Zbigniew Ziobro znów gra na dobrze znanej strunie: on — niezłomny szeryf, reszta — spisek, vendetta i polityczna inkwizycja. Zamiast zmierzyć się z zarzutami dotyczącymi Funduszu Sprawiedliwości, były minister sprawiedliwości wybiera pozę prześladowanego. „Niczego nie będę się zrzekał” — deklaruje z dumą, jakby immunitet był symbolem honoru, a nie ochronnym parasolem dla polityka, którego działania wymagają publicznego wyjaśnienia.
W Sejmie trwa procedura, marszałek Szymon Hołownia wyznaczył termin na ewentualne zrzeczenie się immunitetu — i nic. Zero refleksji, zero przejrzystości. Tylko bunt, ton obrażonej majestatyczności i przekonanie, iż prawo jest dla innych, a on sam pozostaje poza jego zasięgiem. Ziobro zapewnia, iż „walka z przestępczością to jego pasja zawodowa”, ale gdy oskarżenia dotyczą jego i jego politycznych decyzji, pasja nagle zamienia się w alergię na odpowiedzialność.
Wnioskiem o uchylenie immunitetu zajmie się Sejm, a Prokuratura Generalna chce zgody na zatrzymanie i areszt. Tymczasem były minister odgrywa rolę bohatera sagi o „ściganiu gangsterów” i rzekomym prześladowaniu przez obecny rząd. „Zamiast przestępców, chcą ścigać swoich przeciwników politycznych” — mówi, jakby polskie państwo nagle runęło w otchłań autorytaryzmu wraz z jego odejściem z urzędu.
Nikt nie oczekuje, iż Ziobro będzie bił się w pierś. Ale oczekiwalibyśmy choć krzty odpowiedzialności i powagi — zwłaszcza od człowieka, który przez lata trzymał w rękach prokuraturę, budował własne instrumenty kontroli, decydował o losie politycznych i medialnych przeciwników. Który lubił mówić o przejrzystości, surowości prawa i konieczności „państwa silnej ręki”.
Kiedy państwo silnej ręki ma dotknąć jego — ręce stają się nagle „politycznym kijem”, a Polska przypomina „reżim”. Tak przynajmniej wynika z dramatycznego wpisu, w którym Ziobro grzmi o „podwójnym złamaniu prawa”, o „reżimowej telewizji TVN” i o tym, iż ujawniono wniosek o uchylenie immunitetu zanim on sam go dostał. To retoryka człowieka przypartego do ściany — nieprzywykłego do pytań, niechętnego do kontroli, przyzwyczajonego do monopolu na narrację.
W normalnej demokracji były minister sprawiedliwości, chcąc oczyścić swoje imię, pierwszy złożyłby immunitet na stół i powiedział: sprawdzajcie. Tymczasem Ziobro wybiera strategię oblężonej twierdzy. Zapowiada nawet, iż złoży zawiadomienie o przestępstwie w związku z działaniami prokuratury. „Przestępstwo popełnione umyślnie, w celu uzyskania korzyści politycznych” — grzmi. To już nie obrona — to odwrócenie ról. Ofiara zamiast podejrzanego, prześladowany zamiast rozliczanego.
To wszystko byłoby może jedynie teatralne, gdyby nie szerszy kontekst. Ziobro przez lata współtworzył system, który centralizował władzę nad prokuraturą, rozmontowywał tradycyjne mechanizmy kontroli sądowej i nie stronił od ostrego języka wobec przeciwników. I oto dziś człowiek, który deklarował wiarę w skuteczność państwa, nie chce poddać się tym samym regułom państwa, które współtworzył.
Demokracja nie działa na zasadzie „prawda tam, gdzie ja stoję”. Nikt nie przesądza jego winy. Ale sposób reagowania Ziobry mówi dużo więcej niż sądowy akt oskarżenia, który być może dopiero przed nami. Zamiast racjonalnej, rzeczowej obrony — mamy lament, teatralne gesty i narrację rodem z martyrologicznej opery. Zamiast odwagi — immunitet jak tarcza z cegły. Zamiast odpowiedzialności — polityczne oskarżenia o „zemstę”.
Nadchodzi moment próby — nie tylko dla Ziobry, ale także dla standardów państwa. Czy w Polsce prawo znów będzie obowiązywało wszystkich — również tych, którzy wczoraj byli jego architektami? Odpowiedź poznamy wkrótce. Jedno jest pewne już dziś: prawdziwa siła polityka nie polega na krzykach o prześladowaniu, ale na gotowości, by stanąć przed prawem jak każdy obywatel. Ziobro tej siły na razie nie pokazał.

1 miesiąc temu










