6 listopada 2026 r. Sejm przyjął rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających (druk 3003) stosunkiem głosów 240 do 202, przy jednym wstrzymującym się. Koalicja rządząca (KO, Lewica, PSL-TD, Polska 2050, Razem i większość Centrum) przeforsowała przepisy, które oficjalnie mają służyć wdrażaniu unijnej dyrektywy 2024/1226 dotyczącej karania za łamanie sankcji oraz uporządkowaniu krajowego systemu sankcji. W praktyce jednak otwierają one drogę do administracyjnego niszczenia ludzi i firm decyzją ministra, zanim jakikolwiek sąd zdąży się wypowiedzieć.
Projekt tworzy stałą krajową listę sankcyjną prowadzoną przez szefa MSWiA. Obok klasycznych przesłanek (wspieranie państw objętych sankcjami, łamanie praw człowieka) pojawia się nowa kategoria: osoby i podmioty „bezpośrednio lub pośrednio wspierające obcą ingerencję i manipulację w środowisku informacyjnym” wymierzoną w bezpieczeństwo narodowe, nienaruszalność granic, interesy i pozycję międzynarodową Polski.
Wpis na listę oznacza natychmiastowe zamrożenie środków finansowych i zasobów gospodarczych, zakaz udostępniania funduszy, wykluczenie z zamówień publicznych, a w przypadku cudzoziemców – uznanie pobytu za niepożądany. Decyzja działa z mocy ustawy. Skarga do sądu administracyjnego nie wstrzymuje skutków automatycznie. Minister może ponadto ograniczyć uzasadnienie ze względu na bezpieczeństwo państwa lub porządek publiczny.
Przewidziano także kary administracyjne do 20 mln zł oraz odpowiedzialność karną sięgającą choćby 12 lat więzienia za poważne naruszenia. Istnieje możliwość ustanowienia tymczasowego zarządu przymusowego nad przedsiębiorstwem choćby na 36 miesięcy – z opcją zbycia aktywów lub przejęcia ich na rzecz Skarbu Państwa.
W toku prac komisji doprecyzowano definicję „ingerencji i manipulacji”: ma to być celowe, systematyczne, skoordynowane i nieautentyczne zachowanie w domenie informacyjnej, ukierunkowane na istotny wpływ na opinię odbiorców i stwarzające ryzyko rzeczywistego, poważnego zagrożenia. Dodano też zapis chroniący działalność dziennikarską, publicystyczną i ujawnianie informacji w interesie publicznym – chyba iż stanowi ona świadomą i rzeczywistą działalność objętą definicją. Krytycy podkreślają jednak, iż pojęcia „pośredniego wspierania”, „nieautentycznego zachowania” czy „interesów i pozycji międzynarodowej” pozostają na tyle szerokie, iż w warunkach sporu politycznego każda ostrzejsza krytyka polityki zagranicznej, migracyjnej czy energetycznej może zostać podciągnięta pod nową przesłankę.
Z punktu widzenia obrońcy wolności osobistych i państwa prawa najważniejszy problem nie leży w samym istnieniu sankcji wobec rzeczywistych agentów wpływu Rosji czy Białorusi. Leży on w odwróceniu fundamentalnej kolejności: najpierw administracyjna egzekucja, potem ewentualna kontrola sądowa.
Własność i dostęp do własnych pieniędzy przestają być chronione zasadą, iż ingerencja wymaga uprzedniego orzeczenia niezawisłego sądu. Zamiast tego wystarczy decyzja urzędnika politycznego. choćby jeżeli sąd ostatecznie uchyli wpis, firma może już nie istnieć, a człowiek – stracić środki do życia. To nie jest teoretyczne ryzyko. To mechanizm, który działa natychmiast i nieodwracalnie w krótkim horyzoncie.
Równie groźna jest funkcja mrożąca wobec życia publicznego. Gdy „pośrednie wspieranie obcej manipulacji” może oznaczać publikowanie treści krytycznych wobec rządu, mediów niezależnych czy organizacji obywatelskich, sam strach przed wpisem na listę staje się narzędziem autocenzury. Nie trzeba zamykać redakcji – wystarczy sprawić, iż banki, kontrahenci i reklamodawcy odwrócą się od niej w ciągu godzin. Debata publiczna, która z definicji jest sporem o interesy i pozycję międzynarodową państwa, zostaje podporządkowana uznaniowej ocenie władzy wykonawczej.
Przeciwnicy – zarówno z PiS, jak i z Konfederacji – mówili o tym wprost. Poseł Konrad Berkowicz nazwał ustawę „bolszewicką” i wezwał prezydenta Karola Nawrockiego do weta. Krzysztof Bosak pytał, kto i na jakiej podstawie ma oceniać, co jest manipulacją. choćby część ekspertów i instytucji (m.in. Związek Banków Polskich) zwracała uwagę na nadmierną szerokość pojęć.
Ustawa trafi teraz do Senatu, a następnie na biurko prezydenta. To ostatni realny moment, w którym można zatrzymać przepisy, które – pod hasłem walki z dezinformacją i sankcjami – oddają władzy narzędzie do finansowego i reputacyjnego unicestwiania przeciwników bez wyroku. W państwie prawa własność i wolność słowa nie mogą zależeć od tego, czy urzędnik uzna czyjąś wypowiedź za „nieautentyczną” i „pośrednio wspierającą”. jeżeli ten mechanizm wejdzie w życie, granica między ochroną bezpieczeństwa a represją polityczną stanie się kwestią politycznej woli, a nie prawa.









![Wypłaty ZUS w listopadzie 2026. Część emerytur, rent i 800+ przyjdzie wcześniej [KALENDARZ]](https://warszawawpigulce.pl/wp-content/uploads/2026/02/Starszy-senior-komputer.webp)





