ŚWIAT, W KTÓRYM UPOKARZANIE JEST CNOTĄ

4 godzin temu

Kiedy na początku roku 2018, po rozpętaniu przez Izrael antypolskiej histerii, z żydowskich mediów lały się na Polskę i Polaków zdające się nie mieć końca strugi pomyj Piotr Skwieciński stwierdził: „Z jakichś przyczyn Izrael postanowił Polskę rozjechać jak czołgiem. I ani myśli się zatrzymać. A jeżeli już to tylko po to, by zmiażdżyć nas jeszcze bardziej doszczętnie.” Na pytanie o powody Paweł Lisicki odpowiedział: „Dlaczego? Dlatego, iż może”.

Mało kto dziś pamięta incydent sprzed kilku lat, kiedy to ambasador Rzeczpospolitej Polskiej Marek Magierowski został publicznie, na ulicy w Tel Avivie opluty przez izraelskiego przechodnia. Wszystko to się zdarzyło w ten sposób, iż Izraelczyk widząc człowieka w garniturze wysiadającego z limuzyny oznakowanej jako pojazd polskiej ambasady „skorzystał z okazji” do znieważenia przedstawiciela naszego państwa. Mój sędziwy sąsiad, dobrze pamiętający czasy jeszcze przedwojenne, skomentował to wtedy ze smutkiem, ale i spokojem: „Co kraj – to obyczaj. A raczej co naród – to obyczaj”.

Izrael to cywilizacja nie mająca żadnego związku z tą cywilizacją, do której należy Polska. Wszystkie paplaniny o jakimś „świecie judeo – chrześcijańskim” są niczym więcej, jak tylko głupkowatą paplaniną. Nigdy nie było, nie ma i nie będzie mogło być związku światów, w których wszystkie najbardziej fundamentalne pojęcia są ze sobą najjaskrawiej – sprzeczne. Nie mogą zgodnie współistnieć światy, w których jeden coś uważa za zło a drugi, najściślej to samo, za dobro. Nie mogą żyć ze sobą na tym samym obszarze i w harmonii ze sobą zbiorowości, dla których pojęcia najbardziej elementarne – znaczą coś całkowicie innego. Każdy jako tako znający historię Polak, który odwiedzi jerozolimski Instytut Yad Vashem, musi więc przeżyć w nim wstrząs. No chyba, iż już dobrze wie, iż znane naszemu kręgowi cywilizacyjnemu pojęcie „prawda” w realiach cywilizacyjnych Izraela znaczy całkowicie co innego. U nas – prawdą jest „to, co jest”. U nich – „to, co być może”. A może sobie być – absolutnie wszystko. Stąd w Yad Vashem możemy oglądać wielkie fotografie getta w Łodzi, pilnowanego przez polskich policjantów. Choć każdy posiadający elementarną wiedzę historyczną przecież wie, iż w okupowanej przez Niemców Łodzi nigdy nie było żadnej polskiej policji. Była taka w Generalnym Gubernatorstwie, ale nigdy nie było jej na ziemiach w roku 1939 wcielonych do Rzeszy. W Katowicach, Poznaniu, Łodzi – nie było. Żydowscy profesorowie historii oczywiście to wiedzą, ale nie przeszkadza im to. Polska to przez nich byt znienawidzony, więc kreowana przez nich „historyczna prawda” jest taka, jaką sami sobie wyobrażają, iż powinna być. Ich wyobrażenia, ich cele – są ważniejsze od wszystkich faktów. A pogarda wobec faktów wypełnia też księgarnię Yad Vashem, gdzie obok mnóstwa wielojęzycznych wydawnictw o „współsprawcach holokaustu” jest i takie cieszące się największą popularnością, bo obrazkowe. Kolorowy komiks przestawia historię zagłady opowiedzianą dzięki zwierząt trzech gatunków. Żydzi – są w tej opowieści myszami, Niemcy kotami a Polacy – świniami. Urocze, prawda? Sprzedało się już w ponad stu milionach egzemplarzy wydrukowanych w kilkudziesięciu językach.

Stając w roku 1942 na czele Rady Pomocy Żydom Zofia Kossak – Szczucka opublikowała apel o niesienie w każdej możliwej postaci ratunku mordowanemu narodowi. Przyznała w nim, iż „wszyscy wiemy, iż choćby teraz Żydzi bardziej nienawidzą Polaków, niż Niemców” i dodała, iż „ta dziwna rzecz jest tajemnicą duszy żydowskiej”. Rok później, za swą działalność, sama została więźniem obozu Auschwitz – Birkeau. Ale przez ten rok w swej inicjatywie skupiła wielotysięczną rzeszę Polaków gotowych z narażeniem życia swojego i swoich rodzin, ratować Żydów. Dla tego celu zdołała też zgromadzić i rozdysponować nieoszacowanej wartości zbiórkę głównie biżuterii, ofiarowanej przez niezliczonych anonimowych polskich darczyńców. Z pomocą pospieszył też Rząd Rzeczpospolitej Polskiej na Uchodźstwie, właśnie w celu ratowania Żydów zaciągający kredyty w brytyjskich bankach komercyjnych. Dodajmy, iż osadzony głównie w amerykańskiej finansjerze Światowy Kongres Żydów pierwszy akt jakiejkolwiek pomocy dla mordowanych Żydów wykonał dopiero w roku… 1946. Nie inaczej zachował się niegdysiejszy prezes sejmowych klubów mniejszości żydowskiej Izaak Grunbaum. Ten wieloletni poseł na polski Sejm przed wybuchem wojny wyjechał na Bliski Wschód, gdzie zajął się inwestowaniem wielkich pieniędzy w przyszłe izraelskie państwo. Tam dotarli do niego kurierzy z prośbami o pomoc dla Żydów mordowanych w okupowanej Polsce. Jego odpowiedź brzmiała: „Byle krowa pasąca się w Palestynie jest dziś warta więcej, niż ich życie”. Ani on ani nikt z jego współpracowników – nie dali nic…

Wartość życia – to również zagadnienie, które diametralnie różni nas od Żydów. Z jednej strony znamy telewizyjną wypowiedź szefującej dziś w Muzeum Auschwitz prof. Barbary Engelking stwierdzającej wprost, iż „śmierć Żyda to tragedia metafizyczna a śmierć Polaka to tylko biologia”. I znamy (odnotowane w książce Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie”) stwierdzenie naczelnego rabina Budapesztu, wg którego „gdyby kolaboracja Żydów z Niemcami nie była tak gorliwa i powszechna – z pewnością większość Żydów by przeżyła”.

Rozumiem, iż większość tych, którzy przeczytali powyższe akapity może borykać się z problemem dającym się sprowadzić do słów: „Ja tego nie rozumiem…” Proszę się tym nie przejmować. Ja też nie rozumiem. A mówiąc ściślej – wyrażane i czynem realizowane „standardy prawdy” i „zasadny moralne” reprezentowane przez Engelkingów, Grunbaumów czy Światowy Kongres Żydów są dla mnie – niepojmowalne. I zarazem – nieakceptowalne. Uważam, iż to bardzo dobrze, iż my tego nie pojmujemy. I nie akceptujemy. Nie uczmy się rozumieć i akceptować czegoś takiego. Przyjąć jednak do wiadomośi musimy, iż coś takiego – jest. I często – dotyczy nas. Nas, bo to przede wszystkim my jesteśmy opluwani i oskarżani nie kończącymi się oskarżeniami i oszczerstwami. Zofia Kossak – Szcucka też nie wiedziała, skąd się biorą te niewyobrażalne i niewyczerpywalne zasoby ciągle się odradzającej nienawiści. A wraz z nią pogardy i oszczerstwa. Czy jesteśmy w stanie coś na to poradzić? Nie wiem. Być może – nie. Ale wiem jedno – wolę swoją, naszą, chrześcijańską, polską zasadę, w której „prawdą jest to, co jest”. A nie „prawdą jest to, co być może”, czemu pewien żydowski hochsztapler i zarazem laureat Nagrody Nobla Elie Viesel nadał rangę nie tylko sakralną, ale i „naukową”. Kreatura ta podawała się za więźnia Auschwitz, choć śladu na ten temat nigdy nie było w jakichkolwiek dokumentach i do końca życia nie pokazała też numeru obozowego, jaki rzekomo miała mieć wytatuowany na ręce. No ale już wiemy, iż wg takich „prawdą jest to, co być może…” Jako szef najważniejszej z instytucji poświęconych pamięci holokaustu w roku 1986 tenże Viesel ogłosił, iż „nie wolno krytycznie analizować świadectw zagłady Żydów. Każde z tych świadectw zasługuje na – afirmowanie”. Ni mniej ni więcej – cokolwiek jakiemukolwiek Żydowi przyjdzie do głowy na temat holokaustu – staje się świętością. A jak wiemy – kto temu przeczy jest negacjonistą, który powinien być ścigany, skazywany, zamykany w więzieniu. Zgodnie z prawem obowiązującym w Izraelu i wymuszonym na bardzo wielu innych państwach.

Czy jest się czemu dziwić, iż ciągle powstają nowe i nowe urągające rozumowi opowieści o Jedwabnem, opowieści o jakichś dokonywanych przez Polaków pogromach, o wyssanych z palca prześladowaniach? Na początku roku 1919 gazety wszystkich państw świata pisały o bestialstwie żołnierzy armii generała Hallera, którzy ledwie mieli przyjechać z Francji – już mordowali w Polsce Żydów. „Nieścisłość” tej sensacji polegała na tym, iż jej autorzy nie dowiedzieli się na czas, iż pierwszy transport żołnierzy Hallera się opóźnił i kiedy świat wstrząsany był wiadomościami, iż „już przyjechali do Polski i mordują Żydów” – ani jednego z nich w Polsce jeszcze nie było. No ale któż by się tym przejmował? Przecież już wiemy, iż „prawdą jest wszystko, co prawą być może…”

Z przyczyn, których też nie pojmuję, Żydzi uchodzą za naród rzekomo wyróżniający się inteligencją. Przyjmijmy, iż inteligencja to zdolność do wyciągania wniosków i spróbujmy ustalić, czy jakiekolwiek zbiorowość ta potrafi wyciągnąć. Jak już pisałem – okres międzywojenny zaczął się dla na między innymi histeryczną falą antypolskich kalumnii, w których zarzucano nam antyżydowskie zbrodnie. W związku z nimi permanentnie odwiedzali Polskę zagraniczni dziennikarze oraz delegaci Ligi Narodów. Po jakimś czasie zorientowali się oni, iż to, co Żydzi nagłaśniali jako pogrom, było zwykłą międzysąsiedzką awanturą. Albo iż ofiarami tego i innego „pogromu” byli nie Żydzi, ale Polacy. Do awantur najczęściej dochodziło bowiem na jarmarkach a na nich często to Żydzi byli liczniejsi od Polaków i to Polacy częściej „zbierali łomot”. I dziennikarze i delegaci Ligi Narodu często stwierdzali więc, iż działo się coś takiego, jak na niedawnych zawodach w dżudo, kiedy to izraelski trener rzucił się z pięściami na sędziego, ale Ambasada Izraela oczywiście ogłosiła to jako „oburzający akt polskiego antysemityzmu”. Z takim właśnie „standardami prawdy” w latach dwudziestych i trzydziestych świat zapoznawał się coraz lepiej. Co w zwyczajach Żydów nie zmieniało absolutnie nic – informacje o kolejnych polskich „antyżydowskich prześladowaniach” produkowali aż do wybuchu wojny. I w najmniejszym stopniu energii produkowania takich „newsów” nie osłabiało to, iż mało kto już w te opowiastki wierzył i tym samym – mało kto był nimi jeszcze zainteresowany. A niedługo cena za produkowanie wiadomości o rzekomym prześladowaniu Żydów miała okazać się – straszna. Kiedy bowiem Niemcy naprawdę zaczęli antyżydowską eksterminację – na informacje na ten temat świat pozostał głuchy. Na przychodzące wiadomości reagowano najczęściej stwierdzeniami: „Ci Żydzi zawsze przesadzają, znów coś wymyślają…” Jan Karski zdołał dotrzeć do samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Do wszystkich ważniejszych redakcji brytyjskiej i amerykańskiej prasy trafiały szczegółowe raporty o metodach i skali dokonywanego ludobójstwa. Ale świat mediów kojarzył to z wcześniejszymi, najczęściej wyssanymi z palca, informacjami o prześladowaniach Żydów przez Polaków. Czyli z informacjami, które okazały się niewiarygodne. A redakcje ani nie chciały tracić swej wiarygodności ani wypełniać gazet wiadomościami, które dawno czytelników znudziły i niską wiarygodnością zniesmaczyły. Światowych mediów nie wzruszyło więc choćby demonstracyjne samobójstwo żydowskiego posła do polskiej Rady Narodowej (czyli polskiego Parlamentu na uchodźstwie) Szmula Zygielbojma. Świat nie uwierzył, nie zainteresował się i pozostał obojętny. Takie skutki może przynieść praktykowanie zasady, wedle której prawdą nie jest to, co jest, ale jedynie „to, co być nią może…”

Kiedy w roku 2018 wg słów Skwiecińskiego „Izrael rozjeżdżał Polskę jak czołgiem” Grzegorz Górny łapał się za głowę pod adresem Żydów wypowiadając słowa: „Przecież tego, co w relacjach z nami niszczycie, przez pokolenia się nie odbuduje!” Ano – nie odbuduje się. I tylko nad jednym nadziwić się nie mogę ilekroć o tym pomyślę. Izrael nie zdołał sobie ułożyć stosunków z żadnym ze swoich sąsiadów. Nie tylko wokół siebie, ale w całej tej bliskowschodniej części świata, w której leży, ma samych wrogów. Po co mu więc kolejni, których bez żadnej przecież przyczyny, traktuje właśnie jako wrogów? Czy na pewno zawsze polegać będzie mógł na przewadze swej potężnej armii? Czy aż tak pewien jest wiecznego wsparcia Stanów Zjednoczonych? Tych Stanów, w których coraz szybciej rośnie odsetek Afroamerykanów (prawie zawsze w Żydach widzących sprawców ich niewolniczej tragedii i stąd straszliwie ich nienawidzących) czy Azjatów (zwykle gardzących Żydami tak, jak statystyczny Chińczyk gardzi każdym białym)? Na jak długo Izraelowi starczy własnego potencjału i amerykańskiego „parasola”? Aż tak jest pewien, iż – na zawsze?

Widać, iż przekonanie o swej niespożytej potędze jest wielkie, jeżeli tak beztrosko świat żydowski korzysta z każdej okazji, by upokorzyć i tym samym zniechęcić do siebie tych, którzy tak długo i tak konsekwentnie byli mu przychylni, pomocni, przyjaźni? Z wielkiej księgi prof. Iwo Pogonowskiego (opatrzonej obszernym wstępem Szymona Pipesa) pt. „Jews in Poland” wynika, iż gdyby w średniowieczu Żydzi nie znaleźli azylu w Polsce dziś stanowiliby zbiorowość liczącą się raczej w dziesiątkach, niż setkach tysięcy. O ile w ogóle by jeszcze istnieli – stanowiliby co najwyżej rodzaj etnograficznej ciekawostki a nie zbiorowość zdolną do posiadania najmniejszego choćby państewka. Jako naród – przetrwali tylko i wyłącznie dzięki Polsce. I może stąd się wzięło ich powiedzonko: „Jakież dobrodziejstwo ci wyświadczyłem, jeżeli aż tak mnie nienawidzisz?”

Właśnie minęły kolejne obchody rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz. W uroczystościach zorganizowanych przede wszystkim przez Żydów wzięło udział wiele delegacji, przemawiało wielu ludzi. Był też obecny gospodarz kraju, w którym ceremonia ta miała miejsce, czyli prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. Nie udzielono mu głosu. Mało tego. Odczytując z długiej listy wielu zaproszonych, często rangi bardzo niskiej lub wręcz żadnej, nie wymieniono choćby obecności Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej…

Żydowskiej potrzeby upokarzania, opluwania – nie rozumiem. Nie pojmuję, jaki w niej jest cel i jaka w czymś takim może kryć się przyjemność. Nie zamierzam też tego rozumieć. Ale zapomnieć o czymś takim – też ani zamierzam ani potrafię.

Artur Adamski

Idź do oryginalnego materiału