Teatr gróźb PiS. Żurek zgasił Kowalskiego

2 godzin temu
Zdjęcie: Kowalski


Sejmowa debata nad tzw. ustawą praworządnościową miała być starciem argumentów o przyszłość wymiaru sprawiedliwości. I była – ale tylko z jednej strony. Z drugiej zobaczyliśmy raczej pokaz politycznego teatru, w którym zamiast merytorycznej krytyki pojawiły się groźby, insynuacje i zapowiedzi więzienia. W tym kontekście reakcja Waldemara Żurka okazała się nie tylko celna, ale wręcz symboliczna: spokojna, ironiczna i pozbawiona agresji. A przede wszystkim – skuteczna.

Janusz Kowalski z PiS wystąpił z mównicy jak prokurator w politycznym procesie pokazowym. „Będziesz pan siedział za dwa lata. (…) Już dzisiaj może pan szukać sobie jakiejś lokalizacji. I tak pana znajdziemy, przyprowadzimy, będziesz pan siedział” – mówił, zapowiadając Żurkowi dwadzieścia lat więzienia i rozliczenie przed Trybunałem Stanu. W tej tyradzie było wszystko: patos, moralne oskarżenia, sugestie ucieczki z kraju. Było wszystko poza jednym – jakąkolwiek odpowiedzią na sam projekt ustawy.

Żurek odpowiedział dopiero na końcu debaty. I zrobił to w sposób, który momentalnie obnażył pustkę wystąpienia Kowalskiego. „Pan poseł Kowalski miał interesujące wystąpienie. Ja mu odpowiem tyle – na pewno nie będę uciekał do Budapesztu” – powiedział. Wystarczyło jedno zdanie, by sala wybuchła śmiechem i brawami. Bo w tej krótkiej riposcie zawarta była cała ironia sytuacji: minister reformujący wymiar sprawiedliwości straszony jest ucieczką, podczas gdy politycy PiS przez lata bronili swoich aparatczyków, którzy rzeczywiście wyjeżdżali z kraju, by uniknąć odpowiedzialności.

Gdy z ław opozycji padły okrzyki „do Berlina” i „na Białoruś”, Żurek dodał: „Ani do żadnej innej stolicy europejskiej. Na Białoruś to chyba uciekł już ktoś, kto nominowany został przez pana ministra Ziobrę. Był w biurze KRS-u. Ja dobrze pamiętam, kto go nominował, zastępca ministra Ziobry”. To był moment, w którym Kowalski – i cała narracja PiS – zostali kompletnie pozbawieni kontrargumentów. Bo nagle okazało się, iż jedyne realne przykłady ucieczek przed odpowiedzialnością nie dotyczą obecnej władzy, ale ludzi związanych z poprzednią.

Ta wymiana zdań pokazała coś więcej niż tylko różnicę stylów. Pokazała fundamentalną różnicę podejścia do polityki. PiS od lat operuje językiem gróźb, rozliczeń i przyszłych wyroków. W ich wizji świata spór polityczny nie kończy się w parlamencie, ale w prokuraturze. Każdy przeciwnik jest potencjalnym przestępcą, a każda zmiana władzy – zapowiedzią „siedzenia”.

Żurek natomiast, zamiast odpowiadać groźbą na groźbę, zastosował strategię odwrotną: dystans, ironię i pamięć faktów. Nie musiał podnosić głosu, nie musiał straszyć, nie musiał choćby szczegółowo polemizować. Wystarczyło przypomnienie jednego realnego przypadku – i narracja PiS rozsypała się jak domek z kart.

Co znamienne, Kowalski nie znalazł już żadnej odpowiedzi. Nie wrócił do mównicy, nie podjął polemiki, nie spróbował odnieść się do konkretu. Bo jak odpowiedzieć na fakt, iż to notable z nadania poprzedniej władzy rzeczywiście ukrywają się za granicą, a nie ci, których dziś straszy się więzieniem?

W całej tej historii ustawa praworządnościowa zeszła na dalszy plan. A szkoda, bo to ona jest sednem sporu: próba uporządkowania chaosu po neo-KRS, przywrócenia pewności prawa i zakończenia epoki wątpliwych nominacji. PiS nie odpowiedział na ten projekt ani jednym merytorycznym argumentem. Zamiast tego wyciągnął repertuar straszenia, który w praktyce tylko wzmocnił pozycję ministra.

Żurek nie musiał uciekać. Wystarczyło, iż został. I jednym zdaniem pokazał, iż w polityce czasem najlepszą odpowiedzią na krzyk jest spokojna, celna riposta. Taka, po której przeciwnik nie ma już nic do dodania.

Idź do oryginalnego materiału