31 sierpnia powinien być świętem wolnych ludzi. Tych, którzy pamiętają, iż w 1980 roku nie chodziło o partyjne legitymacje, stanowiska i polityczne patronaty. Chodziło o prawo człowieka do powiedzenia władzy: nie. Na opolskim Skwerze Solidarności wciąż spotykają się ludzie, którzy właśnie tak rozumieją ten dzień. Jest ich jednak coraz mniej. Za to coraz więcej sztandarów.
To miejsce wymyślił Roman Kirstein – legendarny opolski działacz „Solidarności”, człowiek, dla którego pamięć o Sierpniu nie była dekoracją na akademię. To na jego wezwanie Wolni Ludzie z Opola zaczęli spotykać się tutaj dwa razy w roku: 13 grudnia, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, i 31 sierpnia, w rocznicę Porozumień Sierpniowych.
Roman odszedł, ale jego wezwanie pozostało. Przychodzi jego rodzina – żona, dzieci, wnuki. Przychodzą ludzie, którzy pamiętają, po co ten skwer powstał i co miał znaczyć.
Od kilku lat coraz mocniej widać jednak, iż te uroczystości zawłaszcza dzisiejsza NSZZ „Solidarność”. Są sztandary, związkowi działacze, oficjalna oprawa. I są obok nich ludzie, którzy nie przyszli tutaj dla związku zawodowego w jego obecnym wydaniu. Przyszli dla Romana Kirsteina, dla własnej pamięci i dla tamtej Solidarności – pisanej może choćby bardziej małą literą, bo oznaczającej zwyczajną solidarność między ludźmi.
Ten podział widać gołym okiem.
I pozostało jedna rzecz, której nie sposób przemilczeć. Podczas tych uroczystości ze strony dzisiejszej „Solidarności” można usłyszeć wiele słów o historii. Tylko jakoś nie słychać nazwiska Lecha Wałęsy. Można Wałęsy nie lubić. Można spierać się o jego późniejsze decyzje, politykę, charakter i życiorys. Ale opowiadać historię Sierpnia 1980 roku bez nazwiska przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i późniejszego pierwszego przewodniczącego NSZZ „Solidarność” to tak, jakby próbować poprawiać historię gumką do mazania. Organizacja, która nie potrafi wymówić nazwiska jednego z najważniejszych ludzi własnej historii, wystawia świadectwo przede wszystkim sobie.
A przecież „Solidarność” była kiedyś czymś znacznie większym niż związek zawodowy. Była światowym symbolem oporu wobec komunizmu, fenomenem społecznym, który pokazał, iż robotnik, profesor, ksiądz, student i artysta mogą przez chwilę mówić jednym głosem. Była jednym z motorów zmian, które doprowadziły Polskę do 1989 roku.
Dzisiaj trudno nie patrzeć na tę nazwę z goryczą.
Przez osiem lat rządów PiS „Solidarność” zadziwiająco rzadko dostrzegała powody do jakiegokolwiek społecznego protestu. Gdy protestowali inni, związek częściej stawał po stronie politycznej władzy niż ludzi wychodzących na ulicę. Symbolem tamtego czasu pozostaną czapki, którymi przewodniczący solidarności chciał przykryć protestujących przeciwko łamani Konstytucji, złodziejstwu władzy i niszczeniu praworzadności. Bo dzisiejsza „Solidarność” od dawna nie jest już tamtą Solidarnością. Związała się politycznie z prawicą, a w szczególności z obozem Jarosława Kaczyńskiego. I zapłaciła za to czymś znacznie cenniejszym niż liczba członków: utratą wiarygodności jako organizacja zdolna stanąć przeciw każdej władzy, gdy ta władza krzywdzi ludzi. Do tego dochodzi skostnienie struktur. Te same twarze, te same funkcje, ci sami działacze przez kolejne lata. Związek, który zrodził się z buntu przeciwko zabetonowanemu systemowi, sam coraz bardziej przypomina strukturę, w której stanowisko staje się sposobem na życie. Bez dopływu nowych ludzi, bez rzeczywistej konkurencji i bez świeżej myśli pozostaje administrowanie własną przeszłością. Bez wyborów.
Dlatego tak ważne były słowa marszałka województwa opolskiego Szymona Ogłazy. Nie o związku zawodowym. O społeczeństwie.
– 31 sierpnia przypomina, jak wielką siłę ma społeczeństwo, kiedy potrafi mówić wspólnym głosem i wspólnie dążyć do wolności. Porozumienia Sierpniowe rozpoczęły proces, który po latach doprowadził do przełomu 1989 roku i głębokich przemian ustrojowych w Polsce – mówił Ogłaza.
I dodał rzecz najważniejszą, bo odnoszącą się już nie do historii, ale do każdej współczesnej władzy:
– Nikt, kto pochodzi z wyboru, nie ma prawa lekceważyć społeczeństwa i nie słuchać tego, co ono mówi. Nikt, kto rządzi, nie rządzi we własnym imieniu. Każda władza pochodzi od narodu.
To jest chyba najlepszy sens obchodzenia 31 sierpnia. Nie oddawanie czci sztandarom, organizacjom ani aktualnym politycznym sojuszom. Przypominanie władzy – każdej władzy – iż jest wynajęta przez obywateli, a nie odwrotnie. Na Skwerze Solidarności znów więc stanęły obok siebie dwie grupy. Związkowi funkcjonariusze ze sztandarami oraz ludzie, którzy przychodzą tutaj od lat, bo kiedyś poprosił ich o to Roman Kirstejn. Tych drugich jest coraz mniej. I może właśnie dlatego warto przychodzić. Bo sztandar można przejąć. Nazwę można zawłaszczyć. Historię można próbować przepisać, choćby wykreślając z niej Wałęsę. Ale pamięci wolnych ludzi nie da się zadekretować.
I ona jest dziś na tym skwerze najważniejsza.
Fot. Kapitan












