Syndrom do wyboru, ale tragedia nie do uniknięcia

1 dzień temu

Ludzie różnią się od siebie, choćby jeżeli określani są podobnie brzmiącymi słowami. Istnieje kolosalna różnica pomiędzy mędrcem i mędrkiem, człowiekiem dowcipnym i śmiesznym, postacią istotną i ważniakiem. Patrząc tylko i wyłącznie na wydarzenia z ostatnich dni, nie sposób uniknąć konkluzji, iż kierownictwu PiS wszystkie pojęcia się pomyliły i w dodatku to nie jest ostanie słowo władz partii. Kryzys dopada każdego i w każdej dziedzinie, praktycznie nie istnieją ludzie i tym bardziej grupy ludzi, które cały czas pracują na najwyższych obrotach, ale wielkich od przeciętnych odróżnia to, iż po pierwsze potrafią kryzys dostrzec, a po drugie i ważniejsze, potrafią dobrać odpowiednie środki zaradcze.

Dziesięć lat temu Jarosław Kaczyński był praktycznie poza polityczną konkurencję i utrzymywał tę wysoką formę do 2020 roku. Wystarczy wspomnieć, iż w 2015 roku, nie dysponując poważnymi mediami i wielkimi środkami finansowymi, potrafił wygrać wybory parlamentarne i wskazał kandydata na prezydenta, z którego większość kpiła, ale ten kandydat został Prezydentem RP. A to dopiero wstęp do spektakularnych sukcesów, bo PiS jako pierwsza partia w Polsce uzyskała taką liczbę mandatów, która pozwoliła na samodzielne sprawowanie władzy! W 2019 roku PiS poprawiło swój wynik aż do poziomu 44 proc., z kolei rok później w arcytrudnych warunkach Andrzej Duda powtórnie został wybrany na prezydenta.

W tym samym 2020 roku nastąpił początek kryzysu, wywołany przez wiele czynników, między innymi: fatalną polityką w czasie pandemii, bezsensownym grzebaniem w ustawie aborcyjnej, konfliktami wewnętrznymi, nieudanymi reformami z „polskim ładem”, chaotyczną polityką zagraniczną i wreszcie syndromem „tłustych kotów”. Od tamtego czasu PiS tylko i wyłącznie zjeżdżał, najpierw z 44 proc do 35 proc., potem w okolice 32 proc., a teraz w najlepszym razie jest to poparcie na poziomie 25 proc. Spadki notowań zostały uzupełnione nowymi przyczynami: naiwna polityka wobec Ukrainy, afery i ucieczki polityków PiS na Węgry i już nie konflikty, ale wojny wewnętrzne.

Przy tym wszystkich czynnikach najważniejszy jest jednak zupełnie inny – ludzki. Jarosław Kaczyński nazywa się ten czynnik ludzki, bo to jest zupełnie inny polityk w 2026 roku, cień samego siebie sprzed lat, który przegrywa wszystko, ze wszystkimi, a przede wszystkim przegrywa sam ze sobą. Wczorajsze i dzisiejsze decyzje prezesa PiS, to wręcz podręcznikowe błędy polityczne. Publiczne skarcenie wiceprezesa partii i kandydata na Premiera RP, wspólna konferencja z niszowym politykiem Markiem Wochem, co miało pokazać „jedność na prawicy” i w końcu kuriozalna uchwała PiS o zakazie uczestnictwa polityków tej formacji w stowarzyszeniach, razem składa się na dramatyczny obraz kondycji intelektualnej niegdysiejszego lidera. Nie da się oszukać czasu i biologii, można próbować w mniejszym lub większym stopniu walczyć ze skutkami obydwu procesów, ale samych procesów się nie cofnie.

Partia zarządzana w taki sposób musi zaliczać spadki i to skokowe, co w przypadku PiS dokładnie tak wygląda. Bardziej wyrozumiali i cierpliwi mogą się odwołać do syndromu Joe Bidena, a zniecierpliwieni i regularnie pozbawiani nadziei widzą syndrom Leonida Breżniewa. Odpowiedzialny człowiek, zajmujący dowolne stanowisko, widząc swoje ułomności, które zagrażają jemu samemu i co gorsza innym ludziom, powinien umieć powiedzieć „dość”. Prezes Jarosław Kaczyński tego nie potrafi i prawdopodobnie nigdy nie powie, dlatego możliwości są dwie. Albo ktoś odważny w końcu odbierze kierownicę Kaczyńskiemu, zanim cała partia rozbije się o przydrożne drzewo albo do tego tragicznego wypadku dojdzie wcześniej niż później.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału