Wielu ludzi zastanawia się, skąd bierze się tak wysokie poparcie, na jakie mogą w tej chwili liczyć Konfederacja i partia, której przewodzi Grzegorz Braun – ugrupowania skrajne i nie oferujące żadnych przełomowych, pozytywnych wizji rozwoju Polski. Odpowiem: z poczucia dobrobytu. Brzmi absurdalnie? Niekoniecznie i postaram się to wytłumaczyć.
Konfederacja, Grzegorz Braun i paradoks subiektywnego bogactwa
Otóż jeszcze nigdy w historii tak wielu Polaków nie było zadowolonych ze swojego życia. CBOS prowadzi systematyczne, comiesięczne badania i z najnowszych wynika, iż w czerwcu aż 89 procent z nas było usatysfakcjonowanych swoją sytuacją materialną. W tym 40 procent oceniło ją jako bardzo dobrą!
Ten wskaźnik zadowolenia z poziomu życia rósł od miesięcy, ale obecny jest rekordowy. I to nie tylko w Polsce. W Europie tylko Finowie oceniają swoje życie równie wysoko.
Nie ulega wątpliwości, iż ogólnie – bo przecież nie wszystkim – żyje się nam coraz lepiej. Oczywiście, nasz poziom zamożności nie dorównuje jeszcze temu w Finlandii, Belgii czy Irlandii.
Ale my tu oceniamy subiektywnie, z perspektywy swojego życia oraz życia naszych rodziców i dziadków. I tu nie ma porównania, zmiana na lepsze jest ewidentna, choćby przy wszystkich ułomnościach sfery usług społecznych.
Dlaczego pesymizm wygrywa z pełnym portfelem?
Tak więc w sytuacji, kiedy 89 proc. Polaków deklaruje stabilność finansową, brak strachu przed biedą i możliwość zaspokajania codziennych potrzeb, wydawałoby się, iż przez różowe okulary będziemy też patrzeć na przyszłość kraju. Ale tak nie jest, bo blisko połowa rodaków ocenia, iż sprawy w Polsce zmierzają w złym kierunku. Ten pesymizm jest nielogiczny? Wcale nie. I tu na scenę wchodzą Konfederacja i Grzegorz Braun.
Poczucie dostatku i zadowolenia z tego względnego bogactwa rodzi u wielu uczucie strachu – iż mogą to stracić. Nie z własnej winy, ale z powodu niestabilności politycznej w kraju, zapiekłych kłótni i sporów nie rokujących na rozwiązanie, co może przełożyć się na gospodarkę i skończyć kryzysem.
Ale największy strach związany jest z toczącą się po sąsiedzku wojną. Dziś media, zwłaszcza społecznościowe, jaskrawo pokazują jej skutki: śmierć, zniszczone domy, firmy i miliony uciekinierów, którzy w jednej chwili stracili dorobek życia. Ludzie to widzą i wielu boi się, iż ta wojna rozleje się na nas. Z podobnymi skutkami, co w Ukrainie.
Konfederacja, Grzegorz Braun i błędy mainstreamu
W ten strach weszły Konfederacja i Braun ze swoją narracją, iż nie pozwolą wciągnąć Polski do tej wojny – choć nikt tego nie robi. Że nie należy pomagać Ukrainie, bo to prowokuje Rosję. A najlepiej, żeby ona wygrała tę wojnę, bo wtedy znów wróci spokój.
To już jest niemądre, bo właśnie w takim przypadku realna groźba rosyjskiego ataku na Polskę niewspółmiernie by wzrosła. Ale to nie pierwszy przypadek, kiedy strach wygrywa z racjonalną oceną sytuacji. Napędzając poparcie populistom.
Rzeczywistość wygląda tak, iż póki Ukraina się broni i, mam nadzieję, ostatecznie się obroni, to wojna nam nie grozi. A jeżeli za naszą wschodnią granicą umilkną strzały, spadnie też strach i skoryguje w dół poparcie dla Konfederacji i Brauna.
Tymczasem nie należy im pomagać, a mam wrażenie, iż niektórzy politycy mainstremu to czynią, w sposób nierozważny, nieproporcjonalny i sensacyjny przedstawiając potencjalne zagrożenie ze strony Kremla. Trzeba być na nie przygotowanym, ale niepotrzebne sianie strachu nie ma sensu, bo to właśnie jest jednym z głównych celów Putina.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

1 godzina temu













