Tadeusz Baranowski – autor komiksów, ilustrator i grafik – nie żyje. O śmierci artysty poinformował w mediach społecznościowych Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Twórca odszedł w wieku 81 lat.
Razem gapiliśmy się przez teleskop w gwiazdy, rozmawialiśmy o pomyśle utworzenia w Olbrachtówku centrum polskiego komiksu, podglądałem jego pracę przy kolejnych komiksach i obrazach do malowania których właśnie wracał, siedzieliśmy w ogrodzie z Anią śmiejąc się ze wszystkiego lub popijając w kuchni kawę…
Dzieci w całej Polsce poznały Tadeusza dzięki jego komiksom, które zaczął tworzyć pracując w
„Świecie Młodych”. Co historyjka, to niezwykła postać. adekwatnie każda:
Profesorek Nerwosolek, Entymologia Motylkowska, Orient Men czy
Bąbelek i Kudłaczek – mają coś z niego samego.

– Bąbelek i Kudłaczek, którzy są podróżnikami, odzwierciedlają moje zainteresowania – przyznawał Tadeusz. – Wędrują po pustyni, rozmawiają z potworem z Loch Ness, przemierzają Afrykę, rozwiązują zagadki Dzikiego Zachodu. To są rzeczy bardzo mi bliskie, bo też i drzemią we mnie różne fascynacje. Na przykład, zachwycam się astronomią, co o tyle dziwne, iż z matematyką już u mnie gorzej. Kiedyś interesowałem się chemią, ale zauroczenie minęło, gdy musiałem wyprowadzać jakieś zagadkowe równania. Biologią oraz zoologią byłem oczarowany również. prawdopodobnie gdybym nie był plastykiem, to zupełnie spokojnie mógłbym zostać weterynarzem. Pociąga mnie również archeologia, podobnie jak i wszystkie inne tajemnicze rzeczy.
Mniej zorientowanym spieszę z wyjaśnieniem, iż jeden z najbardziej znanych bohaterów Tadeusza Nerwosolek jest postacią naukowca, co prawda troszeczkę zdziwaczałego, ale mającego na swoim sumieniu wiele odkryć mniej lub bardziej udanych. Ma też grzywę niczym lew oraz długą, zapuszczona brodę, jak to naukowiec. Nosi biały kitel, a w kieszeni ołówek. W sumie niezbyt rozgarnięty.
– Profesorek Nerwosolek – mówił Tadeusz – co tu ukrywać, jest moim lustrzanym odbiciem. Może pewnych spraw nie przeprowadził do końca, ale – na szczęście – ma do pomocy gospodynię, która wiele rzeczy za niego załatwia: karmi, poi, sprowadza na ziemię. Tak samo jest u mnie w domu. Rysując całymi latami komiksy, nie miałem, i do dziś nie mam, zbyt wiele czasu w inne obowiązki. Pomaga mi żona Ania, znana jako Entymologia Motylkowska.
Jak się poznali? Cóż, nie poszły jej egzaminy na medycynę. Przez fizykę.
– No i zostałam na lodzie – wspomina Ania.
Właściwie nie potrafi powiedzieć dlaczego zdawała na medycynę, skoro zawsze pociągała ją psychologia. Dlatego od razu po ogłoszeniu niezbyt dla niej miłych wyników naboru przysiadła fałdów i zaczęła przygotowywać się do egzaminów wstępnych za rok. Ale jej tata, harcmistrz Polski Ludowej, który pracował w Komendzie Głównej ZHP, zadecydował: – Jest wolne miejsce gońca w „Świecie Młodych”. Czekając na jakąś kopertę, będziesz miała czas na naukę. No i zarobisz własne pieniądze. I tak w roku 1974, jako 18-letnia dziewczyna, przyszła do redakcji.
– Pamiętam doskonale, jak Jurek Majka oprowadzał mnie po pokojach na Mokotowskiej 24 – wspomina. – Piąte piętro, ciasna winda. Pokazał redakcję, a na koniec posadził w sekretariacie. Tam też utknęłam.
Utknęła. To fakt. ale na krótko. Ponieważ była osobą otwartą, a przy tym należała do ekstrawertyków, więc gwałtownie nawiązała kontakty z dziennikarzami. Szczególnie zaprzyjaźniła się z Działem Listów. Pomagała dziewczynom otwierać wory z tysiącami kopert, które codziennie napływały do redakcji.
– Nie powiem, z ochotą – dodaje. – To może zaczęłabyś robić wstępną selekcję? – zaproponowała Ania Grzybowiecka, szefowa działu. – No wiesz… trzeba je dzielić na te, na które my odpowiadamy, na które odpowiada kierownictwo, a które mają trafić do dziennikarzy.
Roboty huk. Dziewczyny całymi dniami odpisywały na listy, a problemów w nich poruszanych było bez liku: do jakiej pójść szkoły, jak zdobyć dziewczynę, co zrobić, gdy chłopak mnie zostawił? Dzieciaki opisywały problemy szkolne i rodzinne, poruszały tematy naukowe, pytały o sprawy dojrzewania i zwykłe relacje między rówieśnikami.
– By pomóc koleżankom, sama zaczęłam na niektóre odpowiadać. Smarowałam sążniste elaboraty, co sprawiało mi wielką przyjemność. Jej akcje szły w górę… – A może byś coś napisała? – zaproponowała Ania numer dwa, czyli Grzybowiecka. – No, to siadałam i pisałam. Chyba nieźle, skoro stwierdzili, iż trzymanie mnie na etacie gońca jest bez sensu. Przenieśli ją więc do Działu Listów. Jednak po miesiącu Jurek Majka, Staszek Borowiecki i Ewa Kłosiewicz doszli do kolejnego wniosku: Dział Listów to dla Ani za mało! – Tym razem wylądowałam w Dziale Szkolno¬ Harcerskim, trafiając pod skrzydła Ewy Kłosiewicz.
Ania lekko się uśmiecha: – Tadek zaglądał czasami do mojego działu. Zupełnie nie zwracałam na niego uwagi, bo przecież był dla mnie panem o jedenaście lat starszym, a ja wciąż chodziłam w białych skarpetkach i czarnych bucikach. Odkąd pamiętam żegnał się z życiem: – Wiesz, ja taki stary jestem… – mówił. A miał zaledwie 35 lat. Do tego wyglądał na osiemnaście. Dawałam odpór, tym bardziej iż jego małżeństwo było w rozsypce, o czym doskonale wiedziałam. Łaził za mną jednak konsekwentnie, aż pewnego dnia zaproponował, byśmy poszli na Plac Zbawiciela do sympatycznej knajpki „Corso”: – Zapraszam ciebie na mały aperitif z wisienką.
Tak też zaczęła się ich bliższa znajomość i powoli, powoli… A później nie było już odwrotu. Co ujęło Anię w Tadziu?
– Zawsze mnie rozśmieszał – odpowiada. – Jego poczucie humoru było bardzo bliskie mojemu. Dystans, jaki miał do siebie i świata, okraszony dużą nutką autoironii, rozbraja mnie nieustająco. No, i uroda, a przy tym jego niesamowita kreatywność. Lecz, dla równowagi, cały czas miałam z tyłu głowy: – Boże, on jest tyle ode mnie starszy… – Chociaż na naszym ślubie ciocia spytała moją mamę: – Jadziu, czy Ania nie wzięła sobie za młodego?
– Czy osiągnąłem sukces? – zastanawiał się Tadek. – Niektórzy tak mówią, choć sam jestem bardzo krytycznie nastawiony do tego, co robię. Gdy czasami przeczytam na FB, iż „taka genialna rzecz jest w tym komiksie”, to ja, kurde bemol, lecę do szafki, otwieram ten komiks i szukam co tam też jest takiego genialnego? Ale czasami, ku własnemu zdziwieniu, potrafię przyznać: „no faktycznie, inteligentny ten dowcip”. Wydania komiksów Tadeusza osiągały wówczas gigantyczne nakłady, sięgające najczęściej stu tysięcy egzemplarzy.
Znaliśmy się wiele lat. Wczoraj dowiedziałem się, iż Tadek odszedł. Ta wiadomość walnęła mnie jak obuchem w głowę. Tym wpisem żegnam się z Przyjacielem, choć zawsze będzie ze mną, bo kiedyś stał się częścią mego życia.
Sławomir Malinowski
