Stanisław Michalkiewicz: Za parawanem nieudolności
Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło. Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.
Na pozór wyglądało to tak, iż prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swyrydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, iż Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, iż na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów.
Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje. Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie realizowane są uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii już niczemu się nie sprzeciwiają.
No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.
Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, iż tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”.
Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, iż „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze? Musimy przy tym pamiętać, iż Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, iż „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą.
„My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego.
Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, iż uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa.
To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, iż obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać. A jak nie doczeka, to co z ni będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści.
Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, iż nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie. Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, iż leczenie przyniosło rezultaty i iż taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji.
Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, iż na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka. Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić.
Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.
I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, iż aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.
Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jolanty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę choćby z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, iż o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy. A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.
Polecamy również: Dewiant planował masakrę w katolickiej szkole

6 godzin temu










