Święte krowy czy święte absurdy? Horała zderza się z rzeczywistością

8 godzin temu
Zdjęcie: Horała


Marcin Horała od lat pełni w polskiej polityce rolę komentatora, który najmocniej czuje się nie w faktach, ale w ich publicystycznych odpowiednikach — uproszczonych, przerysowanych, czasem całkowicie oderwanych od rzeczywistości.

Ostatnia wypowiedź posła PiS w programie „Kontra” w Telewizji wPolsce24 doskonale wpisuje się w ten styl. Horała stwierdził bowiem, iż „gdyby naprawdę nie było świętych krów, to tymczasowym aresztowaniom byliby poddawani politycy Platformy Obywatelskiej”.

W dalszej części jeszcze mocniej podkręcił narrację, wskazując przykład: „Na przykład pan Stanisław Gawłowski… został w pierwszej instancji skazany (…) i on sobie może spokojnie chodzić na wolności. Co to za święte krowy?”.

Tego typu wypowiedzi są efektowne, ale intelektualnie puste. Służą politycznej zadymie, a nie wyjaśnianiu mechanizmów państwa prawa. Najprościej mówiąc: Horała próbuje zniwelować skalę zarzutów wobec własnego środowiska, tworząc wrażenie symetrii, której nie ma. To znany trik — zdezorientować odbiorcę tak, aby winy obozu politycznego, który reprezentuje, wyglądały na część szerszego, powszechnego „systemowego problemu”.

Problem polega na tym, iż w polskiej polityce Horała należy do tych, którzy najchętniej pouczają o zasadach praworządności, jednocześnie sami je — przynajmniej w warstwie retorycznej — naginając. Gdyby chociaż spróbował wytłumaczyć, na jakiej podstawie prawnokarnej Platforma Obywatelska miałaby się stać zbiorczą kategorią do stosowania aresztu tymczasowego. Areszt to środek procesowy o bardzo konkretnych kryteriach, a nie narzędzie do politycznej zemsty. Ale Horała, niczym w ulubionej przez część polityków grze, udaje, iż nie rozumie różnicy między prawem a propagandą.

W tej samej wypowiedzi poseł PiS pokazał jeszcze jedną swoją specjalność: odwracanie uwagi. Gdy mówi o „świętych krowach”, starannie omija temat, który od wielu miesięcy dominuje w debacie publicznej — poważnych zarzutów stawianych byłym funkcjonariuszom i urzędnikom związanym z poprzednią władzą. Przypomina to próbę stworzenia politycznego hologramu: obraz wygląda mocno, ale nie ma żadnej materialnej treści.

Retoryka Horały ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną: jest budowana tak, by rozgrzać emocje kosztem faktów. Zdejmuje z widzów obowiązek myślenia, bo dostarcza im gotową narrację: „Tamci to święte krowy, my jesteśmy jedynymi odważnymi”. Ten język jest niebezpieczny, bo podkopuje zaufanie do instytucji, udając jego obronę.

Jak zwykle w takich przypadkach, warto przyjrzeć się kontekstowi. Horała — były pełnomocnik ds. CPK — do dziś nie rozliczył się publicznie z szeregu pytań dotyczących inwestycji, która okazała się jednym z najbardziej kosztownych projektów w historii, a zarazem jednym z najbardziej mglistych. Odpowiedzialność, którą chętnie nakłada na innych, konsekwentnie omija jego samego. Zamiast wyjaśnień, daje dziś widzom wPolsce24 serię publicystycznych oskarżeń pod adresem politycznej konkurencji.

Nie sposób też nie zauważyć, jak bardzo Horała korzysta z retoryki „oburzenia zastępczego”. Zgodnie z nią, każda krytyka pod adresem PiS musi zostać zneutralizowana narracją o rzekomo równie poważnych przestępstwach po drugiej stronie sceny politycznej. W tym ujęciu prawo nie istnieje jako mechanizm, ale jako kij — nadający się tylko do wymachiwania nim w programach telewizyjnych.

Tymczasem demokracja potrzebuje polityków, którzy potrafią odróżnić publicystyczny slogan od prawdziwej odpowiedzialności. Horała od lat udowadnia, iż nie zalicza się do tej grupy. A jego ostatnia wypowiedź — pełna emocji, pozbawiona analizy — jest kolejnym rozdziałem tej samej historii: opowieści o polityku, który woli krzyczeć o „świętych krowach”, niż stanąć twarzą w twarz z faktami.

Idź do oryginalnego materiału