Prezydent Finlandii Alexander Stubb 30 sierpnia uznał ostrzeżenia o możliwym ataku Rosji na NATO do 2029 roku za niepoparte dowodami. Jednocześnie wezwał Sojusz do gotowości na najgorszy scenariusz i dalszego wspierania Ukrainy. Dla Polski oznacza to jedno: bez paniki, ale także bez oszczędzania na odstraszaniu.
Prognoza bez dowodów, zagrożenie pozostaje
Alexander Stubb nie wierzy, by Rosja chciała zaatakować NATO, które określił jako najpotężniejszy sojusz wojskowy świata. Pytany o ostrzeżenia płynące z Berlina, według których Moskwa może być zdolna do uderzenia na terytorium Sojuszu do 2029 roku, odpowiedział, iż nie widzi dowodów ani faktów potwierdzających taki kalendarz.
Prezydent Finlandii nie ogłosił jednak powrotu do spokojnych czasów. W wypowiedzi opisanej 30 sierpnia przez Interię podkreślił, iż trzeba przygotowywać się na najgorsze właśnie po to, by temu zapobiec. Wskazał na konwencjonalny, rakietowy i jądrowy potencjał odstraszania NATO. Jego zdaniem testowanie determinacji Sojuszu nie miałoby sensu dla żadnego mocarstwa.
To trzeźwa korekta polityki opartej na medialnych datach granicznych. Nikt nie zna dnia ani roku ewentualnej rosyjskiej prowokacji. Państwa wschodniej flanki muszą więc budować zdolności obronne niezależnie od tego, czy w publicznej debacie pada rok 2029, 2030 czy jakikolwiek inny termin.
Rosja związana wojną na Ukrainie
Stubb ocenił, iż rosyjskie straty na Ukrainie są zbyt duże, aby Moskwa mogła łatwo otworzyć drugi front przeciw NATO. Nie spodziewa się jednak szybkiego końca wojny wywołanego samymi stratami wojskowymi i problemami gospodarczymi. Przestrzegł: „Nigdy nie należy lekceważyć zdolności Rosjan do przetrwania trudnych czasów gospodarczych”.
W tym punkcie fiński realizm zasługuje na uwagę. Rosja wielokrotnie podporządkowywała gospodarkę celom wojennym i przerzucała koszty imperialnej polityki na własne społeczeństwo. Samo pogorszenie wskaźników ekonomicznych nie jest gwarancją pokoju. Gwarancję daje zdolność do obrony i przekonanie Kremla, iż agresja będzie zbyt kosztowna.
Finlandia pokazuje, iż takie podejście musi mieć materialne podstawy. Helsinki zwiększa własne zdolności i przekazuje Ukrainie znaczną część produkowanych dronów. Polska powinna patrzeć na ten model bez kompleksów: kraj graniczący z Rosją nie zastępuje armii komunikatem prasowym i nie uzależnia bezpieczeństwa od jednej prognozy.
Wsparcie Ukrainy leży w interesie Polski
Stubb ponowił apel o utrzymywanie kontaktów z rosyjskim rządem. Dyplomacja jest narzędziem, nie nagrodą za dobre zachowanie. Rozmowa z przeciwnikiem może służyć rozpoznaniu jego zamiarów i ograniczaniu ryzyka, ale nie może prowadzić do ustępstw ponad głowami państw najbardziej zagrożonych rosyjskim imperializmem.
Fiński prezydent postawił przy tym sprawę Ukrainy jasno: „Jeśli Ukraina przegra, przegramy i my”. Dalsze wsparcie Kijowa uznał za podstawę europejskiego bezpieczeństwa. To nie jest sentymentalizm. Ukraińska armia wiąże dziś rosyjskie siły, które w innym układzie mogłyby zwiększać presję na państwa NATO.
Dzień wcześniej Donald Tusk, powołując się na rozmowę z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem, ostrzegał przed możliwością rosyjskiej prowokacji wobec któregoś z członków Sojuszu. Premier mówił o rozstrzygającym półroczu i potrzebie gotowości Polski. Różnica w tonie między Warszawą a Helsinkami nie zmienia wspólnego wniosku: odstraszanie działa wtedy, gdy stoi za nim siła, zapasy, infrastruktura i polityczna wola obrony.
Dla Polaków stawką są bezpieczeństwo granic i rozsądne wykorzystanie pieniędzy przeznaczanych na obronność. Alarmizm bez dowodów rodzi zmęczenie społeczne. Uspokajanie bez zbrojeń byłoby jeszcze groźniejsze. Polska potrzebuje chłodnej oceny rosyjskich możliwości, własnego przemysłu obronnego i sojuszy opartych na realnych zdolnościach.
Źródło: Interia Wydarzenia
Źródło: Interia Wydarzenia











