Sabotażyści straszą wojną z Rosją i idą na wojnę z USA

54 minut temu

Równo za dwa tygodnie, 3 listopada 2026 roku odbędą się w USA tak zwane wybory połówkowe. Polska nazwa wyborów wywodzi się z angielskiego terminu „midterm elections” i oznacza tyle, iż wybory realizowane są dokładnie w połowie czteroletniej kadencji prezydenta Stanów Zjednoczonych. 3 listopada Amerykanie wybiorą wszystkich 435 członków Izby Reprezentantów, 33 ze 100 senatorów Senatu USA, a także 36 z 50 gubernatorów. Sondaże dla urzędującego prezydenta Donalda Trumpa są fatalne, ponad 70 proc. Amerykanów nie popiera jego polityki, nieco lepiej wygląda pozycja Partii Republikańskiej, ale i tak traci do Demokratów ponad 10 proc.

Kto chociaż raz widział jakąkolwiek kampanię wyborczą, ten doskonale wie, iż w tym czasie politycy dosłownie wszystko podporządkowują kampanii, łącznie z polityką zagraniczną. Główny przekaz zawsze jest kierowany do wyborców i nie ma takiego kosztu, którego politycy nie zapłacą, żeby uzyskać jak najlepszy wynik w wyborach. Język kampanii jest zaostrzony i przerysowany, a składane przez polityków obietnice i deklaracje szybują ponad wszystkie poziomu, także poziom absurdu. W związku z tym i jeszcze wieloma innymi czynnikami, na to co politycy mówią w gorącym okresie kampanijnym trzeba nałożyć nie jeden, ale kilka filtrów naraz i dopiero wówczas można adekwatnie odczytać ich rzeczywiste intencje. Dokładnie tak należało zrobić po słowach jakie wypowiedział szef Pentagonu Pete Hegseth podczas przemówienia na Uniwersytecie Tennessee w Knoxville:

Byłem kapitanem w Afganistanie i jeździliśmy do kwatery głównej w Kabulu, gdzie było 50 flag. To był piękny widok: 50 różnych państw wspierających sojusz NATO i misję ISAF. Oprócz tego wkład w działania miało może pięć z nich. Pod koniec misji zaledwie jedno lub dwa państwa faktycznie uczestniczyły w działaniach bojowych. Żartowaliśmy nawet, iż naszywka ISAF (International Security Assistance Force – Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie) oznaczała “Widziałem Walczących Amerykanów (I Saw Americans Fighting)”.

Na kameralnym wiecu wyborczym w dalekim Knoxville, padły słowa, które były skierowane do Amerykanów i miały pokazać wyjątkowość tego kraju oraz narodu, co jest amerykańską normą. Nie ma w tej wypowiedzi żadnego odniesienia do polskich żołnierzy biorących udział w „misji pokojowej” i nie wiadomo też, czy w tych pięciu wyróżnionych krajach nie było właśnie Polski. Naturalnie sama wypowiedź jest buńczuczna i „typowo amerykańska”, ale jeżeli w ogóle miała nastąpić jakaś reakcja ze strony polskiej, to na pewno nie na taka jak nastąpiła. Najpierw oburzył się minister MSZ Radosław Sikorski, potem jeszcze mniej mądrze wypowiedział się Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, na końcu w swoim „stylu” głos zabrał premier Donald Tusk. Wszyscy skupili się na atakowaniu Peta Hegsetha, ale USA, pośrednio prezydenta Donalda Trumpa i prezydenta Karola Nawrockiego.

Najwyżsi przedstawiciele koalicji rządzącej, którzy doskonale rozumieją skąd się wzięła taka wypowiedź Peta Hegsetha i czemu ona ma służyć, postanowili rozdmuchać sprawę do absurdalnych rozmiarów, bo uznali, iż to doskonały pretekst do ataku na znienawidzonego polskiego i amerykańskiego prezydenta. Dzieje się to wszystko w bardzo konkretnym czasie. Parę dni temu Donald Tusk ponownie postraszył Polaków wojną z Rosją, a od paru tygodni realizowane są intensywne rozmowy z USA dotyczące stacjonowania i rozbudowy amerykańskich baz wojskowych na terenie Polski. Powiedzieć, iż działania premiera, ministra i marszałka, to nieodpowiedzialna polityczna amatorka, to nic nie powiedzieć. Od dłuższego czasu wielu komentatorów twierdzi, iż Donald Tusk celowo sabotuje rozmowy z USA i tak naprawdę nie chce, żeby w Polsce powstały amerykańskie bazy. Patrząc na zachowania Tuska i reszty koalicjantów trudno tę hipotezę potraktować jak teorię spiskową, bo to raczej przypomina sabotaż.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału