Na naszych oczach toczą się dwie wojny, które coraz groźniej eskalują. W obu z nich niezwykle istotny jest czynnik energetyczny. I choć ceny ropy są niskie, to i tak przy dystrybutorze płacimy ten wojenny haracz.
W ataku USA i Izraela na Iran, podstawowym narzędziem obrony napadniętego Teheranu jest Cieśnina Ormuz, którą ten trzyma żelazną ręką, nie dopuszczając znaczącej części wydobycia ropy i gazu państw Zatoki na rynki światowe. Oczywiście, nie sama Cieśnina jest tym Wunderwaffe, ale niezwykle wysokie światowe ceny ropy, które mogą pogrążyć globalną gospodarkę w recesji. Ropa powinna kosztować około 200 dolarów, a cały świat powinien już odczuwać tego skutki. Jednak tak się nie dzieje – rynki naftowe, czyli wielcy spekulacyjni gracze na instrumentach finansowych, jak Goldman Sachs, Morgan Stanley, Barclays, Deutsche Bank czy JP Morgan… nagle odżegnali się od chęci zysku, zarabiania na „premii strachu”. Dlaczego?
Moja intuicja, oparta na kilku dekadach obserwacji tych rynków, podpowiada mi, iż ktoś znacznie silniejszy niż bankierzy musiał ich postawić na baczność. Oczywiście kandydat jest tylko jeden – prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Tylko on mógł powiedzieć panom, zarządzających niewyobrażanymi górami pieniędzy: w tej wojnie musicie wybierać, albo jesteście z nami, i wtedy utrzymujecie niskie ceny ropy, albo po stronie naszego wroga, który wysokimi cenami ropy chce nas pokonać. I moim zdaniem tak im powiedział, choć dzisiaj nikt się do tego nie przyzna publicznie. Donald Trump może dzięki temu bezkarnie przedłużać ten konflikt, przez pół roku blokować ropę i gaz z Zatoki Perskiej, gdyż ceny ropy nie wybiły do 180 czy 200 dolarów, nie ma tragedii, więc wojna może trwać długo.
Jednak w drugiej wojnie, rozgrywającej się tuż obok naszych granic, a czasami choćby wdzierającej się na nasze terytorium, została zastosowana zupełnie inna strategia. Otóż Rosji postanowiono odebrać to co jest fundamentem jej pozycji finansowej – ropę naftową i jej produkty. Przygotowywano się do tego długo, na koniec 2024 roku odchodząca administracja Bidena wydzieliła 2,3 miliarda dolarów na dostawy bezzałogowców na Ukrainę, planując osiągnięcie rocznego potencjału 7 milionów sztuk dronów. Niedawno Bruksela uzupełniła te środki o kolejne 6 miliardów euro.
Za te pieniądze Zachód dostarcza nowe typy dronów, choćby takie ze sztuczną inteligencją, typu Hornet, amerykańskiej firmy Swift Beat, założonej przez byłego dyrektora Google. Takie wynalazki bardzo utrudniają wykrycie drona przez systemy obrony przeciwlotniczej, ułatwiają nawigację i zwiększają celność uderzenia. Te ogromne środki, masowe dostawy i rozwój technologiczny zapewniły Ukrainie bolesne uderzenie w społeczeństwo rosyjskie. Drony zaczęły bowiem dolatywać dużo dalej i dosięgły kilkadziesiąt rafinerii. Wyrządzają one bardzo różnego poziomu szkody – od widowiskowych pożarów magazynów do zniszczenia kluczowych instalacji, uniemożliwiających przez wiele miesięcy pracę rafinerii.
Efekt był bolesny dla Rosji – znacząco obniżyła się produkcja paliw, w całym kraju zabrakło benzyn i diesla. Najbardziej na Krymie, ale i Moskwa doświadcza braku paliw, kolejek przed stacjami. choćby daleko za Bajkałem braki w zaopatrzeniu są krytyczne. Na stacjach wprowadzono ograniczenia zakupów do 20 – 30 litrów na samochód, wiele stacji bywa zamkniętych, ceny poszły w górę.
Jednak o ile dla Rosji była to prestiżowa porażka, skaza na honorze – supermocarstwo energetyczne przeżywa braki zaopatrzenia, dantejskie sceny na stacjach, zakaz eksportu paliw, problemy logistyczne, konieczność importu paliw. O tyle dla Ukrainy ten ostry atak okazał się znacznie bardziej bolesny w skutkach. Rosja odpowiedziała bowiem niezwykle ostro. Przede wszystkim zaczęła systematycznie niszczyć cały sektor energii na Ukrainie. Szczególnie skrupulatnie demoluje dronami stacje benzynowe, co miesiąc niszcząc 100 – 200 stacji.
Jednak najbardziej bolesne dla Ukrainy jest zablokowanie portów czarnomorskich – Odessy, Nikołajewa, Czarnomorska i innych, które zapewniały tak zaopatrzenie w paliwa i broń, jak i eksport ziarna, rud metali czy stali. Rosjanie codziennie je bombardują i bezwzględnie niszczą (czasami wręcz zatapiając) korzystające z nich statki. To doprowadziło do całkowitego zerwania dostaw morskich (a było to 30% importu paliw) i ogromnych strat z eksportu. To tak zabolało Kijów, iż aż poprosili Ankarę o mediację, by zakończyć wojnę na morzu. Rosjanie odrzucili propozycję i utrzymują całkowitą blokadę morską Ukrainy. Ukraińcy nie pozostają dłużni. Atakują terminale paliwowe i gazowe tak czarnomorskie, jak i bałtyckie. Zapędzili się tak, iż aż wiceprezydent Vance musiał dzwonić do Kijowa i zabronić atakowania amerykańskich tankowców.
Spekulacja na ropie jest blokowana, ceny utrzymywane nisko, za to olej napędowy zdrożał niemiłosiernie, gdyż niszczenie rafinerii Rosji, największego eksportera diesla, zachwiało rynkiem światowym. Więc tak czy inaczej – płacimy ten wojenny haracz pod dystrybutorem. Jak nie za ropę, to za diesel.
Andrzej Szczęśniak
Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)














