Afera goni aferę dostarczając nam coraz więcej dowodów na to, iż żyjemy w rzeczywistości coraz bardziej przypominającej państwo mafijne. Interesy rządzących są chronione przez cały aparat państwa z dyspozycyjną policją, sądami, prokuraturą, służbami specjalnymi, rzeszą partyjnych urzędników i mediami wysługującymi się władzy. Z kolei ci, którzy alarmują o nieprawidłowościach i przestępstwach poddawani są prześladowaniom i represjom. Mafijna władza zamiast egzekwować prawo, twardo egzekwuje mafijną lojalność i omertę, czyli kodeks milczenia. Wylew kolejnych afer powoduje, iż gwałtownie zapominamy o tych wcześniejszych. W areszcie śledczym pod wyjątkowo dętymi zarzutami siedział dziennikarz Leszek Kraskowski, który ośmielił się opisywać w sposób wyjątkowo przystępny dla wszystkich udział Giertycha w aferze Polnordu. Dzisiaj przerabiamy aferę Dawidka Kacprzyka, a pewnie już za chwilę coraz głośniej będzie o ściganym przez Prokuraturę Europejską baronie Koalicji Obywatelskiej na Śląsku i zaufanym Tuska, Wojciechu Królu podejrzanym o przyjęcie 1,5 mln zł łapówek.
I oto w takiej sytuacji opublikowano sondaż Instytutu Badań Pollster według którego Koalicja Obywatelska zdobyłaby w wyborach 34,01 proc. głosów, Prawo i sprawiedliwość 26,17 proc., a Konfederacja 13,93. Przeglądałem komentarze w mediach społecznościowych i wcale nie dziwię się zaskoczeniu wielu osób tym, iż rządzący mimo serii afer są ciągle na czele. Oczywiście najprostszym wytłumaczeniem są podejrzenia o fałszowaniu sondaży, ale ja myślę, iż powód może być zupełnie inny. Niemal każdy proces emocjonalny zmieniający nastawienie i poglądy wyborców przebiega powoli. Ten lont się właśnie pali, ale jest tak długi, iż na detonację trzeba dość długo i cierpliwie poczekać. Poprzednim rządem Tuska i Koalicji PO-PSL również wstrząsały afery, a najgłośniejszą była „afera taśmowa” i siłowe wtargnięcie 18 czerwca 2014 r. funkcjonariuszy ABW do redakcji tygodnika „Wprost” w celu bezprawnego zarekwirowania nagrań pogrążających ekipę Tuska. Po tej akcji służb również zapanowało wielkie zdumienie, ponieważ poparcie dla rządzących nie spadało. Mało tego, na rok przed przegranymi przez PO-PSL wyborami sondaże były delikatnie mówiąc zaskakujące. W listopadzie 2014 r. PO miało poparcie 38 proc., a PiS 27 proc. Z kolej w grudniu 2014 r. na PO chciało głosować 43 proc. wyborców, a na PiS 28 proc. Jak pamiętamy w wyborach z 25 października 2015 roku PiS zwyciężył z wynikiem 37,58 proc. głosów, a na PO zagłosowało 24,09 proc.
Trudno dzisiaj powiedzieć czy rację mają ci przekonujący o manipulacjach wynikami sondaży, czy ci, którzy bardziej wierzą w to co nazwałem teorią „długiego lontu”. Trzeba sobie jednak powiedzieć, iż w 2027 roku może być dużo trudniej o zwycięstwo niż w 2015. Musimy pamiętać, iż od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie Polska stała się miejscem niezwykłej aktywności obcych wywiadów. Choć dużo mówimy o wywiadzie rosyjskim, niemieckim i białoruskim to jednak jak szeptają spece od tych spraw dzisiaj w Polsce najbardziej ofensywny i agresywny jest wywiad ukraiński. interesujące jaki wpływ ukraińska agentura miała na wielką akcję zdrajców, którzy stanęli po stronie Zełenskiego i zaatakowali prezydenta Karola Nawrockiego za odebranie prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego. Niemcom i Ukrainie bardzo zależy na przedłużeniu rządów Tuska i koalicji 13 grudnia, podobnie jak Rosji i Białorusi. Oni zrobią wszystko, aby tak się stało. Trudno oczekiwać, aby polskie służby im w tym jakoś energicznie przeszkadzały. Wybory 2027 to będzie wielki i decydujący bój o Polskę. Pozostaje nam tylko wierzyć, iż ten długi lont cały czas się pali, a detonacja wyborczej bomby z opóźnionym zapłonem zmiecie ekipę Tuska ze sceny politycznej. Z ostrożności nie powiem, iż zmiecie raz na zawsze, bo nie takie wskrzeszenia politycznych trupów w polskiej polityce się już zdarzały.
Tekst ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”





