Mateusz Morawiecki znów wystąpił w roli strażnika cudzych sukcesów. Tym razem – jak to u niego bywa – z charakterystyczną pewnością siebie i selektywną pamięcią. Powodem do polemiki stał się nowy prom Jantar Unity, który właśnie zacumował w Szczecinie i niedługo rozpocznie regularne rejsy ze Świnoujścia do szwedzkiego Trelleborga i Ystad. Premier Donald Tusk pochwalił się jednostką w nagraniu wideo, podkreślając jej nowoczesność i fakt, iż została zbudowana w Polsce. Były szef rządu natychmiast odpowiedział.
„Dwa lata, a wy dalej chwalicie się inwestycjami z czasów mojego rządu, o ile jakimś cudem ich jeszcze nie opóźniliście lub nie wylądowały w koszu” – napisał Morawiecki. W dalszej części dodał jeszcze kąśliwie: „A jak idzie budowa 3 promu, to prawda iż go skasowaliście?”.
Problem polega na tym, iż w tej polemice role zostały odwrócone. To nie Tusk przypisuje sobie cudze zasługi, ale Morawiecki próbuje dopisać się do sukcesu, który w kluczowym momencie został doprowadzony do końca przez obecny rząd. Jantar Unity jest bowiem symbolem nie tylko sprawności polskiego przemysłu stoczniowego, ale także konsekwencji inwestycyjnej – cechy, której rząd Zjednoczonej Prawicy często brakowało.
Program PiS „Batory”, którym dziś chwali się były premier, zakładał budowę trzech nowoczesnych promów za około 1,3 mld zł. Ambitnie, efektownie – i jak się później okazało, zupełnie nierealnie. Już po zmianie władzy wyszło na jaw, iż sama budowa i wyposażenie jednego Jantar Unity przekroczy 1 mld zł. Zamiast trzech jednostek w rozsądnej cenie, państwo otrzymało jeden bardzo drogi prom i długą listę pytań o realne koszty oraz wcześniejsze decyzje.
Morawiecki chętnie opowiada o „inwestycjach z czasów mojego rządu”, ale przemilcza fakt, iż wiele z nich było projektami na papierze, z niedoszacowanymi budżetami i politycznym marketingiem zamiast twardej kalkulacji. Jantar Unity jest tu modelowym przykładem: projekt rozpoczęty za PiS, ale w realnym sensie uratowany i sfinalizowany już po przejęciu władzy przez ekipę Donalda Tuska.
Sam obecny premier nie ukrywa, iż chce ten sukces pokazać wyborcom. „I cóż, iż do Szwecji. Nowy prom Jantar Unity popłynie ze Świnoujścia do szwedzkiego Trelleborga i Ystad. 400 pasażerów na pokładzie, długość dwóch boisk piłkarskich, bezpiecznie i komfortowo, a do tego zbudowany w Polsce” – mówi Tusk. To nie tylko reklama rządu, ale także sygnał, iż państwowe inwestycje mogą być doprowadzane do końca, a nie jedynie ogłaszane na konferencjach prasowych.
Morawiecki natomiast zdaje się funkcjonować w świecie, w którym rozpoczęcie inwestycji automatycznie oznacza jej zakończenie. Logika jest prosta: jeżeli pomysł pojawił się za PiS, to sukces musi należeć do PiS – niezależnie od kosztów, opóźnień i koniecznych korekt. To wygodne, ale mało uczciwe.
Rzeczywistość jest bardziej złożona. Bez decyzji nowego rządu, bez dodatkowych środków i bez uporządkowania finansowania Jantar Unity mógłby dziś pozostać kolejnym niedokończonym symbolem „wstawania z kolan”. Tymczasem prom stoi w porcie, gotowy do służby, a nie w folderze promocyjnym.
Spór o Jantar Unity pokazuje coś więcej niż tylko polityczną kłótnię. Ujawnia różnicę między rządzeniem opartym na komunikacie a rządzeniem opartym na efekcie. Morawiecki wciąż mówi o wielkich planach, które „już były”. Tusk pokazuje coś, co „już jest”.
I właśnie dlatego tak łatwo zauważyć, iż były premier, wbrew faktom, próbuje przypisać sobie zasługę za inwestycję, którą w decydującym momencie doprowadził do końca ktoś inny. W polskiej polityce to nic nowego – ale rzadko bywa tak widoczne, jak w przypadku promu, który naprawdę wypłynął.

3 godzin temu













