Rozliczenia zamiast bezkarności. Żurek trafia w sedno

1 dzień temu
Zdjęcie: Żurek


W polskiej polityce słowo „rozliczenia” przez lata było odmieniane przez wszystkie przypadki, ale rzadko kiedy miało realną treść. Dlatego wpis ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemara Żurka, w którym ogłosił, iż „rozliczenia zła są faktem”, wywołał tak gwałtowne reakcje po prawej stronie sceny politycznej. Nie chodzi bowiem o sam ton wypowiedzi, ale o to, iż po raz pierwszy od dawna za słowami idą konkretne liczby, nazwane sprawy i realne postępowania.

„Rozliczenia zła są faktem i prowadzą kolejne osoby przed oblicze sądu” – napisał Żurek, wyliczając akty oskarżenia, zarzuty i wyroki w sprawach, które przez lata były zamiatane pod dywan. Afera wizowa, Fundusz Sprawiedliwości, RARS, Pegasus, Collegium Humanum – ta lista nie jest publicystycznym skrótem myślowym, ale katalogiem spraw, w których państwo wreszcie zaczęło działać jak państwo, a nie jak partyjny parasol ochronny.

Reakcja obozu Prawo i Sprawiedliwość była przewidywalna. Pojawiły się zarzuty o „polityczne zlecenie”, o „prokuraturę wykorzystywaną przeciw opozycji”. Mecenas Bartosz Lewandowski przypomniał, iż „przedstawienie zarzutów nie świadczy o winie czy sprawstwie”, sugerując analogię do czasów Adama Bodnara. To formalnie prawda – zarzuty nie są wyrokiem. Ale ten argument, powtarzany jak mantra, pomija sedno problemu: przez osiem lat rządów PiS zarzuty wobec „swoich” często nie pojawiały się wcale, bo prokuratura była sparaliżowana politycznymi zależnościami.

Żurek nie twierdzi, iż każdy oskarżony jest winny. Podkreśla coś innego: „Immunitet przestał być tarczą. Stanowisko czy przynależność partyjna nie chronią. Nazwisko nie ma znaczenia”. To zdanie brzmi banalnie tylko wtedy, gdy zapomnimy, jak wyglądała praktyka państwa pod rządami PiS. Wtedy immunitet bywał polisą ubezpieczeniową, a lojalność partyjna – skuteczniejszą ochroną niż najlepszy adwokat.

Warto też zwrócić uwagę na moment, w którym Żurek opublikował swój wpis. Media donosiły o napięciach w rządzie i rzekomym „dyscyplinowaniu” ministra przez premiera. Zamiast defensywnej reakcji dostaliśmy polityczny komunikat: resort sprawiedliwości nie zamierza zwalniać tempa. To sygnał nie tylko do wyborców, ale też do aparatu państwa – prokuratura ma robić swoje, choćby jeżeli wywołuje to nerwowe reakcje opozycji.

Krytycy Żurka mówią o „emocjonalnym stylu”. Owszem, minister nie pisze językiem suchych komunikatów urzędowych. Ale może właśnie dlatego jego przekaz jest czytelny. Gdy wylicza: „29 oskarżonych, 82 podejrzanych, 403 zarzuty” w sprawie Collegium Humanum, nie uprawia propagandy, ale pokazuje skalę zjawiska, które przez lata było tolerowane. Gdy mówi o „szpiegostwie, sabotażu i dywersji”, przypomina, iż państwo nie jest abstrakcją, ale systemem bezpieczeństwa, który ktoś realnie naruszał.

PiS próbuje dziś sprowadzić całą sprawę do tezy o „politycznej zemście”. To wygodne, bo pozwala uniknąć odpowiedzi na pytanie zasadnicze: dlaczego tyle afer kumuluje się właśnie wokół ludzi związanych z poprzednią władzą? Dlaczego dopiero po zmianie rządu prokuratura zaczęła działać z taką intensywnością? Odpowiedź jest prosta i dla PiS niewygodna – bo wcześniej nie mogła.

Żurek nie jest sędzią historii, ale jest symbolem zmiany paradygmatu. Z paradygmatu bezkarności na paradygmat odpowiedzialności. To nie „rozliczanie zła” w sensie moralnej krucjaty, ale przywracanie elementarnej zasady państwa prawa: nikt nie stoi ponad nim. I właśnie dlatego reakcje PiS są tak nerwowe. Bo tym razem nie chodzi o narrację, ale o akta, zarzuty i sale sądowe. A tam polityczne slogany działają znacznie słabiej.

Idź do oryginalnego materiału