Tocqueville patrzy na Amerykę Trumpa – z Janem Tokarskim rozmawia Piotr Leszczyński

3 tygodni temu

Piotr Leszczyński: Napisałeś biografię myśli Alexisa de Tocqueville’a – dziewiętnastowiecznego francuskiego myśliciela, autora klasycznego dzieła O demokracji w Ameryce, jednego z najważniejszych filozofów politycznych szeroko rozumianego nurtu liberalnego. Odnoszę wrażenie, iż ten powrót do Tocqueville’a nie ma w sobie nic z antykwarycznej ciekawości, ale jest próbą przyglądnięcia się – poprzez zwierciadło jego dzieła – współczesnemu światu. Czemu napisałeś tę książkę?

Jan Tokarski: Tocqueville towarzyszy mi nieustannie od jakichś dwudziestu lat. Wracam do jego dzieł raz po raz; zawsze, gdy przestaję rozumieć to, co się dzieje dookoła. I przy każdej lekturze odkrywam coś nowego. Coś, czego w tekście wcześniej nie dostrzegłem, jakąś jego warstwę, do której poprzednio się nie dokopałem.

Właśnie wspomniane poczucie dysonansu było bezpośrednim impulsem do napisania książki. Niecałe cztery lata temu, latem roku 2022, razem z rodziną przemierzaliśmy samochodem Francję. Zwiedziliśmy Paryż, Mont-Saint-Michel, a ja uparłem się, iż jadąc przez tonącą w słońcu i tryskającą zielenią Normandię musimy zahaczyć o Tocqueville – rodową miejscowość autora O demokracji w Ameryce. Traf chciał, iż w przemienionym na hotel starym zamku odbywała się akurat konferencja naukowa. Ku mojemu zdumieniu odkryłem, iż przemawiał na niej… ówczesny polski premier (zdalnie, jak się potem okazało, ale co za różnica?). Co za ironia losu, pomyślałem. Oto polityczny prawnuk Ludwika Napoleona – archetypicznego populisty i człowieka, który w grudniu 1851 dokonał we Francji zamachu stanu, zmuszając tym samym Alexisa de Tocqueville’a do „wewnętrznej emigracji” – przemawia do oświeconych francuskich elit w rodzinnym château filozofa. Czy to tylko wyraz pluralizmu i otwartości, czy może raczej sygnał, iż Zachód zatracił polityczną busolę, przestał orientować się kto jest kim?

Kiedy myślimy o dzisiejszym populizmie i szukamy dla niego historycznych odniesień, rzadko sięgamy do Francji połowy XIX wieku. Dominują porównania do faszyzmu – chyba ryzykowne, bo będące bardziej miarą siły oburzenia niż wyrazem chłodnej analizy. W czym Ludwik Napoleon przypominał dzisiejszych populistów?

Wydaje mi się, iż populizm warto próbować zrozumieć w perspektywie „długiego trwania”. Więcej – widziałbym w nim zjawisko w jakimś sensie nieprzypadkowe, to znaczy wynikające wprost z konstytutywnych dla nowoczesnego społeczeństwa napięć.

Przypadek Ludwika Napoleona jest w tym kontekście wymowny. Podobnie jak współcześni populiści, bratanek Napoleona Bonapartego przedstawiał się jako reprezentant „prawdziwego ludu” przeciwstawiający się skorumpowanym elitom II Republiki. Podobnie jak oni, legitymizację władzy widział w bezpośredniej relacji z masami, bez pośrednictwa instytucji demokracji parlamentarnej. Stosował taktykę personalizacji władzy i budował swoisty kult jednostki (nie w sensie, jaki znamy z ustrojów totalitarnych rzecz jasna). Prezentował się jako „silny przywódca”, „zbawca narodu”, „człowiek czynu”. Obiecywał przywrócenie porządku i stabilności w rozchwianym społeczeństwie, a zatem – zupełnie jak współcześni politycy: Trump, Orban czy Kaczyński – swoją siłę polityczną budował na realnych lub wyolbrzymionych kryzysach oraz obietnicy „przywrócenia normalności” czy też „powrotu do wielkości”. Wreszcie, Ludwik Napoleon używał demokratycznych procedur w celu demontażu demokracji. Przeprowadzony w grudniu 1851 roku zamach stanu poprzedziła szeroka kampania propagandowa w przychylnych mu mediach, legalistyczna retoryka oraz notoryczne odwoływanie się do woli ludu. Czy wszystko to nie brzmi uderzająco znajomo?

Tocqueville widział te zjawiska z bezpośredniej bliskości. Był nie tylko pisarzem, ale od końca lat 30. XIX wieku również aktywnie działającym politykiem. Ze względu na nieprzystępny charakter oraz chroniczną niezdolność do prowadzenia nieodzownych w tej sferze gierek, pozostawał w odosobnieniu. Nie odniósł żadnych większych sukcesów i aż trudno uwierzyć, iż mimo wspomnianych ograniczeń doszedł do stanowiska ministra spraw zagranicznych. Inna sprawa, iż piastował je ledwie dziewięć miesięcy.

A jednak jego przygoda z polityką nie była, jak sądzę, jedynie rozczarowaniem. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, Tocqueville, już rozpoczynając swoją parlamentarną karierę, nie miał specjalnych złudzeń co do tego, jak wygląda życie polityczne „od kuchni”. Po drugie, zebrane doświadczenia stanowiły niezbędne uzupełnienie nowej nauki polityki, której główny zarys przedstawił na kartach O demokracji w Ameryce.

Zanim przejdziemy do Ameryki, pozostańmy jeszcze na moment przy francuskim zamachu stanu z 1851 roku. W XVIII brumaire’a Ludwika Bonaparte Karol Marks przedstawił to wydarzenie jako wynik walki klasowej pomiędzy burżuazją z jednej, a proletariatem z drugiej strony. Wskazywał na wewnętrzne sprzeczności samej klasy mieszczańskiej, rozsadzające zbudowany wokół niej system od środka. Pisał o niskiej świadomości politycznej poszczególnych warstw francuskiego społeczeństwa. Wielka rewolucja w imię równości – diagnozował – powtarzała się jako farsa. Niejeden współczesny lewicowy intelektualista z grubsza podpisałby się pod podobną diagnozą dzisiejszej sytuacji. Populizm, powiedziałby, wyrósł na bazie nierówności wywołanych przez globalny kapitalizm oraz legitymizującej jego logikę ideologii neoliberalnej. Jakiego klucza używałby Tocqueville, żeby zrozumieć populizm? Czy przypisywałby pierwszorzędne znaczenie ekonomii?

Do tego rodzaju spekulacji zawsze należy podchodzić ostrożnie, ale wydaje mi się, iż nie zaryzykuję wiele, twierdząc, iż Tocqueville przede wszystkim unikałby prostych, jednowymiarowych odpowiedzi. Inaczej niż Marks, nie był deterministą. Uważał, iż w długim okresie rozwój demokracji rozumianej jako oparty na równości układ społeczny był czymś nieodpartym. Sprawą otwartą pozostawało natomiast jego zdaniem, jaką dokładnie przybierze formę polityczną – wolnej republiki czy nowej odmiany tyranii.

Jako znakomity psycholog nowego społeczeństwa, którego zalążek zobaczył w Ameryce, Tocqueville rozumiał, iż im bardziej zrównają się warunki społeczne, tym bardziej nieznośna będzie każda pozostałość nierówności. Widział również, jak w demokracji powstawała nowa arystokracja pieniądza oraz obawiał się jej dalekosiężnych skutków. Zarówno w drugim tomie O demokracji w Ameryce, jak i w mniej znanych raportach na temat ubóstwa podkreślał, iż głębokie rozwarstwienie ekonomiczne było niezgodne z zasadą równości, na której oparte było nowe, demokratyczne społeczeństwo. Drążący nowoczesną demokrację podział mógł więc jego zdaniem powrócić tymi właśnie drzwiami.

Jednocześnie, Tocqueville był bardzo sceptyczny wobec socjalistycznych teorii. Nic nie wskazuje na to, by czytał samego Marksa, ale w koncepcjach francuskich socjalistów widział odczłowieczający determinizm oraz redukcję ludzkiej natury do jej ekonomicznego wymiaru. Przede wszystkim zaś nie wierzył, by państwo było w stanie dowolnie kształtować rzeczywistość gospodarczą. Jak pisał, nie mogło ono sprawić, iż ceny przestaną rosnąć przy wzroście popytu na dane dobro dokładnie tak samo, jak nie było zdolne spowodować, aby kropla nie ściekała po przechylonej szybie. Był więc zwolennikiem łagodzenia powodowanych przez rynek nierówności, ale nie wierzył, by można go było zastąpić jakimś innym mechanizmem.

Jak w takim razie Tocqueville diagnozowałby kulturowe źródła populizmu? Co zobaczyłby w Ameryce Trumpa?

Wydaje mi się, iż uznałby to zjawisko za związane ściśle z samą istotą nowoczesnego społeczeństwa. Demokracja to dla Tocqueville’a nie tyle władza ludu, ile ustanowienie przestrzeni równości pomiędzy obywatelami. Ten zrównujący ruch jest w jego ocenie potężny, pcha go naprzód własna logika, która nakazuje mu przekraczać kolejne bariery. W jakimś sensie można o nim powiedzieć, iż nie ma granic.

Jednocześnie Tocqueville utrzymuje, iż aby demokracja liberalna mogła istnieć, musi zostać osadzona na pewnych obyczajach, na podstawie wspólnych wierzeń. Wymaga, innymi słowy, istnienia politycznej wspólnoty. To właśnie dlatego wizja odizolowanych od siebie jednostek tak bardzo niepokoiła francuskiego filozofa. Stawały się one bowiem apolityczne, niezainteresowane dobrem wspólnym, gotowe poświęcić wolność i wybrać bezpieczne, dostatnie życie w całości skoncentrowane na pogoni za indywidualnym szczęściem. Odpowiednikiem takiej jednostki nie jest już żadne polityczne stowarzyszenie, ale ludzkość – cała populacja planety Ziemi.

Tocqueville dostrzega zatem napięcie pomiędzy uniwersalnymi roszczeniami nowoczesnej demokracji, a z konieczności partykularną formą, jaką zawsze przybiera. Rozumie, iż aby liberalno-demokratyczny porządek mógł adekwatnie działać, nie może wspierać się jedynie na abstrakcyjnych regułach, ale również na posiadającym określoną tożsamość „my”. Bez pewnej elementarnej wspólnoty wierzeń czy wartości nie ma społeczeństwa, ale populacja. Owo społeczeństwo miało się w jego ocenie ukształtować nie na bazie etnicznej, ale republikańskiej – jako wspólnota obywateli, których wspólnym dobrem jest zapewniająca przestrzeń wolności konstytucja państwa.

Czyli sukcesy populistów brałyby się przede wszystkim z erozji owego poczucia przynależności do politycznej wspólnoty? Tak należy tłumaczyć renesans nacjonalizmów, z którym mamy w tej chwili do czynienia? To sprawia, iż Ameryka – dawna ostoja liberalnych instytucji – ma dziś twarz Donalda Trumpa?

Dla mnie brzmi to przekonująco, choć z pewnością nie jest to jedyna przyczyna. Całkiem klarownie wyjaśnia ona jednak sukcesy prawicowej „polityki tożsamości” na przestrzeni ostatnich dziesięciu z górą lat. Tłumaczy również, dlaczego Trump i jego akolici z taką ostentacją wspierają na przykład działania swojej milicji antyimigracyjnej, ICE, w Minneapolis. Nie chodzi tylko o „normalizację” łamania konstytucyjnych reguł. Liczy się także spektakl, którego skutki mają być dla obecnej administracji wielowymiarowo korzystne. Po pierwsze, mają zastraszyć tych, którzy chcieliby się władzy aktywnie przeciwstawiać. Po drugie, działania ICE mają być demonstracją sprawczości. Przekaz brzmi: „Proszę bardzo, potrafimy uporać się z problemem imigracji, z którym nie daje sobie rady poprawny politycznie, liberalno-demokratyczny Zachód!” (diagnoza jego nieskuteczności skądinąd wydaje się słuszna). Po trzecie wreszcie, mają na powrót scalić owo „my”, które (jakoby) uległo rozpadowi. Populizm od samego początku – i nie tylko w Ameryce – żywi się resentymentem. Jego „być albo nie być” zależy od posiadania wroga, za pomocą którego zyskuje tożsamość. Zabierz populistom wrogów, a przestaną wiedzieć, kim są.

A jakie może być dziś znaczenie Tocqueville’a dla liberałów?

Do pewnego stopnia za dzisiejsze sukcesy populistów odpowiadają wczorajsze zaniedbania liberalnych elit. Co konkretnie? Ich pełne pychy przekonanie, iż wszystko wiedzą; ich ślepa wiara w dobroczynne skutki puszczonego wolno żywiołu ekonomicznego; ich prometejskie złudzenia odnośnie do możliwości zainstalowania demokracji pod każdą szerokością geograficzną.

Ale nie bądźmy względem tego nurtu myśli politycznej zbyt surowi i jednostronni. Istnieją liberalizmy, nie ma jednego liberalizmu. A zatem liberalizm to nie tylko Friedrich von Hayek i wizja nieskrępowanego żywiołu rynkowego. To również nie tylko John Rawls i jego całkowicie oderwana od wszelkich odniesień do tradycji czy ciągłości kulturowej teoria sprawiedliwości. Istnieje również liberalizm w stylu Alexisa de Tocqueville’a – lub chociaż liberalne myślenie w duchu autora O demokracji w Ameryce. Nie twierdzę, iż u tego autora znajdziemy odpowiedzi na wszystkie bolączki naszych czasów. Ale o ile pragniemy wyjść z obecnego kryzysu, trudno moim zdaniem o lepszego przewodnika. Warto więc odczytać jego dzieło na nowo, raz jeszcze.


Jan Tokarski – historyk idei. Opublikował m.in. „Czy Liberalizm umarł?” (2021) i „W cieniu katastrofy. «Encounter», Kongres Wolności Kultury i pamięć XX wieku” (2023) oraz „Tocqueville. Biografia myśli” (2025).

Idź do oryginalnego materiału