Rosja skierowała na wojnę około 60–80 ze 130–140 Su-34, początkowo używając ich do zrzutu klasycznych bomb nad linią frontu. Po ciężkich stratach wycofała załogi poza zasięg części obrony i postawiła na bomby szybujące UMPK. Dla Ukrainy oznacza to masowy ostrzał z dystansu, a dla Polski cenną lekcję obrony powietrznej.
Od lotów nad frontem do ataków z dystansu
Su-34 miał być rosyjskim narzędziem do głębokich uderzeń taktycznych. Na początku pełnoskalowej wojny samoloty tego typu atakowały Kijów, Charków i Donbas, startując między innymi z Łunińca na Białorusi oraz baz w Buturlinowce, Woroneżu i Morozowsku. Według danych przytoczonych przez Defence24 z całej floty liczącej około 130–140 maszyn do działań skierowano początkowo 60–80 egzemplarzy. Używały głównie klasycznych bomb, co zmuszało załogi do zbliżania się do ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.
Cena tej taktyki okazała się wysoka. Brytyjski ośrodek Royal United Services Institute ocenił, iż od lutego 2022 roku Rosja straciła lub miała poważnie uszkodzonych niemal 40 samolotów Su-34. Moskwa ograniczyła więc głębokie loty załogowych maszyn nad obszarem kontrolowanym przez Ukrainę. Ciężar uderzeń przesunięto na broń odpaloną lub zrzucaną z bezpieczniejszej odległości.
UMPK zmieniły rolę rosyjskiego bombowca
Najważniejszą odpowiedzią rosyjskiego przemysłu nie była budowa zupełnie nowego samolotu. Było nią masowa adaptacja posiadanych bomb lotniczych przez wyposażenie ich w moduły UMPK, łączące skrzydła i naprowadzanie. Su-34 może dzięki temu zrzucać ciężki ładunek bez wchodzenia bezpośrednio nad cel. Celność i zasięg zależą od wersji zestawu oraz warunków użycia, ale sama zasada radykalnie ogranicza ryzyko dla załogi.
W praktyce powstał system nacisku oparty na liczbie. Tania bomba z dołączonym modułem nie dorównuje najbardziej zaawansowanej zachodniej amunicji, ale Rosja może stosować ją masowo przeciw pozycjom, zabudowie i zapleczu wojskowemu. To pokazuje, iż przemysł państwa prowadzącego długą wojnę szuka rozwiązań wystarczająco dobrych i możliwych do seryjnego wytwarzania. Sama przewaga technologiczna przeciwnika nie wystarczy, jeżeli zabraknie środków do zwalczania nosicieli i amunicji.
Produkcja wyrównała ubytki floty
Straty Su-34 nie doprowadziły do załamania rosyjskiego lotnictwa uderzeniowego. Według szacunków RUSI Zjednoczona Korporacja Lotnicza dostarczyła osiem nowych maszyn w 2022 roku, jedenaście w 2023 roku, od dwunastu do czternastu w 2024 roku oraz dziewięć do momentu sporządzenia zestawienia w 2025 roku. Łączna produkcja zdołała więc przewyższyć ubytki bojowe oszacowane przez analityków.
Nie znaczy to, iż rachunek jest dla Rosji bezbolesny. Płatowce wykonują intensywne loty, załogi i personel techniczny pracują pod dużą presją, a ukraińskie uderzenia na bazy zmuszają lotnictwo do rozpraszania sprzętu. Rosja jednak utrzymała zdolność do odbudowy floty. Eskalacja rosyjskich działań nie może być zatem mierzona wyłącznie liczbą potwierdzonych zestrzeleń. Liczy się tempo dostaw, remontów i szkolenia nowych załóg.
Polska musi wyciągnąć własne wnioski
Dla Polski stawka jest konkretna. Potrzebujemy warstwowej obrony powietrznej, dużych zapasów pocisków oraz środków do zwalczania bomb szybujących i ich nosicieli. Równie ważna jest ochrona lotnisk, magazynów i zakładów przemysłowych przed dronami oraz rakietami. Gotowość państwa na rosyjską presję wymaga produkcji i logistyki, nie samych deklaracji z konferencji prasowych.
Historia Su-34 obala wygodne przekonanie, iż same straty gwałtownie odbiorą Rosji zdolność prowadzenia wojny. Przeciwnik zmienił taktykę, uprościł część rozwiązań i podtrzymał produkcję. Polska musi patrzeć na ten proces bez złudzeń. Suwerenność obronna zaczyna się w fabryce, magazynie i na dobrze chronionym lotnisku.
Źródła: Defence24, Royal United Services Institute.
Źródło: Defence24













