Dominika Chorosińska i jej szczekające popisy na stałe zapiszą się na liście żenad polskiego parlamentaryzmu. – Dała świadectwo o sobie – ocenił Władysław Kosiniak-Kamysz, którego próbowała zaszczekać posłanka. Kosiniak-Kamysz przemawia, Chorosińska szczeka Tak żałosnej sceny już dawno w Sejmie nie widzieliśmy. A przecież konkurencja jest mocna, bo politycy PiS potrafili na sali plenarnej pokazać środkowy palec (Joanna Lichocka) czy gest Kozakiewicza (Mariusz Kamiński). W piątek, podczas wystąpienia wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, na sali rozległo się szczekanie. Czyżby któryś z posłów zabrał do pracy pieska? Nic podobnego. Psie odgłosy wydawała z siebie Dominika Chorosińska, wtórowali jej też inni posłowie PiS. Skąd ta żałosna reakcja? Otóż Kosiniak-Kamysz ostro odpowiadał z mównicy sejmowej Zbigniewowi Boguckiemu. Przedstawiciel prezydenta przekonywał, by nie głosować za kandydaturą Macieja Berka do TK; skazywał, iż ten niby nie spełnia wymagań dotyczących stażu zawodowego. – To jest niebywały skandal. Żaden przedstawiciel prezydenta Rzeczypospolitej w historii nie posuwał się do takich zachowań, żeby wpływać na tego suwerena, na którego się pan przed chwilą powoływał – odpowiedział Boguckiemu. – I to mnie sprowokowało, to ostatnie zdanie – odpowiedział Boguckiemu Kosiniak-Kamysz. I wtedy na sali plenarnej słychać było szczekanie. – Władysław Kosiniak-Kamysz został zaprezentowany przez swoją żonę jako Tygrys. Trzymając się tej zwierzęcej nomenklatury, według wielu,