Święta Polska porwana przez bezbożną Europę albo lekcja łaciny z Franciszkiem Starowieyskim

kompromitacje.blogspot.com 1 miesiąc temu
W Instytucie Kardiologii - wspomina Jerzy Gruza - spotykam Franka S[tarowieyskiego] von Biberstein. [...] Co pewien czas Franek mówił bardzo cicho. Wtedy pochylałem się nad nim i pytałem: - Proszę? Nie słyszę... Co mówisz? A on: - Ja teraz mówię do ciebie po łacinie. Nie znasz łaciny? U nas w rodzinie często mówiliśmy po łacinie, bo wszyscy byliśmy wykształceni w szkołach klasycznych [1]. Gdy wspomnienia Gruzy ukazały się w druku, Franciszek Starowieyski już nie żył (zmarł w marcu 2009). Ale wcześniej sam również coś podobnego opowiadał w wywiadzie udzielonym Dariuszowi Zaborkowi. Jestem wychowany w domu, gdzie mówiło się po polsku z dziesiątkami cytatów łacińskich, niemieckich, francuskich. Rodzice w czasie obiadu rozmawiali po francusku. A na koniec panowie pogawędzili sobie jeszcze o malarstwie (choć nie po francusku): Dlaczego w 1998 roku rozpętała się burza wokół pana obrazu, który zawisł w przedstawicielstwie RP przy Unii Europejskiej w Brukseli? - Pełny tytuł był Divina Polonia Rapta Per Europa Profana, znaczy: Święta Polska porwana przez świecką Europę. I już to nie wszystkim pasowało, jak i to, iż są dwie gołe panie, solidnie zbudowane kobiety. Chyba nie całkiem serio, ale ironicznie narysował pan Polskę w aureoli? - Ironicznie? Przecież mówiłem panu, iż jestem nacjonalistą polskim. "Divina Polonia" - rozumie pan - "święta Polska". Żadnej ironii w tym nie było, jestem wrogiem ironii, bo to metoda nie fair. Ale ta nasza świętość, misja i aureola chyba nikomu w Europie nie jest potrzebna? - Na granicy polsko-niemieckiej są gigantyczne targi warzywne. Rolnicy dbają, żeby to były prawdziwe warzywa, jedni kontrolują drugich, czy za dużo pestycydów nie wylewają na pola. I Niemcy kupują, bo u nich już tej żywności nie ma. Jeszcze ta Divina Polonia w wielu miejscach istnieje. Coś z tej świętości zostało. Wtedy przez prasę przeleciało pana określenie "złota cipa", bo chciał pan namalować Europę ze złotą waginą, chyba jako przykład złudnego bogactwa. Mam wrażenie, iż w naszym wstydliwym kraju to wyrażenie było powtarzane z perwersyjną przyjemnością? - Jezus Maria! Jezus Maria! Tylko te słowa dziennikarze złapali. Wie pan, jak nie zauważają ważnych rzeczy, ten poziom do nich dociera, więcej nic. Z całego obrazu, który miał ogromną ilość przekazów myślowych, została złota cipa. A nikt nie zauważył, iż wszystko się dzieje na gruzach dawnego świata [2]. Niewygodny obraz z dwiema gołymi paniami, wokół którego rozpętała się burza, po kilkunastu latach trafił do magazynu. Pretekstem była przeprowadzka polskiego przedstawicielstwa do nowej siedziby. Ale w roku 2022 powrócił i teraz jest eksponowany przy głównym wejściu. Nie bardzo wiadomo, o co w nim chodzi, poza tym iż jakoś nawiązuje do znanego greckiego mitu o porwaniu fenickiej księżniczki Europy, córki Agenora i Telefassy. Robert Graves opowiada ten mit tak: Zeus zakochał się w Europie, wobec czego posłał Hermesa, by popędził trzodę Agenora wzdłuż wybrzeża, w okolicę Tyru, gdzie Europa spacerowała zwykle ze swymi towarzyszkami. On sam przyłączył się do stada pod postacią śnieżnobiałego byka z wielkim podgardlem i małymi rogami podobnymi do drogocennych kamieni. Między rogami przebiegała jedna czarna kreska. Europa zwróciła uwagę na piękne zwierzę, gdy zaś stwierdziła, iż byk jest łagodny jak baranek, przezwyciężyła strach i zaczęła się z nim bawić wkładając mu kwiaty do pyska i zawieszając wianki na jego rogach. W końcu wdrapała się na jego grzbiet i pozwoliła mu powoli zanieść się na skraj morza. Nagle byk popłynął, ona zaś z przerażeniem oglądała się na oddalający się brzeg [3]. Tyle iż mit - jak to mit - nie ma jednej wersji. Dla starożytnych nie było na przykład wcale oczywiste, iż Zeus osobiście przemienił się w byka. Apollodor podaje (Bibliotheke II,V,7), iż według Akusilaosa z Argos byk kreteński - jego schwytanie to siódma praca Heraklesa - to ten sam byk, który przyniósł Zeusowi Europę (ton diaporthmeusanta Europen Dii). Zatem byk mógłby być jedynie boskim posłańcem czy też narzędziem. Nie ułatwia to interpretacji obrazu z dwiema gołymi i solidnie zbudowanymi paniami. W miarę jednoznacznym symbolem jest może tylko ta leżąca kolumna (gruzy dawnego świata), ale już data na niej, rok 1698, nie ma specjalnego znaczenia, bo Franciszek Starowieyski w taki sam sposób antydatował również inne swoje prace. Potem zaś pytania zaczynają się mnożyć jak króliki. Czy przerdzewiały metalowy byk to jakaś mechaniczna i rozpadająca się imitacja boskości? A może to (skoro czerwony) symbol rozpadu komunizmu, który bezbożna Europa pragnęłaby reanimować podstępnie wciągnąwszy do spółki świętą Polskę? Czy bezbożna Europa - już dla przyzwoitości przemalowana, bo pierwotnie z szeroko rozłożonymi nogami i tą "złotą cipą" - to apokaliptyczna Wielka Nierządnica, "z którą nierządu się dopuścili królowie ziemi" (Ap 17,2), to znaczy brukselscy eurokraci, a która jednocześnie udaje (dość nieudolnie) sześcioskrzydłego serafina z Księgi Izajasza (Iz 6,2)? Czy święta Polska jest bezsilna wobec tego porwania, bo wydaje się jakby była pozbawiona rąk? Zatem ani nie może się przed Europą bronić, ani też nie może się do niej sama garnąć. A skoro tak, to najwidoczniej jakieś inne moce były tu czynne. O co chodzi z tym sześcianem w lewym górnym rogu? Obliczenia są prawidłowe: "1 km3 zawieszony nad Janowcem. 1/3 kilometra sześciennego to cała ludzkość: sześć miliardów istnień". Ale dlaczego Starowieyski chciałby upchnąć całą ludzkość w jednej trzeciej kilometra sześciennego? [3a]. I jeszcze zawiesić nisko nad swym rodowym Janowcem? Jako symbol znikomości ludzkich spraw? Że ma całą ludzkość na głowie? A skoro już o artyście mowa, to czy wybór tematu z bykiem wiąże się jakoś z jego artystycznym pseudonimem Jan Byk? Wszystko to razem aluzyjne, mętne i niepewne. Jak zresztą często bywa z "przekazami myślowymi" u artystów. "Złota cipa" miała przynajmniej potencjał klikbajtowy. Ostatecznie za najbardziej oczywisty przekaz można by uznać autorski łaciński tytuł: Divina Polonia rapta per Europa profana. Ten, który podobno nie wszystkim pasował. Tyle iż on z kolei jeszcze przed uroczystym odsłonięciem został ocenzurowany! Owszem, jego pełna wersja bywa przez cały czas przywoływana, podaje ją też Wikipedia w haśle o Franciszku Starowieyskim, ale na samym obrazie z sześciu słów zostały już tylko dwa: Divina Polonia. Resztę zamalowano! Wiadomo nawet, dlaczego i na czyje polecenie to się stało. Aneta Kaprzyk: Na prośbę Waszej Ekscelencji część napisu została zamalowana jeszcze przed uroczystym odsłonięciem, i w ten sposób Divina Polonia Rapta Per Europa Profana istnieje do dziś jako Divina Polonia. Jan Truszczyński: To prawda, stało się to na moją prośbę i po konsultacjach z moimi przełożonymi w Warszawie, którzy również byli zdania, iż słowa rapta per Europa profana zawierają zbyt oczywisty przekaz słowny, narzucający określoną interpretację kompozycji i z dużą dozą prawdopodobieństwa sugerujący przekonanie, iż Polska pragnie podkreślić swój eurosceptycyzm, a nie gotowość do przyłączenia się do obszaru integracji europejskiej [4]. Cenzor eurosceptycznych skojarzeń, Jan Truszczyński, był wówczas ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej przy Unii Europejskiej, a wcześniej... No cóż, wcześniej, w czasach PRL-u, "był tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa" [5]. I jest to znacznie wymowniejszy symbol polskich przemian niż choćby najdziwniejsze przekazy myślowe szalonych artystów! Ale jeżeli teraz macie zamiar zacząć się oburzać, to niesłusznie, bo napis na obrazie w istocie był kompromitujący, choć nie w taki sposób, jak to sobie ambasador Truszczyński wyobrażał. Otóż Divina Polonia rapta per Europa profana to łacina bardzo, ale to bardzo kulawa. Niemal barbarzyński bełkot. Albowiem per w łacinie łączy się zawsze z biernikiem (accusativus), czyli prawidłowo powinno być rapta per Europam profanam (tu przypomina się od razu scena z Żywotu Briana "Romanes eunt domus") [6]. Po tej poprawce będzie to już zwrot gramatycznie prawidłowy, ale dalej nieporadny, bo jednak nie o taki przekaz myślowy artyście szło. Co prawda per przekłada się na ogół jako 'przez' (per aspera ad astra = przez trudy do gwiazd). Ale odnosi się ono wtedy do samej czynności, nie zaś do jej sprawcy, czyli jest to raczej równoważnik polskiego 'poprzez', 'za pośrednictwem' (jak w zdaniu 'wysłał list przez okazję') [6a]. Kiedy jednak chodzi o to, o co chodziło Franciszkowi Starowieyskiemu - iż to bezbożna Europa jest sprawcą czynności, czyli porwania świętej Polski - tytuł powinien brzmieć: Divina Polonia rapta ab Europa profana. Wprawdzie nie zanosiło się, iż na uroczyste odsłonięcie obrazu przyjdzie jakiś zagraniczny wścibski łacinnik, niemniej wchodzić do Europy z takim bykiem byłoby wstyd. Co może być dla niektórych dowodem, iż nad świętą Polską czuwa jednak Opatrzność, która czasem potrafi zrobić dobry użytek choćby z tajnych i świadomych współpracowników organów bezpieczeństwa. W archiwach IPN-u z pewnością znalazłoby się więcej świadectw takich małych niepozornych cudów.
[1] Jerzy Gruza, Stolik. Anegdoty, plotki, donosy, Wydawnictwo Latarnik, Warszawa 2010, s. 44-45.
[2] Dariusz Zaborek, Życie. Przewodnik Praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu, Agora, Warszawa 2011, s. 313 i 330; w oryginale pytania są wytłuszczone.

[3] Robert Graves, Mity greckie, przełożył Henryk Krzeczkowski, wstępem opatrzył Aleksander Krawczuk, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974, s. 188.

Nb. Graves traktuje porwanie Europy przez Zeusa jako reminiscencję "dawnej okupacji Krety przez Hellenów" albo może raczej "wyprawy Hellenów z Krety na Fenicję". To w czasie tej wyprawy - tu Graves cytuje Jana Malalasa - Helleni "zabrali wielu jeńców, między innymi również Europę" (s. 190). Mit zatem przypisywałby bogu to, co w rzeczywistości zrobili ludzie. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

[3a] Pan Tomasz Lewandowski przypomniał mi, iż bardzo podobną poglądową ilustrację zamieścił siedemdziesiąt lat wcześniej Szczepan Jeleński w niegdyś popularnej i często po wojnie wznawianej książce Śladami Pitagorasa. Wtedy chodziło o przybliżenie czytelnikom wyobrażenia, jaką to liczbą jest trylion. Podrozdział nosi tytuł "Mila sześcienna". Szczegóły obliczeń nie zostały niestety podane i trzeba wierzyć autorowi na słowo.

"Pod nazwą mili rozumiemy tu milę geograficzną, czyli 15-tą część stopnia równikowego, liczącą 7420 m. Wyobraźmy sobie, iż wykreśliliśmy na równinie kwadrat o bokach długości mili; na bokach tych zbudowaliśmy ściany milowej również wysokości. Otrzymaliśmy tedy sześcian o wymiarach mili, czyli milę sześcienną.

Słynny niemiecki popularyzator A. Bernstein w ten sposób obrazuje pojemność takiego «pudełka».

Weźmiemy Paryż cały i wrzucimy do wnętrza; coś tam na dnie ledwie się zaznaczy jako cienka warstewka. Dodajmy Londyn, Wiedeń, Berlin... kilka więcej znać w głębi. Więc wrzucać poczniemy wszystkie miasta, twierdze, zamki, wsie, wszystko, co w Europie całej jest dziełem rąk ludzkich. Ledwie czwarta część pudełka wypełniona została. Dorzucimy piramidy egipskie, wszystkie szyny Starego i Nowego Świata, wszystkie maszyny, fabryki. Wszystko, co ludzie wznieśli w Azji, Afryce, Ameryce, Australji. Pudełko napełnione do połowy.

Zbierzemy wszystką słomę i wszystką bibułę z całego świata i przykryjemy tą miękką ściółką całą dotychczasową zawartość pudełka. Będziemy w nie bowiem teraz wkładali ludzi. 50 miljonów Niemców ułożymy jako jedną warstwę, potem znów jakąś miękką izolację i - druga warstwa: reszta Niemców i Francuzi. Potem Włosi, Polacy, Hiszpanie i wszystkie inne narody Europy. Potem ludność innych części świata.

Cała jednak ludzkość ułożona w tem pudełku razem z warstwami izolacyjnemi zajmie nie więcej niż 40 m jego wysokości. Cóż to znaczy?

Układamy więc dalej wszystkie zwierzęta, wszystko, co biega lata, pełza, skacze... I jeszcze wciąż pudełko nie pełne...

A jednak, gdybyśmy tę samą «skrzynkę», równą mili sześciennej, wypełnili po brzegi pszenicą, to ziaren pszenicznych zmieściłoby się w niej zaledwie kilka tryljonów.

Czy rozumiecie teraz lepiej, co to jest tryljon?... (inż. S[zczepan] Jeleński, Śladami Pitagorasa. Rozrywki matematyczne, nakładem Księgarni Św. Wojciecha, Poznań - Warszawa - Wilno - Lublin [1928], s. 81-82; zachowałem pisownię pierwodruku).

Przy okazji. Gdy liczy się objętość ludzkości, zawsze trzeba pamiętać o dzieciach. W 1998 roku na te sześć miliardów istnień składało się również ok. półtora miliarda dzieci do lat 12, toteż średnia ~55 litrów na człowieka (= ~58 kg) nie wydaje się zaniżona. Nadto ludzie nie cierpieli wtedy tak masowo na "chorobę otyłościową". A choćby nie bardzo wiedzieli, co to takiego. Słynna rezolucja American Medical Association (420, A-13) została wydana dopiero piętnaście lat później.

[4] Wywiad z Janem Truszczyńskim został przeprowadzony 28 grudnia 2006 i został wykorzystany w pracy magisterskiej Anety Kaprzyk. Niemal na pewno rozmawiano po polsku, ale musiałem przełożyć ten ustęp z angielskiego, ponieważ chyba jedynie w tej wersji jest dostępny.

"A.K. Upon the request of Your Excellency, part of the inscription was painted over already prior to the unveiling and in this fashion Divina Polonia Rapta Per Europa Profana exists up to this day as Divina Polonia.

J.T. True, this took place upon my request and after consultations with my superiors in Warsaw who were also of the opinion that the words rapta per Europa profana contain an overly obvious verbal message, imposing a certain interpretation of the composition and in all likelihood suggesting a conviction that Poland wishes to accentuate her Euro-scepticism and not her willingness to join the region of European integration" (Beata Klocek Di Biasio, Bohdan Michalski, The Myth of Europe in Art and European Identities. The Divided Memory of Europe - Will Europe Succumb to Disintegration?, "Politeja" 2016, nr 5, przypis 12 na stronie 110).

A tak te perypetie z obrazem wyglądały z innej (bardzo anegdotycznej) perspektywy:

"Weszłam do budynku naszego przedstawicielstwa przy UE. Obszerny hol przedstawiał niezwykłą scenę. Marmurowa posadzka zawalona była arkuszami papieru, szkicami kobiecych biustów i tubkami farb. Starszy mężczyzna malował coś energicznie na klęczkach. - To mistrz Franciszek Starowieyski - szepnął mi ktoś.

Dostrzegłam wyłaniające się spod pędzla pulchne kształty dwóch nagich kobiet. Od kilku dni polscy dyplomaci mówili wyłącznie o tym. Obraz miał być olbrzymi - 3,4 na 4 metry - i miał zająć centralne miejsce na ścianie w głównym holu. Początkowo planowano, iż otwarcie polskiego przedstawicielstwa przy UE zbiegnie się z rozpoczęciem negocjacji członkowskich, jednak prace budowlane opóźniły się. Także mistrz Franciszek powinien zabrać się do pracy trochę wcześniej. Gdy w ostatniej chwili przedstawił MSZ-owi swoje szkice, oglądający je urzędnik zawołał przestraszony: «Miała być symbolika europejska, a są dwie gołe baby!».

Było już jednak za późno na zmiany. Obraz trzeba było namalować, i to szybko. Pozwolono więc mistrzowi przystąpić do dzieła. Artysta miał zresztą poparcie ambasadora Truszczyńskiego - autora pomysłu, aby to właśnie Starowieyski upiększył przedstawicielstwo swoim dziełem.

Patrząc na powstający obraz, bez trudu domyślam się, iż siedząca na mechanicznym byku naga kobieta to Europa, a druga nagość, z aureolą nad głową, to personifikacja Polski. W lewym dolnym rogu dostrzegam zresztą łaciński tytuł: Polonia divina rapta per Europa profana («Boska Polska porwana przez pogańską Europę»). Artysta chętnie wyjaśnia mi symbolikę swojego dzieła:

- Europa jest totalnie pogańska, świecka i barbarzyńska. Na przykład euro uważam za totalne barbarzyństwo językowe.

- Czy więc warto wchodzić do takiej barbarzyńskiej Europy? - pytam.

- Jak najbardziej! - odpowiada mistrz. - Ale musimy stawiać nasze warunki, gdyż my ofiarowujemy Europie naszą dziewiczość.

- Jakie warunki powinniśmy stawiać? - drążę.

- Musimy zażądać, aby był obowiązek całowania pań w rękę i puszczania ich przodem we drzwiach, bo te półdzikie kobiety w Europie obrażają się, gdy się je całuje w rękę.

- Czy w ten sposób mamy wzbogacić i uświęcić Europę?

- Tak, proszę pani. Oni żądają, abyśmy dostosowali się do ich norm, więc i my musimy egzekwować pewne normy. To właśnie forma decyduje o wszystkim.

Jeden z polskich negocjatorów żartował potem, iż faktycznie będzie zabiegał o wprowadzenie do europejskiego ustawodawstwa obowiązku całowania pań w dłoń. Mniej poczucia humoru mieli urzędnicy z MSZ. Przestraszeni śmiałością i polityczną niepoprawnością dzieła, zastanawiali się, jak wytłumaczą unijnym gościom jego znaczenie. W końcu, tuż przed uroczystym otwarciem przedstawicielstwa, złamali się i kazali zamalować część tytułu, pozostawiając tylko napis «Boska Polska». Mistrz Franciszek był wprawdzie wzburzony, jednak powiedział mi:

- Najważniejsze, iż ostała się Polska.

Był to pierwszy kompromis z Brukselą" (Katarzyna Szymańska-Borginon, W piżamie do Europy, kooperacja Łukasz Warzecha, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2003, początek rozdziału "Gołe baby w ambasadzie").

[5] "Jan Truszczyński, syn Stanisława, urodzony 30 lipca 1949 r. w Warszawie, zamieszkały ul. Słupecka 11 m. 11, 02-309 Warszawa, oświadczył, iż był tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa w rozumieniu art. 1, art. 2 i art. 4 powoływanej ustawy. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej: A. Kwaśniewski". Zob. "Obwieszczenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 16 listopada 2001 r. o treści oświadczenia złożonego przez osobę ubiegającą się o pełnienie funkcji publicznej", "Monitor Polski" 2001, nr 43, poz. 702, s. 1173.

[6] Nb. podobna przygoda z łaciną przytrafiła się dwadzieścia lat wcześniej - czyli pod koniec lat 70. - grupie młodych marksistów oraz przygodnych dziwaków, która pod egidą SZSP postanowiła wydawać własne pismo. Nazwali je "Colloquia Communae". W ich mniemaniu miało to znaczyć 'rozmowy wspólne', a naprawdę było gramatycznym potworkiem, w którym nie zgadzają się choćby rodzaje. I przez trzy lata nikt tego nie zauważył! Wtedy dopiero zmieniono tytuł na prawidłowy: "Colloquia Communia". Swoją drogą, było to całkiem interesujące pismo jak na tamte nieciekawe czasy. Aczkolwiek miało ohydną - jak to zresztą często u materialistów bywa - formę materialną.

[6] Pan Tomasz Lewandowski znalazł choćby stosowny przykład u Tacyta. Otóż w piętnastej księdze Roczników Tacyt opowiada dzieje spisku Pizona i o tym, jak spisek ów zdemaskowano wskutek donosu wyzwoleńca Milichusa, który oskarżył o spiskowanie swojego pana, senatora Flawiusza Scewinusa. Ma się rozumieć, Neron kazał natychmiast Scewinusa przyprowadzić przed swoje oblicze i tu właśnie Tacyt używa zwrotu: Is raptus per milites et defensionem orsus (Annales, XV, 55). Co Seweryn Hammer przełożył jako "Ten, zawleczony przez żołnierzy, począł się bronić", natomiast Władysław Okęcki bardziej dosłownie, podkreślając oba imiesłowy: "Ten, porwany od żołnierzy, i, obronę zagaiwszy".

Co jest dobrym przykładem na użycie per, gdy chodzi o zaznaczenie, jakim sposobem (przy użyciu czego) coś się dokonało, a nie kto tego dokonał. Żołnierze przecież nie przywlekli Scewinusa samowolnie, z własnej inicjatywy, ale wskutek rozkazu Nerona, który posłużył się nimi jako narzędziem. Gdyby w wypadku porwania Polski zostawić per, sugerowałoby to, iż również Europa działała w tej sprawie na czyjś rozkaz albo jako czyjeś narzędzie.

Idź do oryginalnego materiału