Świat okiem Marcusa. Prezes IPN poszukiwany. Parlament znów powiedział „nie”

wschodni24.pl 1 godzina temu

Instytut Pamięci Narodowej przez cały czas pozostaje bez prezesa. Senat nie zgodził się na powołanie dr. Mateusza Szpytmy, choć wcześniej jego kandydaturę zaakceptował Sejm. Za głosowało 38 senatorów, przeciw było 50, a jeden wstrzymał się od głosu.

Można więc powiedzieć, iż konkurs zakończył się sukcesem. Oczywiście sukcesem rozumianym po polsku, czyli takim, po którym trzeba rozpocząć wszystko od początku.

Nowy konkurs, nowe zgłoszenia, nowe przesłuchania, nowe głosowania i prawdopodobnie nowe polityczne spory. Jedynym elementem stałym pozostaje brak prezesa.

Drugie podejście i drugi polityczny klincz

To już druga próba obsadzenia stanowiska zwolnionego przez Karola Nawrockiego, który w sierpniu 2025 roku objął urząd prezydenta RP.

W listopadzie ubiegłego roku Sejm odrzucił kandydaturę dr. hab. Karola Polejowskiego. Teraz Sejm zaakceptował Mateusza Szpytmę, ale kandydatura zatrzymała się w Senacie.

Demokracja działa więc bez zarzutu. Jedna izba wybiera, druga odrzuca, instytucja czeka, a politycy tłumaczą, iż wszystko odbywa się zgodnie z procedurami.

I rzeczywiście się odbywa. Pytanie tylko, czy procedury służą wyborowi prezesa, czy raczej udowadnianiu, kto ma więcej głosów.

Zgodnie z ustawą prezesa IPN powołuje Sejm za zgodą Senatu, na wniosek Kolegium IPN. Kadencja trwa pięć lat. W teorii jest to mechanizm, który ma zmusić obie izby parlamentu do znalezienia kandydata możliwego do zaakceptowania przez szersze grono.

W praktyce przypomina grę, w której każda ze stron może powiedzieć „nie”, ale żadna nie musi przedstawić rozwiązania, które rzeczywiście przejdzie przez cały parlament.

Ewolucja zamiast rewolucji

Mateusz Szpytma przekonywał senatorów, iż nie zamierza przeprowadzać w IPN rewolucji.

– Nie jestem człowiekiem, który, gdybym został prezesem, będzie robił rewolucję w Instytucie Pamięci Narodowej. Jestem człowiekiem, który woli ewolucję, woli drobnymi krokami zmieniać instytucję – zapewniał.

Brzmiało rozsądnie. Problem w tym, iż w polskiej polityce słowo „ewolucja” może oznaczać wszystko.

Dla jednych będzie to spokojne naprawianie instytucji. Dla innych dalsze utrzymywanie dotychczasowego kierunku, tylko bez gwałtownych ruchów. Jeszcze inni uznają, iż żadnej ewolucji nie da się przeprowadzić z człowiekiem, który od lat znajduje się w ścisłym kierownictwie IPN.

I właśnie na tym polegał główny spór wokół tej kandydatury.

KO mówi o kontynuacji, PSL o kompromisie

Senator Koalicji Obywatelskiej Sławomir Rybicki przekonywał, iż Mateusz Szpytma nie daje nadziei na nowe otwarcie.

Według niego wieloletni wiceprezes IPN jest współodpowiedzialny za sposób funkcjonowania Instytutu w ostatniej dekadzie. Rybicki mówił o potrzebie odzyskania przez IPN autorytetu, niezależności i profesjonalizmu.

W przekazie KO kandydatura Szpytmy nie oznaczała więc zmiany. Miała być raczej kontynuacją dotychczasowego modelu zarządzania.

Odmienne stanowisko przedstawił Waldemar Pawlak. W imieniu senatorów PSL zapowiedział poparcie dla Szpytmy, nazywając jego kandydaturę zbliżoną do kompromisu.

Według Pawlaka mogła ona pozwolić na stopniową ewolucję Instytutu w stronę bardziej umiarkowanego i naukowego podejścia do historii.

Można zatem powiedzieć, iż dla jednych Szpytma był kandydatem zbyt mocno związanym z dotychczasowym IPN, a dla innych właśnie dlatego nadawał się do przeprowadzenia spokojnych zmian.

W polskiej polityce kompromis często wygląda właśnie tak: jedni twierdzą, iż kandydat jest zbyt partyjny, drudzy, iż może być do przyjęcia, a na końcu i tak brakuje głosów.

Kandydat z dużym doświadczeniem

Mateusz Szpytma jest związany z IPN od 2000 roku. Od dziesięciu lat pełni funkcję wiceprezesa Instytutu. Wcześniej pracował między innymi w krakowskim oddziale Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, a także w sekretariacie prezesa Janusza Kurtyki.

W latach 2015–2016 kierował Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.

Jest autorem publikacji dotyczących między innymi pomocy udzielanej Żydom przez Polaków podczas okupacji niemieckiej oraz historii ruchu ludowego po II wojnie światowej.

Nie jest więc osobą przypadkową ani kandydatem wyciągniętym z politycznego kapelusza pięć minut przed głosowaniem.

I właśnie to doświadczenie stało się jednocześnie jego największym atutem oraz największym obciążeniem.

Zwolennicy widzieli w nim człowieka znającego Instytut od środka. Przeciwnicy wskazywali, iż ktoś tak długo związany z kierownictwem IPN nie może wiarygodnie zapowiadać zasadniczej zmiany.

Historycy przeciwko kandydaturze

Pod koniec kwietnia ponad 170 historyków podpisało apel do parlamentarzystów o niepopieranie Mateusza Szpytmy.

Wśród sygnatariuszy znaleźli się między innymi prof. Barbara Engelking, prof. Andrzej Friszke, prof. Antoni Dudek, prof. Paweł Machcewicz i prof. Grzegorz Motyka.

Autorzy apelu zarzucali Szpytmie współodpowiedzialność za upolitycznienie IPN w ostatnich latach.

Był to poważny sygnał, którego nie można sprowadzić wyłącznie do zwykłego sporu partyjnego. Z drugiej strony trudno udawać, iż dyskusja o IPN może dziś odbywać się poza polityką.

Instytucja zajmuje się historią, ale historia w Polsce już dawno przestała być wyłącznie domeną naukowców. Stała się narzędziem budowania tożsamości, prowadzenia sporów i rozliczania przeciwników.

Każda decyzja personalna w IPN jest więc natychmiast interpretowana jako zwycięstwo jednej wizji historii nad drugą.

Co teraz?

Teraz Kolegium IPN musi ogłosić kolejny konkurs. Od jego rozpoczęcia kandydaci będą mieli 30 dni na zgłoszenie.

Następnie odbędzie się publiczne przesłuchanie osób spełniających wymagania formalne. Kolegium IPN w tajnym głosowaniu wybierze kandydata, którego ponownie przedstawi parlamentowi.

Mateusz Szpytma może zgłosić się jeszcze raz. Nie ma jednak pewności, czy Kolegium ponownie postawi właśnie na niego.

Teoretycznie można poszukać kandydata bardziej kompromisowego. Praktycznie trudno oczekiwać, iż Kolegium wybierze osobę całkowicie odległą od poglądów większości swoich członków.

Możemy więc ponownie otrzymać kandydata akceptowanego przez Sejm, ale odrzucanego przez Senat. Albo kandydata, który spodoba się Senatowi, ale nie uzyska większości w Sejmie.

Pełna równowaga.

Instytut pomiędzy historią a polityką

Największym problemem nie jest dziś choćby to, iż Mateusz Szpytma nie został prezesem IPN.

Problem polega na tym, iż od wielu miesięcy nie widać realnej politycznej przestrzeni do wyboru kogokolwiek.

Każda ze stron deklaruje troskę o niezależność Instytutu. Każda chce, aby IPN odzyskał autorytet. Każda mówi o nauce, profesjonalizmie i prawdzie historycznej.

Tylko iż prawda historyczna również ma dziś swoje kluby parlamentarne.

Jedni obawiają się, iż IPN przez cały czas będzie narzędziem prawicy. Drudzy podejrzewają, iż zmiana kierownictwa ma służyć przejęciu Instytutu przez obecną większość. Trzeci próbują znaleźć kandydata środka, ale środek w polskiej polityce bywa miejscem wyjątkowo niebezpiecznym. Można zostać ostrzelanym z obu stron.

Instytut Pamięci Narodowej miał zajmować się rozliczaniem przeszłości.

Tymczasem coraz częściej sam staje się zakładnikiem teraźniejszości.

Nowego prezesa przez cały czas nie ma. Jest za to pewność, iż kolejny konkurs dostarczy nowych wystąpień, nowych oskarżeń i nowych powodów, by przekonywać opinię publiczną, iż to przeciwnicy odpowiadają za cały impas.

Historia może więc chwilę poczekać.

Polityka, jak zwykle, ma pierwszeństwo.

Marcus Pryszberg

Idź do oryginalnego materiału