Spinki, pot i protokół, czyli… Nawrocki na urodzinach Trumpa

7 godzin temu

Urodziny, dodajmy, zorganizowane z rozmachem godnym Las Vegas, tylko iż zamiast neonów – Biały Dom, a zamiast tortu – gala MMA, czyli mordobicie w klatce. Donald Tusk niczym troskliwy trener rzucił ostrzeżenie, które brzmi jak rada przed walką: – Życzę powodzenia panu prezydentowi w tej wyprawie amerykańskiej, po czym dodał: – Mam nadzieję, że… nie da się tam zaciągnąć do klatki. Wiemy, iż lubi boks, ale lepiej nie ryzykować. Wiadomo, jak niektóre walki się kończą. Marek Siwiec podsumował bez ogródek: – To będzie mordobicie. Krew się ma lać. Czy to jeszcze dyplomacja, czy już sport kontaktowy? Z kolei Radosław Sikorski, niczym złośliwy komentator sportowy siedzący przy mikrofonie, postanowił podkręcić atmosferę ankietą: czy prezydent ma „upomnieć się o Ziobrę”, czy „prosić o azyl dla Ziobry”.

Ale wróćmy do bohatera tej podróży. Nawrocki nie poleciał przecież z pustymi rękami. Prezent musi być – bo jak mówi niepisany protokół dyplomatyczny: lepiej przywieźć coś małego i błyszczącego niż wielkie i puste obietnice. W tym przypadku wybór padł na złote spinki do mankietów z onyksem wykonane w Gdańsku. Onyks ma ponoć neutralizować negatywną energię i redukować stres. Trudno o bardziej symboliczny gadżet na imprezę, gdzie w tle ktoś właśnie próbuje kogoś znokautować. Dodatkowo nasz prezydent wręczy amerykańskiemu prezydentowi ważącą ponad 120 kg marmurową tablicę, która zostanie umieszczona na planowanym łuku triumfalnym w Arlington. Będzie wspominać dwa nazwiska – ważne zarówno dla Polski, jak i USA – Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki.

– Popatrzmy na to jako na pewnego rodzaju wyróżnienie Polski, iż akurat nasz prezydent jest na urodziny zapraszany i to świadczy o bardzo dobrych relacjach osobistych – mówił tymczasem Marcin Przydacz. Trudno się nie zgodzić. W końcu nie każdego zaprasza się na 80. urodziny. To nie jest byle parapetówka, gdzie wpada się z rośliną doniczkową i wychodzi po sałatce jarzynowej. Tu trzeba mieć relacje. Tu trzeba mieć historię. Tu trzeba wiedzieć, kiedy klasnąć przy „Happy Birthday”, a kiedy przejść do rozmów o NATO. Bo – jak podkreśla Przydacz – nie samym tortem żyje dyplomacja: To jest wizyta robocza głowy państwa w Stanach Zjednoczonych. Na linię ognia Przydacza trafił oczywiście minister spraw zagranicznych. – Ewidentnie piecze jakaś złośliwość wewnętrzna pana Radosława Sikorskiego. I poszedł dalej, wchodząc na poziom dyplomacji upominkowej: – Ja zaproponowałem panu ministrowi Sikorskiemu, iż mogę mu coś przywieźć z Waszyngtonu (…) jakąś pamiątkę, nie wiem, mały Biały Dom, taki breloczek.

Idź do oryginalnego materiału