Jedna osoba została ranna w sobotę wieczorem w strzelaninie na placu w Saint-Gilles w Brukseli. Według doniesień AFP, przywołanych przez Interię, śledczy wiążą sprawę z porachunkami wokół handlu narkotykami. Tego samego dnia wcześniej ostrzelano komisariat w Anderlechcie. To sygnał, iż przestępczość zorganizowana coraz śmielej sprawdza granice państwa.
Strzały na placu w Saint-Gilles
Do strzelaniny doszło w sobotę wieczorem na placu w Saint-Gilles, jednej z brukselskich gmin. Jak podaje Interia, powołując się na AFP, jedna osoba została ranna, a wstępny trop prowadzi do porachunków związanych z handlem narkotykami. To nie jest egzotyczna kronika kryminalna z dalekiego świata. To stolica Belgii, siedziba instytucji unijnych, miasto przedstawiane przez liberalne elity jako wizytówka europejskiej nowoczesności.
Policja i prokuratura będą ustalać szczegóły, sprawców i dokładny motyw. Fakt podstawowy już jednak wystarcza do poważnej rozmowy: jeżeli broń palna pojawia się na ulicach dużego europejskiego miasta w kontekście narkobiznesu, to zwykły obywatel płaci cenę za lata miękkiej polityki bezpieczeństwa. Państwo, które traci kontrolę nad dzielnicami, najpierw traci autorytet. Potem ludzie tracą poczucie bezpieczeństwa.
Komisariat pod ostrzałem
Tło sobotnich wydarzeń pozostało poważniejsze. Według AFP, cytowanej przez szwajcarski serwis Blick, w nocy z piątku na sobotę ostrzelano komisariat policji w Anderlechcie. Dwaj zamaskowani napastnicy mieli użyć broni automatycznej. Nikt nie został ranny, ale na fasadzie budynku widoczne były ślady pocisków. Belgijski minister spraw wewnętrznych Bernard Quintin określił atak jako niedopuszczalny i zapowiedział twardą walkę z przestępczością zorganizowaną oraz handlem narkotykami.
To był atak nie tylko na mur komisariatu. To był komunikat wysłany państwu: jesteśmy gotowi strzelać choćby do policji. W dobrze działającej republice taka sytuacja powinna uruchomić alarm na najwyższym poziomie. Nie wystarczą konferencje i zapewnienia. Potrzebne są zatrzymania, wyroki, konfiskata majątków, zamykanie kanałów przerzutu i polityczna zgoda, iż bezpieczeństwo obywateli stoi wyżej niż ideologiczne zaklęcia o resocjalizacji bez realnej kontroli.
Europejska stolica i realny rachunek
Bruksela od lat walczy z problemem narkotykowych gangów, a belgijskie media regularnie opisują strzelaniny, pościgi i wojny o terytorium. W tym sensie sobotni incydent nie spadł z nieba. Jest częścią szerszego kryzysu wielkich miast Europy Zachodniej, gdzie handel narkotykami, przemoc uliczna i słabość instytucji tworzą mieszankę groźną dla zwykłych mieszkańców.
Dla Polski wniosek jest prosty. Bezpieczeństwo nie bierze się z dobrych intencji ani z unijnych seminariów. Bierze się z granic, sprawnej policji, sądów, które nie traktują brutalnej przestępczości jak drobnego wybryku, oraz z polityki migracyjnej i miejskiej podporządkowanej interesowi obywateli. Właśnie dlatego polska debata o granicach, przestępczości i kontroli państwa nie może być zawstydzana etykietkami. To nie jest obsesja prawicy. To jest obowiązek każdego państwa.
Lekcja dla Polski
Belgia ma własne problemy i własną odpowiedzialność. Polska nie powinna udawać, iż nas to nie dotyczy. Każdy taki przypadek w Europie Zachodniej pokazuje, dokąd prowadzi tolerowanie stref półlegalności, słaba egzekucja prawa i polityczne odwracanie wzroku od skutków narkobiznesu. o ile państwo ma być poważne, musi być silniejsze od gangów, a nie bardziej cierpliwe od własnych obywateli.
Polacy mają prawo oczekiwać twardej polityki bezpieczeństwa. Mają prawo pytać, czy importowane z Zachodu recepty nie prowadzą do tych samych problemów, które dziś oglądamy w Brukseli. Suwerenność zaczyna się od rzeczy bardzo praktycznej: od tego, czy rodzina może spokojnie przejść ulicą, a policjant nie staje się celem gangsterskiego ostrzału.
Źródło: Interia, AFP, Blick
Źródło: Interia Wydarzenia













