Suwerenizm z lewa

myslpolska.info 4 godzin temu

Opcja suwerenistyczna być może będzie miała okazję dojścia do głosu politycznego w wielu krajach tzw. Zachodu, również tych przez ów Zachód skolonizowanych, jak choćby Polska czy inne kraje naszego regionu środkowoeuropejskiego. Proces ten wiązać nie będzie się raczej z radykalnymi, demokratycznymi przemianami w naszej części świata.

Po prostu hegemon odejdzie, rozumiejąc, iż skoncentrować musi się na odbudowie własnej, realistycznie zakreślanej strefy wpływów, obejmującej przede wszystkim półkulę zachodnią naszego globu. Odchodząc, porzuci swoich dotychczasowych podwykonawców czyli klasę kompradorską będącą przez lata na jego usługach i skromnym żołdzie. Rzecz jasna, wyrazem nadmiernie rozdętego optymizmu byłoby założenie, iż do porzucenia Europy przez owego hegemona dojdzie bezboleśnie i bezproblemowo. Niestety, nie obejdzie się bez kryzysów, a być może i prób wciągania nas w kolejne konflikty. Nie będzie to fenomen szybki kulminujący jakimś jednorazowym wydarzeniem o spektakularnej randze. Będzie to raczej proces dłuższy, rozłożony na miesiące i lata, czasem trudny do uchwycenia przez analityków bieżącej chwili.

W ostatnich latach mieliśmy tendencję do budowania nadziei wokół suwerenistycznej prawicy – tej narodowej, tej konserwatywnej, a czasem wręcz tej libertariańskiej. O „prawicowym populizmie” mówią nam przecież do znudzenia zwolennicy schodzącego ze sceny układu neoliberalno-hegemonicznego, przestrzegając najbardziej właśnie przed nim, jako rzekomo antyeuropejskim, antyamerykańskim i antyglobalistycznym. Uwierzyliśmy w to, iż pojawienie się Donalda Trumpa w roli amerykańskiego prezydenta będzie impulsem dla tej właśnie strony sceny politycznej. Tymczasem okazuje się, iż prawicowe fascynacje Trumpem i jego ekipą gwałtownie doprowadziły do rozczarowania, a choćby porażki politycznej, jak w przypadku Viktora Orbána. Węgierskie wybory to koniec nadziei na suwerenistyczne rządy w Europie! – słychać było zewsząd po smutnym budapeszteńskim wieczorze wyborczym. Orbán tymczasem po prostu postawił na niewłaściwego konia i ów koń poniósł go daleko na prerię, odrywając od rodzimej węgierskiej puszty, a na koniec zrzucając gdzieś z siodła na dalekiej bliskowschodniej pustyni.

Istotą suwerenizmu jest tymczasem również niezależność umysłowa i racjonalne założenie, iż żaden z naszych sojuszników nie jest wieczny, podobnie jak wieczna nie jest żadna jego miękka siła. Wychodząc z niego i rozglądając się nieco wokół, dojść możemy do wniosku, iż po porażce suwerenizmu z prawa, nadchodzi być może czas suwerenizmu z lewa. Wniosek ów będzie uprawniony tym bardziej w czasach nieuchronnego już kryzysu gospodarczego, społecznego, a adekwatnie – nazwijmy rzeczy po imieniu – nadciągającej nad nasz kontynent fali ubóstwa. Suwerenizmów z lewa może być (i jest) całkiem sporo. Mogą one pojawiać się choćby u starych poczciwych socjaldemokratów, którzy w pewnym momencie dostrzegli, iż lewicy w ich klasycznym rozumieniu po prostu dawno już nie ma, co nie znaczy, iż nie ma zapotrzebowania i nie ma jej sensu. Taką drogą zdaje się poruszać Hiszpania, nawigująca powoli w kierunku suwerenizacji z Pedro Sanchezem za sterami. Hiszpański premier nie waha się już mówić wprost: jego kraj przystosowuje się do gry w świecie wielobiegunowym, więc nikt nie zabroni mu importu chińskiej elektroniki, rosyjskiego gazu czy wprowadzania zakazu współpracy z syjonistycznymi władzami Izraela.

W naszej części Europy takim suwerenistą z lewa jest nie tylko (to rzecz oczywista) Słowak Robert Fico. W podobnych rewirach politycznych porusza się także były prezydent (zrezygnował z urzędu, by powalczyć o stworzenie rządu) Bułgarii, Rumen Radew i jego ugrupowanie Postępowa Bułgaria. W wielu innych krajach europejskich również pojawiają się podobne lewicowo-suwerenistyczne jaskółki. Skłaniać może to do ostrożnego optymizmu: być może wprawdzie inspirowana trumpizmem i deklarująca się jako suwereniści „prawica” traci na wadze i znaczenie, ale jednocześnie jej rolę odgrywać zaczyna orientacja bardziej prospołeczna i mniej eksponująca ornamentykę prawej strony.

Sprzyjać temu może jeszcze jeden czynnik: jak pokazuje obecna praktyka, nastroje buntu i rozczarowania najszybciej rosną w klasach ludowych uznających suwerenność za warunek sprawiedliwości społecznej. Filisterscy aspiranci do klasy średniej mają dużo większe problemy ze zrozumieniem współczesnego świata, odmawiając zauważenia rzeczywistości i trwając w iluzjach.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 17-18 (29.04-3.05.2026)

Idź do oryginalnego materiału