Pięć lat temu agorowa „wojna na górze” między zarządem a naczelnymi wzbudziła spore zainteresowanie w mediach. Jej zakończenie przeszło niemalże bez echa. No ale od tego są niszowe blogaski, żeby pisały o niszowych tematach.
Temat wymaga krótkiego wprowadzenia, w wielu komentarzach widziałem bowiem niezrozumienie jak funkcjonuje Agora i czym się różni od typowej spółki giełdowej. Widziałem też ogromne oczy zdumionych znajomych, gdy im to tłumaczyłem w okolicznościach towarzyskich.
Spółka medialna tym się różni od typowego startupa, iż założycielom zwykle zależy na stworzeniu systemowego zabezpieczenia przez wrogim przejęciem przez władzę i/lub kapitał. W Agorze to się udało: za rządów PiS niektórzy snuli marzenia o przejęciu przez spółki skarbu państwa, osobliwie Ziemkiewicz się podniecał tą wizją. Jak to z prawicą bywa (a osobliwie z Ziemkiewiczem), nie przeczytali publicznie dostępnych dokumentów i nie wiedzieli, iż to niemożliwe.
Za najlepszy mechanizm zabezpieczeń uważa się powszechnie Scott Trust. Założył go w 1936 roku John Russell Scott, wydawca Guardiana, który zainwestował nadwyżki w fundusz udzielający się w biznesach po to, żeby Guardian nie musiał być biznesem. Nie grozi mu nie tylko wrogie przejęcie, ale choćby pokusa obniżania poziomu w pościgu za klikalnością.
W Agorze, cytując Rapaczyńską z wywiadu z 1999, zastosowano „odpowiednik trustu”. W tych słowach była zapowiedź przyszłych kłopotów: „odpowiednik” to niebezpieczne słowo gdy mowa o finansach. Czy zainwestowalibyście w odpowiednik obligacji, z odpowiednikiem gwarancji odpowiednika zysku?
Odpowiednikiem jest spółka Agora Holding, dzierżąca pakiet kontrolny Agory SA. Ma uprzywilejowane akcje zwane żargonowo „złotymi”. W praktyce bez zgody Holdingu nie da się zmienić zarządu choćby jeżeli ktoś inny skupi 51% akcji.
On jest z kolei zabezpieczony przed przejęciem tak, iż nie jest to spółka publiczna. Udziałów w niej nie można kupić ani odziedziczyć. Gdy ktoś odchodzi, jego udziały są umarzane i następnego członka się kooptuje. To ekskluzywny klub, do którego wejść można tylko na zaproszenie.
Początkowo holding tworzyli wyłącznie założyciele „Gazety Wyborczej”. Później, gdy na czele Agory SA pojawili się fachowcy z zewnątrz, tradycyjnie jednym z pięciorga udziałowców był prezes. Od dekady jest to Bartosz Hojka. Do grudnia 2025 w holdingu towarzyszyli mu, w kolejności alfabetycznej, Blumsztajn, Łuczywo, Piegdoń i Rapaczyńska, sami gazeciarze.
Hojka wprawdzie niemal całą karierę zrobił w Agorze, ale w pionie radiowym. Niedawno odniósł sukces w postaci przejęcia Radia Zet, co pisowscy regulatorzy blokowali na zasadzie „robienia Agorze na złość za bycie Agorą”. Można domniemywać, iż Radio Zet będzie jego oczkiem w głowie.
Od grudnia skład Holdingu to, znów alfabetycznie: Wojciech Bartkowiak (GW), Bartosz Hojka (R), Sławomir Jędrzejewski (AMS), Dominika Wielowieyska (GW), Maciej Strzelecki (R). W nawiasie oznaczyłem piony awansu.
Ludzie „Gazety Wyborczej” po raz pierwszy znaleźli się w mniejszości. Wprawdzie jest ich tyle samo co ludzi radia, ale jednym z radiowców jest prezes, czyli w holdingu niejako primus inter pares.
W cytowanym wywiadzie Niemczycki mówił „musimy więc koncentrować się na tym, co jest najważniejsze. A to jest 'Gazeta’, 'Gazeta’, 'Gazeta’”. Kto by wtedy pomyślał iż tak gwałtownie się z tego zrobi „radio, radio”!
Coś tu założycielom nie pykło. Gdy się przyjrzeć Guardianowi, rzuca się w oczy różnica. Guardian Media Group i Scott Trust Limited to odrębne podmioty. Jeden należy do drugiego, ale umożliwia to klarowny podział ról: STL ma się dokładać do GMG, nie odwrotnie.
Taki podział niedawno wyłonił się ze wspomnianej „wojny na górze”. Wyborcza to teraz odrębna spółka (należąca do Agory). Obawiam się jednak, iż to nie będzie deal w stylu Guardiana, tylko raczej „teraz musicie sobie radzić sami”. prawdopodobnie dlatego ostatnim akordem było zwolnienie zbiorowe, w którym poleciała m.in. redakcja dwumiesięcznika „Książki”.
Sympatykom „Gazety Wyborczej” (do których przez cały czas się zaliczam), jedno zostaje na osłodę. Wojna sprzed 5 lat toczyła się o zachowanie niezależności, której istotnym elementem jest niezwalnialność naczelnych. W portalu nie ma odpowiednika: tam nie ma naczelnych, tam są „menadżerowie kątętu”.
A raczej byli, bo stamtąd wyleciało już chyba całe kierownictwo. W zarządzie Agory od lutego nie ma nikogo, kto awansował po pionie portalowym. To tylko kremlinologia, ale to miało znaczenie, gdy jakaś frakcja znikała z politbiura.
Wygląda na to, iż to nie jest „scalenie redakcji”, tylko przejęcie przez „Gazetę Wyborczą”. Sygnalizowali to odchodzący z portalu gwiazdorzy, którzy w nowym rozdaniu mieli stracić ten status, jak polscy magnaci po rozbiorach.
Melancholijnie zauważę, iż tak powinno być od początku. Wydawca „Gazety Wyborczej” jako odrębny podmiot plus portal jako jego część, a nie jakaś dysfunkcjonalna wewnętrzna konkurencja, z odrębnym kierownictwem i własną polityką. „Gazetę” czeka teraz odkręcanie błędów ludzi, których już dawno nie ma w Agorze. Odfrunęli na złotych spadochronach.
Frazes „cała branża ma kłopoty” jest tu nie na miejscu. Ma kłopoty, ale nie aż takie. Niektórzy choćby przez cały czas mają korektę (np. tygodnik, z którym mam zaszczyt współpracować). Błędne decyzje sprzed dekad wprowadziły „Gazetę” w spiralę, która wykończyła wiele mediów na świecie. Cięcia sprawiają, iż coraz mniej treści za które warto płacić. Ubywa więc płacących klientów, co wymusza kolejne cięcia – i tak dalej.
Czy nowemu kierownictwu uda się z tego wyjść? Trzymam kciuki. Cóż nam innego zostało…

1 dzień temu









