Oba wcielenia Rusi: kijowska i moskiewska, współistnieją jako typy idealne, chronologicznie bowiem się rozmijają. Ruś Moskiewska znajdowała się w zaczynie, gdy w XIII wieku Ruś Kijowska, istniejąca już tylko jako zsieciowanie udzielnych księstw we władzy rozkrzewionego klanu Rurykowiczów, ginęła pod kopytami Mongołów i Tatarów.
„Moskwa wyrosła i wychowała się w straszliwej i ohydnej szkole mongolskiej niewoli” – pisał, a jakże, Karl Marx. „Nabrała sił jedynie przez to, iż stała się wirtuozem w sztuce niewolnictwa. choćby wyzwoliwszy się, Moskwa odgrywała swą tradycyjną rolę niewolnika, który stał się panem”. Skądinąd księstwo moskiewskie posadowiło się na najmniej cywilizowanych peryferiach ekumeny rusko-kijowskiej. Czy w wojnie, którą w lutym 2022 roku rozpętała Federacja Rosyjska na Ukrainie, starli się ze sobą w walce na śmierć i życie „Rusini” (Rutheni), pobratymcy etniczni i religijni (jako prawosławni)? Czyżby to była wojna domowa? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie.
Żeby rozstrzygnąć powyższy problem, trzeba dokonać pogłębionego rozpoznania, czym jest naród. Kategoria narodu pojawiła się wraz z rewolucjami mieszczańskimi w Stanach Zjednoczonych i Francji pod koniec XVIII wieku. W Ameryce uwypuklono wieloetniczny charakter nowoczesnego narodu – skądinąd u zarania USA debatowano, czy np. nie uczynić niemieckiego drugim, obok angielskiego, językiem urzędowym. Francuska rewolucja z kolei ostatecznie utwierdziła dialekt północny, którym posługiwano się w Paryżu i na dworze królewskim, jako język urzędowy. Ten zaś scalał milionowe masy ludzkie, na co dzień posługujące się innymi językami lub gwarami, we wspólnotę narodową. Ale bodaj czy nie ważniejszym spoiwem narodowym stała się umowa społeczna, która zawiązała naród polityczny i obywatelski (czyli nie plemienny) w kształcie państwowości demokratycznej. Umowa taka przyjmowała postać konstytucji: amerykańskiej z 1789 roku i francuskiej z 1791 roku.
Wedle powyższych kryteriów obecna wojna na Ukrainie może przypominać – poniekąd – amerykańską wojnę rewolucyjną przeciw Wielkiej Brytanii. Prawdą jest, iż proces polityczny na Ukrainie uwidacznia więcej cech demokratycznych niż analogiczny proces w Rosji. Dzisiaj Rosja wyraźnie czerpie ze schedy imperialnej agresywności, która przyobleka się w kolejną fazę „zbierania ziem ruskich”. Z kolei spójność etniczna Ukrainy, która sprzyja nowoczesnemu narodotwórstwu, pozytywnie odbiega od narodowościowego miszmaszu w Federacji Rosyjskiej, choć Rosjanie w niej stanowią większość.
Ludność FR upodabnia się dziś do populacji imperialnych poddanych, jak za czasów czy to imperium sowieckiego, czy też wcześniejszego carskiego. Ale czy ludność Ukrainy stanowi nowoczesny naród, który się gładko wkomponował we współczesne państwo ukraińskie? Z państwem tym nie utożsamia się wschodnia, rosyjskojęzyczna w swej przewadze i dogłębnie zsowietyzowana część Ukrainy. Wybitny rosyjski pisarz (i polonofil), Wiktor Jerofiejew, zakwalifikował zbrojnych separatystów z Doniecka i Ługańska jako spadkobierców wdrażającego ongiś komunizm miasta Czewengur z dystopii Andreja Płatonowa (1928 roku). Z kolei zachód Ukrainy zadżumia banderyzm. Obie te części Ukrainy kontrastują poprzez biegunowo odmienne znaki tożsamościowe, choć w praktyce nader upodobniają się prymitywizmem i brutalnością. Swego czasu Samuel Huntington uznał Ukrainę za „kraj kulturowo rozszczepiony”, który błąka się na „rozdrożu cywilizacyjnym”.
Na Ukrainie toczy się tedy osobliwa wojna domowa między jej wschodem a zachodem. Konflikty tego typu od dawna już przeżerają kulturowo ekumenę poradziecką, na straży której stoi Rosja Władimira Putina, opłakująca Związek Sowiecki. A rzeczoną ekumenę aktywuje zsieciowanie klanów oligarchicznych z ich transsowieckimi powiązaniami polityczno-gospodarczymi, poważnie rzutującymi na politykę niepodległych de nomine państw poradzieckich. Ową ekumenę trzyma w ryzach także poradziecki zasięg rosyjskiej TV. Państwom, które wyłoniły się z ZSRS, szczególnie trudno formować własną tożsamość narodową, bowiem z ich szpargałów etnicznej autoekspresji przez dekady usypywano kopiec imperium sowieckiego. Ukraina zbrojnie usiłuje się wywikłać z formalnych zależności od post-sowietyzmu, przynależąc zarazem do niego na mocy powyższych powiązań. Stąd archetypy rzekomej samostijnosti (niezawisłości) Ukrainy, które choćby jeżeli nominalnie nie są sowieckie, to w praktyce przyjmują kształty poradzieckie, jak choćby forsowany z komsomolskim impetem banderowski nacjonalizm. Trzeba pamiętać, iż dwaj sowieccy przywódcy: Nikita Chruszczow i Leonid Breżniew, choć zruszczeni, wywodzili się z Ukrainy i dołożyli starań, żeby ją zgłęboszować sowietyzacyjnie. I dziś od ukraińskiego oligarchatu na milę jedzie post-sowietyzmem. Tak, ukraińskojęzyczni walczą z rosyjskojęzycznymi, choć obie zbiorowości nurzały się przez dziesięciolecia w tej samym odczynniku sowietyzacyjnym i on w nich się wżarł.
Wojna rosyjsko-ukraińska coraz bardziej przypomina pozycyjno-okopową I wojnę światową na Zachodzie (im Westen nichts Neues). Ale w tym „nic nowego na froncie” ukraińsko-rosyjskim kryją się ogromne ryzyka. Najbardziej apokaliptyczne z nich to użycie przez Rosję broni nuklearnej. A zarazem warto rejestrować nadaktywność polityczną Kijowa w odniesieniu do świata zachodniego w imię pozyskiwania odeń kolejnych transz wsparcia materialnego i politycznego. I to, iż czynniki kijowskie dufnie obwieszczają, iż Ukraina ma najsilniejszą armię w Europie. Polska zaś jawi się Kijowowi, w jego działaniach wobec Zachodu, jako punkt przesiadki, jako zaplecze dla miliona ukraińskich uchodźców, wśród których nie brakuje Ukraińców spełniających nakaz patriotyczny względem Ukrainy w formie czynów przestępczych na terenie Polski. Służy też jako zajazd dla kureniów złożonych z historyków ukraińskich, którzy usiłują wybrązować UPA i usprawiedliwić rzeź wołyńską 1943 roku.
I w tym momencie warto dokonać równania dziejowych współzależności historycznych między Polską a Ukrainą. Korona polska pod rządami Jagiellonów została obarczona obowiązkiem przekierowania znaczącej puli własnych zasobów materialnych, demograficznych i kulturowych na wschód, na Kresy, żeby je rekultywować cywilizacyjnie po dewastacji wskutek najazdów mongolsko-tatarskich. Jednak tamtejsza ludność ruska, obrobiona bizantynizmem, co następnie zbrutalizował duch ordyński, boczyła się na polskość i warcholiła. Zresztą pierwiastek polski, w miarę grzęźnięcia w żywiołach kresowych, coraz bardziej się eurazjatyzował, odsuwał od Europy. Łacińska z ducha Korona, obejmując po unii lubelskiej Ukrainę we władanie, niejako spoufaliła się z ukraińskim eurazjatyzmem. Pisał Michał Tyszkiewicz o ówczesnych tarciach polsko-ukraińskich: „Obie strony podlegały wzajemnym i wzajemnie się neutralizującym wpływom rasowym i kulturalnym. Ziemianin czy pan ruski był etnograficznie tym samym kozakiem; a kolonista szlachcic, nie tylko chłop, kozaczał z czasem. (…) Wybujały na bogatej glebie ukraińskiej wyrobił się ów typ sarmacki, ani polski, ani ruski, raczej turecki, gdyż bez wątpienia wschodni i dziki”.
A jak na powyższym tle wyróżnia się historyczna współzależność Polski i Rosji. Oba kraje od XV wieku zmagały się między sobą o prymat w Europie Wschodniej (Eurazji Przedniej, w rozumieniu kulturowym), ze zmiennym szczęściem, ewidentnie jednak od XVIII wieku faworyzującym Rosję. Wojska polskie okupowały Moskwę przez niespełna dwa lata, z kolei wskutek rozbiorów Rosja włączyła do swego imperium pokaźny szmat ziem polskich, włącznie z Warszawą. Na przyjęciu wydanym w grudniu 1941 roku na Kremlu w cześć premiera Władysława Sikorskiego Josif Stalin uwypuklał fakt, iż i Polska, i Rosja wzajem się najeżdżały i okupowały swe miasta stołeczne (na co ambasador Stanisław Kot zareagował sarkastycznie: „ale czemu Rosjanie aż tak długo bawili w Warszawie?”). Stalin dawał do zrozumienia, iż Polskę i Rosję mogą łączyć relacje partnerskie. Bez mała 70 lat później, w 2009 roku, Władimir Putin w „Gazecie Wyborczej” opublikował tekst o stosunkach między Rosją a Polską jako „dwoma wielkimi narodami europejskimi”. Rosja od ponad pięciu stuleci uważa Polskę za trudnego przeciwnika, który w sukurs może ściągnąć przeciw Rosji inne narody europejskie. Jednak pojednawszy się z Rosją na gruncie uzgodnionej pospołu historii stosunków wzajemnych oraz mając perspektywę ambitnej współpracy gospodarczej z nią, Polska poczuje pod stopami mocny grunt. A wtedy jej wyobraźnia geostrategiczna – pod warunkiem, iż nie będzie korzystać z podpowiedzi szarlatanów od geopolityki, którzy ostatnio się namnożyli w Polsce – wyprowadzi ją (z poparciem Niemiec i innych bliskich sąsiadów) na dziejową prostą. Finiszowanie na niej nadawać będzie Rzeczpospolitej znamiona mocarstwowe.
prof. Jarosław Bratkiewicz
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)








