BÓG W TATRACH
Znad Giewontu Pan Bóg patrzy
Zamyślony chmurnie
Jak spłoszone serce echo
Tłucze się o turnie
Niczym kamień potrącony
Spod niebieskich drzwi
Nasze życie haftowane
Cienką strużką krwi
Znad Giewontu Pan Bóg patrzy
W plątaninę ścieżek
I podnosi tych co spadli
I krzyczeli „Wierzę!”
Gdy wysoko jak krzyk ptaka
Akt strzelisty dzwoni
Znad Giewontu Bóg wyciąga
Mocną linę dłoni
I kołysze nią w nas serce
Przed ołtarzem gór
Kiedy halny niczym gajdów
Dusi wiatru wór
Znad Giewontu Pan Bóg patrzy
Zamyślony chmurnie
Nim uderzy batem burzy
W odsłonięte turnie
Idzie potem przez doliny
A w miejscu gdzie klęczy
Jego plecy pochylone
Świecą przęsłem tęczy...
B Ó G
Z tej perspektywy skąd wiecznie wszystko się oddala
Kiedy głowę odwrócę i popatrzę w tył....
O co było tak wielkie iż nas przerastało
Teraz staje się małe i ginie jak pył...
Ból zarasta bliznami...klęczą z płaczem krzyże
Łzy kruszeją w pomnikach...w największych cmentarzach
Gwiazdy gasną jak świece zdmuchnięte oddechem
Kiedy groźne memento czas nam rzeźbi w twarzach
Z tego miejsca skąd wiecznie wszystko się oddala
Gdzie umierają z wysiłku zmęczone zegary
Gdzie przestrzeń nas przerasta ponad ludzką miarę
On tylko się przybliża poprzez płomień wiary
On tylko w moim życiu ciągle ogromnieje
A czas - taki potężny – leży Mu u nóg
Im bardziej jestem bliski lotnej garści piachu
Tym większy w moim życiu Wszechmogący Bóg!
BÓG NAD STRUMIENIE MYJE KRWAWE STOPY….
Zielony Anioł Lasu nad przełęczą staje
Gdy wracam poraniony z gorączką choroby
Wielki tlenowy namiot pomiędzy górami
Czułe zielone skrzydło leczące z żałoby
Ta zielona harmonia zgubiona przez ludzi
Spokój który odmierza słoneczny puls ziemi
To codzienne wrastanie w tajemnicę trwania
Gdy schodzimy w głąb ziemi schodami korzeni
Świt kwitnącą gałęzią rozczesuje ciemność
A ona od północy ucieka bezdrożem
Ty! naszej tajemnicy wstającego dnia
W każdej godzinie trudu – szczęść jak dotąd Boże!
Pragnę wrócić do rytmu…do nowej harmonii…
Do światła co wypełnia barwny witraż mowy
Do spokoju co płynie pogodnie z natury
Z lasu co się okrywa cieniem fioletowym
Z chaosu codzienności znów unoszę głowę
Gdy mi serce poezji rytmicznie uderza
I gdy cisza mnie dotknie w okolicy serca
To wtedy we mnie rośnie muzyka pacierza
Bóg siedzi nad strumieniem…myje krwawe stopy
I znak krzyża układa z wilgotnych kamieni
I słucha zamyślony tej muzyki świata
Która płynie niespokojna znad niewiernej ziemi…
Potem dłonie nam kładzie na zmęczone oczy
Jak po burzy nam znowu pogodnieją twarze
A kiedy nasze ciało niespokojnie zadrży
On nakrywa nas kocem pełnym gwiazd…i marzeń…
W TEATRZE PANA BOGA…
W Teatrze Pana Boga wszystko jest możliwe
Gałąź co gra na wietrze - kropla co się trudzi
Kamień który ci zranił nieostrożną stopę
Słońce które po nocy nadzieję w nas budzi
Wiara która przenosi góry w imię Boga
Gdy człowieczym rozumem wszystko nas zawiedzie
Gdy jedynie to światło które On zapala
Do celu nas bezbłędnie z ciemności powiedzie
W Teatrze Pana Boga wszystko jest prawdziwe
Nie można zagrać roli powtórnie od nowa
Tu Pan Bóg decyduje czy spuścić kurtynę
Choć sami powtarzamy i gesty i słowa
One za Jego wolą zmieniają się w ciało
Albo też ulatują dmuchawcem w obłoki
Gdy przez sito palców przecieka nam życie
Gdy już trudno nam stawiać ku przyszłości kroki
Wtedy przychodzi do nas ostatnia godzina
Prawda co ściąga maskę i kostium rozbiera
Zegar serca podchodzi coraz cichszym krokiem
Gdy Bóg do wieczności nieba nasze drzwi otwiera
W Teatrze Pana Boga wszystko jest prawdziwe
Wszystko co nas otacza spełnia Bożą wolę
Ten Teatr Pana Boga jest pełen harmonii
Tylko my często marnie gramy w nim swe role…
POCHYLIŁEM SIĘ W SOBIE...
Pochyliłem się w sobie niczym chore drzewo
Przez wicher potargane przez piorun zranione
Ale Ty Panie! trzymasz i wicher i gromy
Pozwól bym znowu podniósł ku Tobie koronę
Ku słońcu Twej miłości ciepłu miłosierdzia
I ku tęczy nadziei co rozpinasz mad głową
Niechaj ciałem się staje wiara oraz dobro
Rzucone w nasze serca jak ziarno Twe słowo
Pochyliłem się w sobie przygnieciony lękiem
O nasz los pospolity gdy znów wicher wieje
Bo tak trudno nam tworzyć naszą niepodległość
Gdy to nasz nieprzyjaciel pisze nasze dzieje
Bo to one nas uczą czujności przed jutrem
Pokory gdy zostanie nam nadzieja krucha
Gdy murem nas otoczy zwątpienie i klęska
Gdy jedynym ratunkiem tylko siła Ducha
Ona ma rozbić mury i otworzyć bramę
Rozplątać przyszłej drogi ciasny węzeł lęku
Ten Duch który przenika przez każde więzienie
Gdy światło Jego mocy Bóg wznosi w swym ręku
Więc śpieszę się kochać Panie! jak pisał ksiądz Jan
Bo tylko dobra miłość buduje i tworzy
Bo tak gwałtownie odchodzimy jak obłok jak wiatr
Wpisani Bożym palcem na mapie przestworzy…
Zanim się garścią prochu przed Bogiem położę
Jeszcze chcę ci powiedzieć słowo pożegnania
I zostawić je z wiarą jak przed snem marzenie
Co jak słońce po nocy nad Ojczyzną wstanie…
Że prawdy i miłości kłamstwo nie pokona
Że będziesz Matko-Polsko! wolna i szczęśliwa
Póki nas jeszcze miłość oraz duch wolności
Nieustannie w pacierzach do Ciebie przyzywa!
MÓJ CHTYSTUS
Łzami otoczony…źródłem i płomieniem…
Okryty płaszczem ziemi…owiany kosmosem…
Dobry Wielki Boże ! fiołkiem w ciemnym kącie
Pomiędzy żywiołami wzrastam swoim losem…
Tyś pomiędzy początkiem i końcem wszechświata
Pochylony u źródła…biegnący ku brzegom…
Panie ! co nas przenikasz oczami jak mieczem
Tyś ! ponad tych żywiołów – Alfą i Omegą !
Od narodzi do śmierci Twoja dobra twarz
Twoje oczy ogromne patrzące nad nami
Z otchłani co ogarnąć nie umiemy myślą
Po wieczność co się sypie zmarłymi gwiazdami
Na Twojej ludzkiej twarzy ślad czasu w czole
I data co w nas ludzkie sumienia porusza
Bo przecież oto wiemy iż się zbliża data
Gd spłynie krwią oblicze mojego Chrystus !
I dźwigasz nas w cierpieniu ponad ludzkie sprawy
Jedynie całun śmierci zostawisz skrwawiony
Byśmy mogli zobaczyć Twoje ziemskie ślady
Gdy patrzysz poprzez gorycz cierniowej korony
Twoje oczy ogromne czuwają nade mną
Dzięki nim widzę światło…barwę…i sumienie
Co mi Panie! zostaje gdy Ty wszystko widzisz…
Pokora i modlitwa….miłość…i milczenie…
TĘDY SZEDŁ CHRYSTUS…
Tędy szedł Chrystus ! w wielkim płaszczu światła
Jeszcze las klęczy pochylony tchnieniem
Tędy przechodził poprzez nasze życie
By w nas obudzić uśpione sumienie
Tędy szedł Chrystus ! pochylony nisko
Nad każdym drzewem… nad dwudziestym wiekiem
W ciemności świecił zapałką miłości
Schylony czule nad każdym człowiekiem
Tędy szedł Chrystus ! z kosturem pielgrzyma
Rozmnażał Słowo jak rybę i chleb
Przyłącz się do tych co Mu zawierzyli
I idą z Nim niczym mistyczny śpiew
Tędy szedł Chrystus ! wzdłuż wiślanych brzegów
Świecił krzyżami wśród lasów i pól
Tędy przechodził wśród powstań i wojen
By z nami nosić nieszczęścia i ból…
Tędy sz4dł Chrystus ! w blasku Dekalogu
Nad każdą naszą pochylony łzą
To On troskliwie pomaga nam wznosić
Naszej wolności z wiary wielki dom
Tędy szedł Chrystus ! na nasze spotkanie
Mówił zwyczajnie naszą Polską Mową
Kiedy z pielgrzymką czekał na spotkanie
Ze swoją Matką gdzieś pod Częstochową
Tędy szedł Chrystus ! w koronie cierpienia
Pod krzyżem grzechu samotny i chory
Próżno Go szukać w wystawowych oknach
W blasku mamideł gdy brak nam pokory
Tędy szedł Chrystus ! poranioną stopą
Jeszcze wciąż płoną świeże ślady krwi
Tędy przechodził dźwigając Historię
Naszych szalonych niebezpiecznych dni
Tędy szedł Chrystus ! w wielkim płaszczu światła
Jeszcze las klęczy pochylony tchnieniem
Tędy szedł z płaczem poprzez naszą ziemię
By w nas obudzić uśpione Sumienie…











