Sprzedawcy iluzji. Kowalski i mit „zdradzonej suwerenności”

2 godzin temu
Zdjęcie: Kowalski


Wystąpienie Janusza Kowalskiego w Sejmie po głosowaniu w Parlamencie Europejskim było jednym z tych momentów, w których polityka PiS osiąga swoją czystą, nieskrępowaną formę: krzyk zamiast argumentów, histeria zamiast analizy i narodowa tromtadracja zamiast elementarnej wiedzy o mechanizmach Unii Europejskiej. „Te 24 nazwiska to lista hańby” – grzmiał poseł PiS, odczytując nazwiska europosłów KO, Lewicy, Polski 2050 i PSL, którzy zagłosowali przeciwko wotum nieufności wobec Ursuli von der Leyen. A potem już tylko było gorzej.

Kowalski zarzucił swoim politycznym przeciwnikom, iż są „Unijczykami polskiego pochodzenia”, którzy „zapomnieli, czym jest interes państwa polskiego”. Według niego zdradzili „rolników, hutników, polski przemysł i miliony polskich rodzin”. Brzmi poważnie. Problem polega na tym, iż to klasyczny przykład pisowskiej propagandy: emocjonalnej, uproszczonej i całkowicie oderwanej od realiów. W głosowaniu nie chodziło bowiem o żaden konkretny „pakt migracyjny” czy „Mercosur”, ale o polityczny spektakl prawicy, której realnym celem było osłabienie Komisji Europejskiej jako takiej.

Wotum nieufności wobec von der Leyen poparli europosłowie PiS i Konfederacji. Przegrało ono jednak druzgocąco: 390 głosów przeciw, 165 za, 10 wstrzymujących się. Innymi słowy – inicjatywa okazała się marginalna, oderwana od głównego nurtu europejskiej polityki i popierana głównie przez partie eurosceptyczne oraz skrajną prawicę. To właśnie w tym gronie PiS dziś lokuje Polskę. I to jest prawdziwa „lista hańby”, o której Kowalski nie wspomniał.

Retoryka posła PiS brzmi jak kalką z najgorszych lat rządów tej partii. „Jedziecie do Brukseli i głosujecie za niemieckimi rozwiązaniami, a nie za obroną polskiego rolnictwa, przemysłu, gospodarki” – mówił. To stary, wyświechtany schemat: Bruksela jako obcy ośrodek władzy, Niemcy jako ukryty hegemon, a PiS jako jedyny obrońca „prawdziwej suwerenności”. Tyle iż w praktyce to właśnie PiS przez osiem lat systematycznie osłabiał pozycję Polski w Unii, prowadząc politykę konfliktu, obrażania partnerów i demonstracyjnego łamania zasad praworządności.

Kowalski twierdzi, iż europosłowie koalicji „sprzedają polskie interesy w Brukseli”. Tymczasem to PiS przez własne decyzje doprowadził do zamrożenia miliardów euro z KPO, do spadku wiarygodności Polski jako partnera oraz do sytuacji, w której Warszawa przez lata była izolowana w kluczowych debatach. To PiS zamienił „suwerenność” w polityczne alibi dla niekompetencji. A dziś jego politycy udają zdziwienie, iż Europa nie chce traktować ich poważnie.

Warto też zwrócić uwagę na osobę samego Kowalskiego – jednego z najbardziej agresywnych i ideologicznie radykalnych polityków PiS. Jego sejmowe wystąpienia od lat przypominają bardziej internetowe komentarze niż parlamentarną debatę. Oskarżenia o zdradę, sprzedajność i działanie na rzecz obcych interesów to stały element jego repertuaru. W tym sensie Kowalski nie jest wyjątkiem, ale symptomem: PiS coraz bardziej przypomina partię protestu, niezdolną do funkcjonowania w normalnym, instytucjonalnym świecie polityki.

Europosłowie KO, Lewicy, Polski 2050 i PSL zagłosowali przeciwko wotum nieufności nie dlatego, iż „kochają von der Leyen”, ale dlatego, iż rozumieją, czym jest stabilność instytucji europejskich. Komisja Europejska nie jest klubem sympatyków, ale kluczowym organem wykonawczym Unii. Jej paraliżowanie w imię wewnętrznych rozgrywek ideologicznych uderza bezpośrednio w interesy państw członkowskich – także Polski.

PiS tego nie rozumie albo nie chce rozumieć. Łatwiej krzyczeć o „zdradzie” niż przyznać, iż świat nie wygląda już jak w partyjnych ulotkach. Łatwiej stworzyć „listę hańby” niż spojrzeć w lustro i zapytać, dlaczego to właśnie PiS dziś siedzi w jednym politycznym rzędzie z eurosceptykami i skrajną prawicą. Kowalski krzyczał o sprzedawczykach. W rzeczywistości to PiS od dawna sprzedaje Polakom iluzję suwerenności, w zamian oferując realną marginalizację.

Idź do oryginalnego materiału