wody, zwiększają retencję i w pewnym sensie oczyszczają wody podziemne, bo część związków, w tym biogenów, zostaje w nich uwięziona (to dodatkowy, obok procesów mikrobiologicznych, mechanizm oczyszczania wód przez bagna).

Odwodnione torfowisko też jest w pewnym sensie nierównoważne, tylko znacznie bardziej i w przeciwną stronę. Zamiast dodatniego bilansu węgla, mamy bilans ujemny w efekcie jego uwalniania w postaci CO2. Torf, który akumulował się w bagnie przez tysiąclecia, w kontakcie z tlenem rozkłada się w tempie kilkanaście, a choćby kilkadziesiąt razy szybszym, niż się gromadził. W zasadzie można to porównać do wielkiego kompostownika. Torf to martwe szczątki roślin, które naturalnie leżały w czymś w rodzaju wielkiej beczki z wodą: było ich coraz więcej, przyrastały o ok. 1 mm rocznie. A kiedy obniżymy poziom wody – i to nie musi być bardzo głębokie odwodnienie, wystarczy kilkadziesiąt centymetrów, zgodnie z dawnymi intencjami meliorantów – to ta wystawiona na działanie tlenu warstwa torfu zaczyna zachowywać się jak materia organiczna na kompostowniku – rozkłada się pod wpływem aktywności grzybów i bakterii.

I wtedy bardzo gwałtownie uwalniają się pierwiastki, które wcześniej były związane w torfie: azot i fosfor, zawarte dotychczas w związkach organicznych, utleniają się do azotanów i fosforanów. Woda, zamiast zubażać się w biogeny, zaczyna być w nie wzbogacana. Rusza proces przekształcania torfowiska w gleby murszowo-torfowe, a węgiel, który kiedyś był pobrany przez rośliny jako CO2 i przez tysiąclecia magazynowany pod powierzchnią ziemi, teraz wraca do atmosfery w tempie wielokrotnie szybszym.

Jednocześnie, wraz ze spadkiem poziomu wody pod wpływem odwadniania, torfowisko osiada. Mówimy o zanikaniu torfu w tempie od milimetrów do choćby kilku centymetrów rocznie. Na początku proces zachodzi szybciej, bo odbywa się jeszcze zagęszczanie torfu wskutek utraty wody. Później dominuje proces osiadania spowodowany rozkładem. Jego efekt to utrata ok. 1,5 cm torfowiska rocznie, czyli ubywanie odbywa się mniej więcej piętnaście razy szybciej niż przyrost.

Część substancji zawartych w torfie, w szczególności azot w formach przyswajalnych, przechodzi do płytkich wód podziemnych, do rowów i dalej do odbiorników. Torfowiska, które wcześniej poprawiały jakość wody, zaczynają ją zanieczyszczać. Do tego dochodzi ogromne uwalnianie dwutlenku węgla: 1 ha odwodnionego torfowiska może generować rocznie emisje porównywalne z przejazdem samochodu osobowego na dystansie kilkuset tysięcy kilometrów. To są jedne z największych emisji z użytkowania gruntów w przeliczeniu na jednostkę powierzchni, jakie w ogóle obserwujemy.

Zmienia się też przyroda na takich terenach – i to drastycznie. Gatunki przystosowane do warunków bagiennych, które nigdzie indziej nie mają szans występować, są wypierane przez rośliny pospolite, gwałtownie rosnące. jeżeli torfowisko było przekształcane w kierunku łąkowym, a tak bywało najczęściej, to wchodzą trawy. jeżeli osuszone torfowisko nie jest użytkowane, zajmują je krzewy i zarośla. W efekcie typowe gatunki torfowiskowe stały się bardzo rzadkie. Dziś próbujemy je chronić w rezerwatach, ale te również są przesuszone i gwałtownie się zmieniają.

A.H.: Renaturyzacja torfowisk i mokradeł brzmi dobrze, ale diabeł tkwi w szczegółach. Jak Pan definiuje sukces odtwarzania: po czym poznać, iż to on, a nie tylko zalanie?

W.K.: Wszystko zależy od tego, jakie cele sobie postawimy i na ile zmienił się dany ekosystem. Mocno przekształconego torfowiska nie jesteśmy w stanie odtworzyć w sensie przywrócenia go do stanu sprzed degradacji. Rozkład w tym przypadku jest procesem jednokierunkowym: torf, kiedy się rozkłada, przechodzi w mursz, czyli glebę o zupełnie innych adekwatnościach – przesuszony mursz staje się wręcz hydrofobowy! To jest zjawisko nieodwracalne. I to nie znaczy, iż takich ekosystemów nie powinniśmy naprawiać, tylko trzeba uczciwie powiedzieć, iż nie uda się odzyskać tego, co było przed degradacją.

Tym bardziej, iż możemy bardzo dużo zrobić, by poprawić funkcjonowanie takich terenów. Możemy spowolnić rozkład torfu i znacząco zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych, a czasem choćby odwrócić kierunek bilansu w stronę akumulacji. Jesteśmy też w stanie stosunkowo gwałtownie przywrócić tym terenom rolę filtrów biologicznych, czyli doprowadzić do sytuacji, w której zaczną znowu wychwytywać azotany – denitryfikacja wymaga jedynie przywrócenia warunków beztlenowych. Możemy przywrócić je jako obszary bardzo ważne dla retencji wody. W stanie bagiennym torfowiska pełnią liczne funkcje ekosystemowe nie tylko na swoim obszarze, ale ich wpływ rozciąga się znacznie szerzej.

To wynika z faktu, iż torfowiska rozwijały się w najniżej położonych częściach terenu, zwłaszcza te niskie. One w pewnym sensie tamowały przepływ wody w krajobrazie. Przez tysiące lat narosły do miąższości kilku – kilkunastu metrów i o tyle podwyższyła się w tym miejscu baza drenażu, czyli poziom, do którego spływają wody z okolicy. o ile osuszyliśmy te torfowiska, to one osiadły. Kiedy dodatkowo utrzymujemy w rowach wodę metr czy dwa poniżej powierzchni torfowiska, to cały system hydrologiczny jest niejako ściągnięty w dół.

Wystarczy, iż odtworzymy warunki bagienne, czyli podniesiemy poziom wody w rowach mniej więcej do poziomu gruntu. Albo te rowy zlikwidujemy. Wtedy podniesiemy bazę drenażu, a więc poziom wód podziemnych także w terenach dookoła. Większość kraju jest nizinna, ma łagodne spadki, do torfowisk przylegają tereny raptem o parę metrów od nich wyższe. Woda podziemna w takich miejscach może być również o ten 1 m wyżej. Ten efekt potrafi się rozciągać na kilometry. To jest realny, przestrzenny wpływ na przyrodę i rolnictwo.

Funkcje środowiskowe i usługi ekosystemowe torfowisk wykraczają daleko poza ich teren, pod warunkiem, iż woda przez cały rok utrzymuje się blisko powierzchni.

Natomiast o ile mówimy o odtwarzaniu torfowisk dla ginących gatunków roślin i zwierząt, to sytuacja jest trudniejsza. Ja jako botanik będę mówił głównie o roślinach. Te gatunki zanikają dlatego, iż osuszone torfowisko robi się coraz bardziej produktywne: rośnie ilość biomasy, zmieniają się warunki świetlne, zaczynają dominować rośliny gwałtownie rosnące, pospolite. I adekwatnie nie ma szans na powrót do warunków niskiej żyzności, żeby mogły tam rosnąć gatunki typowo torfowiskowe, takie jak mchy bagienne, storczyki, wełnianki czy rosiczki. Im mniej torfowisko jest przekształcone, tym większa szansa na sukces. Dlatego chcąc ratować bioróżnorodność, musimy zająć się fragmentami nieznacznie przesuszonymi, na których zachowały się najbardziej wrażliwe i ginące gatunki.

Warto zauważyć, iż te ekosystemy często nie są odwadniane rowami na swoim własnym obszarze, ale dlatego, iż sąsiadują z obszarami silnie zmeliorowanymi. I tu pojawia się istotny efekt synergii. o ile naprawimy tereny zmeliorowane rolniczo, czyli poprawimy retencję wody w większej skali, ograniczymy odpływ, poprawimy usługi ekosystemowe i zmniejszymy emisje dwutlenku węgla, to przy okazji podniesiemy poziom wody w krajobrazie na tyle, iż ten efekt odczują również chronione – najcenniejsze przyrodniczo – fragmenty systemów torfowiskowych.

Trzeba powiedzieć jasno: większość ekosystemów, które dziś powinny być chronione, to jedynie pozostałości tego, co było. Co prawda przez cały czas istnieją jako torfowiska, ale większość ich obszaru została zmeliorowana i pocięta rowami. W powszechnej wyobraźni bagna to śródleśne enklawy, często torfowiska wysokie czy przejściowe. Tymczasem w Polsce były to przede wszystkim ogromne obszary w dolinach rzecznych albo w nieckach terenu. I to jest clou tematu naprawy mokradeł w skali krajobrazu, bo tych małych, izolowanych fragmentów często nie jesteśmy w stanie uratować bez poprawy retencji wody w większej skali.

A.H.: Jest Pan współautorem Strategii ochrony obszarów wodno-błotnych w Polsce wraz z Planem działań, który MKiŚ udostępniło do konsultacji w lutym 2026 r. Gdyby miał Pan wytłumaczyć laikowi, co w tej strategii jest najważniejsze: jakie są główne cele i co ma realnie zatrzymać degradację mokradeł?

W.K.: W strategii są trzy główne cele: jeden dotyczący torfowisk, drugi pozostałych mokradeł, a trzeci – sieci obszarów Ramsar. Natomiast najważniejsze jest to, dlaczego w ogóle potrzebujemy takiej strategii. Chcemy wymusić współpracę różnych sektorów gospodarki i administracji. Mokradeł nie da się ochronić wyłącznie działaniami Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Dotychczasowe strategie były jedynie dokumentami resortowymi, ministerialnymi, ale wiemy już, iż nie da się skutecznie ratować mokradeł, jeżeli ograniczymy się tylko do obszarów chronionych.

Mokradła to naczynia połączone, te chronione powiązane są z terenami rolniczymi i leśnymi oraz z gospodarką wodną w ciekach. I po pierwsze, tego nie da się załatwić w jednym resorcie. A po drugie, jest już konsensus, iż ta woda jest potrzebna gospodarce. Celem ochrony mokradeł nie ma być wyłącznie ochrona przyrody, ale także zabezpieczenie kraju przed suszą, a miast przed powodziami, ograniczanie skutków zmiany klimatu i adaptacja do niej. Do tego dochodzi jeszcze wątek obronności, Tarcza Wschód i rola mokradeł jako przeszkody strategicznej.

Skoro jest tak dużo wspólnych interesów, to trzeba współpracować i skoordynować działania, by sobie nawzajem nie przeszkadzać. I właśnie dlatego, dla wdrożenia i przyjęcia tej strategii, powstał zespół rządowy. W jego skład wchodzą przedstawiciele Ministerstw: Klimatu i Środowiska, Rolnictwa, Infrastruktury z Wodami Polskimi, Obrony Narodowej i Finansów, ale też Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.

Odbyły się już konsultacje międzyresortowe strategii, teraz realizowane są społeczne. Mam nadzieję, iż dokument nie zostanie wywrócony do góry nogami. Większość założeń naszego projektu pozostała, niektóre zmieniono w wyniku ustaleń rządowych, ale dla mnie kluczem jest realna kooperacja między ministerstwami, zwłaszcza udział resortu rolnictwa.

A.H.: Czyli przekładając to na praktykę – mówimy o programach dobrowolnych, dobrze opłacanych, które realnie zachęcą rolników, zamiast kogokolwiek zmuszać do zalewania pól?

W.K.: Tak, programy powinny być dobrowolne i atrakcyjne finansowo. Nikt nie będzie zmuszał rolników do ponownego uwadniania. Natomiast warto pamiętać, iż mogą mieć oni konkretne korzyści z sąsiedztwa ponownie uwodnionych torfowisk: stabilniejszy poziom wody w krajobrazie, mniejsze przesuszanie, a często także lepsze warunki dla plonów.

Właściciele gruntów torfowych powinni być zachęcani do podnoszenia poziomu wody dopłatami rzędu kilku tysięcy złotych rocznie. Do tego musimy przekonać Ministerstwo Rolnictwa, bo bez tej współpracy nic nie zdziałamy.

A.H.: Pieniądze są. Skoro państwo wypłaca straty suszowe – i to czasem w skali ponad 1 mld rocznie – to trudno mi przyjąć argument, iż nie ma środków na realne zachęty dla rolników. A dziś są one, mówiąc wprost, słabe. Do tego dochodzi problem ekoschematów, skomplikowanych tak bardzo, iż wielu rolników, zwłaszcza tych mniejszych, nie ma szans sięgnąć po te pieniądze.

W.K.: Zgadzam się. jeżeli wsparcie ma działać, musi być przede wszystkim dostępne i proste, a skala dopłat powinna odpowiadać skali zmiany, której oczekujemy. Bez tego rolnicy nie będą zainteresowani współpracą. Dodatkowo potrzebne są też działania inwestycyjne tam, gdzie trzeba fizycznie przywrócić uwodnienie: podnieść poziom wody w rowach, ograniczyć odpływ albo likwidować melioracje. Same deklaracje nie utrzymają efektu w terenie.

dr hab. Wiktor Kotowski – biolog zajmujący się funkcjonowaniem ekosystemów bagiennych oraz naukowymi podstawami ich ochrony – zwłaszcza w kontekście ograniczania zmiany klimatu i adaptacji do niej. Profesor na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Poza pracą badawczą angażuje się społecznie i zawodowo w ochronę przyrody, m.in. poprzez działalność w organizacjach pozarządowych – jest założycielem i członkiem zarządu Centrum Ochrony Mokradeł, w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody, czy w Radzie Naukowej Biebrzańskiego Parku Narodowego. Wiktor Kotowski został wyróżniony nagrodą popularyzatora nauki w kategorii naukowiec w 2022 roku oraz odznaką honorową Ministra Klimatu i Środowiska w 2025 roku.

zdj. główne: Wiktor Kotowski

Idź do oryginalnego materiału