W Krakowie nie ma dziś klasycznej kampanii politycznej. Jest ring. Są narożniki. Jest publika, która raz ryczy z zachwytu, raz gwiżdże z obrzydzenia, a najczęściej po prostu patrzy, czy ktoś w końcu padnie. I choć wielu już ogłasza nokaut Miszalskiego, to na razie bardziej pasuje inne zdanie: Miszalski się otrząsnął. I przestał się cofać – pisze w felietonie Kazimierz Krakowski.
16 dni i dynamit na starcie
Minęło zaledwie 16 dni od zgłoszenia zamiaru zorganizowania referendum, a w rękach organizatorów i wspierających ich środowisk ma być ponad 40 tysięcy podpisów. Jak na start – dynamit.
Runda pierwsza: seria, tempo i „maszynka do mielenia”
Pierwsza runda? Szybka, agresywna, tłumiona adrenalina. Organizatorzy weszli na środek ringu bez ceregieli, narzucili tempo i przez moment wyglądało to tak, jakby mieli zmielić prezydenta w szalonej szarży na jednym oddechu: puls 200, serie ciosów, maszynka do mielenia mięsa, podwójne tempo, zawrotna liczba ciosów.
Prezydent obity, w defensywie, bezradny, za podwójną gardą. I jeszcze kilka prawych prostych na twarz – weszło czysto. Komiksy, raport z miasta referendum, bilbord na zakopiance, konferencje, niebieskie kamizelki, zbiórki podpisów, dziesiątki wpisów, komentarzy – nie do ogarnięcia…
W polityce to te momenty, kiedy narracja zaczyna żyć własnym życiem, a człowiek władzy nagle widzi, iż w mieście powstaje alternatywna oś emocji: „odwołać”.
Lewy sierpowy bez zwodu: filmik z knajpy
Pod koniec tej pierwszej rundy dochodzi jeszcze mocny lewy sierpowy bez zwodu, taki z podejścia, na dobicie – filmik z knajpy. Cios wizerunkowy, taki, po którym nogi na ułamek sekundy robią się z waty.
Prezydent się zachwiał. Już niektórzy widzieli sędziego nachylającego się do liczenia, już z galerii leciały okrzyki „leży!”, ale nie – ustał. I zamiast liczenia: przerwa. Urlop. Odpoczynek. Narożnik, zimna woda, ręcznik, szybkie instrukcje. Gong.
Runda druga: podpisy wchodzą, ale już „na gardę”
Runda druga zaczęła się inaczej, niż spodziewali się ci, którzy lubią szybkie nokauty. Dwa lewe organizatorów wchodzą – 30 tysięcy podpisów i zaraz 40 tysięcy – tylko iż już na gardę. Bez przełamania, bez efektu „o, teraz poleci”.
Kontra: „Kraków.pl” i walka o starszy elektorat
Zamiast tego: zejście i kontra. I nagle wchodzi temat „Kraków.pl”: 200 tysięcy tygodnika. Prawy, po którym jest zdziwienie i na twarzy, i na trybunach, bo w kampanii referendalnej nie chodzi tylko o emocje – chodzi też o zasięg i o to, kto zagospodaruje starszą część miasta, tę mniej internetową, bardziej „papierową”.
Próba kontry „1,5 mln”: cios w pustkę
Oczywiście natychmiast pojawia się próba kontry w mediach: „1,5 mln”. Tylko iż ta kontra – w tej metaforze – jest jak przestrzelony prawy po zbyt dużym wychyle. Trafia w pustkę, bo temat kosztów jest ważny, ale nie zawsze działa tak, jak życzą sobie atakujący: czasem bardziej odsłania atakującego niż rani przeciwnika.
Miszalski wraca do gry: #Licząsięfakty, #Zrobione, #wdobrymkierunku
Miszalski widzi to i robi coś, co w boksie bywa kluczowe: przechodzi z defensywy w serię. Zwód. Trzy krótkie sierpy w tempo: lewy #Licząsięfakty, prawy #Zrobione, krótki lewy #wdobrymkierunku.
Mała, szybka kombinacja narracyjna: nie „boję się referendum”, tylko „ja mam argumenty, liczby, robotę”.
Prawy krzyżowy na petardzie: Franek odwołany
I wtedy wchodzi prawy krzyżowy – ale nie taki zwykły, tylko na petardzie, z nóg: odwołanie dyrektora Franka. Taki zamachowy, między ręce, w tempo, nie piruet tylko ordynarny cep po zwodzie.
I jest zamroczenie po stronie organizatorów – bo to jest ruch, który zmienia układ emocji: nagle prezydent nie tylko odpiera, ale pokazuje, iż może ciąć po swojemu i zaskakiwać. Dwa kroki w tył. Podwójne widzenie. Gong. Przerwa.
Punktacja po dwóch rundach: prowadzą organizatorzy, ale prezydent już nie jest workiem
Punkty? jeżeli liczyć liczbę zadanych ciosów – organizatorzy przez cały czas prowadzą. To oni narzucili walkę, to oni wyszli z pierwszymi seriami, to oni mają energię ulicy i mechanikę zbiórki. Ale w tej chwili prezydent przestał być workiem treningowym. Zaczął boksować. A to w polityce oznacza jedno: walka się wydłuża.
Co po przerwie? Wojna na pojedyncze ciosy
Prognoza meczowa jest mało romantyczna. Początek będzie monotonny. Już nie będzie tej pierwszej dynamiki, bo obie strony są poobijane: jedni po tygodniach mobilizacji i presji, drudzy po tygodniach tłumaczeń, złośliwości, filmików i komentarzy.
Zamiast szarż zobaczymy wymianę pojedynczych ciosów: komunikat – riposta, briefing – kontrbriefing, publikacja – sprostowanie, hashtag – mem.
Kluczowe „liczenie”: 100 tysięcy czy 80 tysięcy?
Emocje wrócą dopiero na końcu rundy. Bo w boksie liczy się nie tylko styl, ale też liczenie.
Jeśli organizatorom uda się domknąć ponad 100 tysięcy podpisów, zaczyna się poważne liczenie – jeszcze w stójce, jeszcze bez dramatu, ale już z ciężarem. Natomiast jeżeli finisz będzie poniżej 80 tysięcy, to wtedy mogą pojawić się pierwsze deski: nie dlatego, iż sprawa umrze, tylko dlatego, iż nagle w oczach publiki widać będzie spadek mocy, a w boksie politycznym największym wrogiem jest nie cios w szczękę, tylko wrażenie, iż ręce robią się ciężkie.
Walka na dystans: rundy ciszy, a potem „wszystko naraz”
To będzie klasyczna walka na dystans. I teraz dopiero zacznie się to, co w sporcie najbardziej męczy: rundy, w których kilka się dzieje… aż do chwili, gdy zadzieje się wszystko.
Kazimierz Krakowski

2 godzin temu












