Rumuńskie ministerstwo obrony poinformowało o kolejnym naruszeniu przestrzeni powietrznej przez dron lecący w stronę Ukrainy. Według Bankier.pl i agencji Agerpres był to czwarty podobny incydent z rzędu, a wcześniej rumuńskie F-16 zestrzeliwały bezzałogowce. To nie jest odległy problem. To sygnał dla całej wschodniej flanki NATO, w tym Polski.
Kolejny incydent nad Rumunią
Bankier.pl, powołując się na rumuńskie ministerstwo obrony i agencję Agerpres, podał, iż dron kierujący się w stronę Ukrainy na krótko naruszył przestrzeń powietrzną Rumunii. Według relacji był to czwarty dzień z rzędu, w którym odnotowano podobny incydent.
Wcześniej rumuńskie F-16 zestrzeliwały drony nad obszarami lub wodami terytorialnymi kraju. AP informowała o zestrzeleniu podejrzanego rosyjskiego drona nad rejonem Sulina-Chilia oraz o narastającym wzorcu naruszeń związanych z rosyjską wojną przeciw Ukrainie.
NATO musi patrzeć na fakty
Rumunia jest państwem NATO. Każdy taki incydent oznacza, iż wojna nie kończy się na granicy Ukrainy. Rosyjskie działania testują czujność sojuszu, procedury obrony powietrznej i gotowość polityków do decyzji trudniejszych niż komunikaty.
Polska zna ten problem z własnego doświadczenia. Wschodnia flanka nie potrzebuje uspokajających formułek. Potrzebuje radarów, obrony przeciwlotniczej, dronów, amunicji i jasnych zasad reagowania na naruszenia przestrzeni.
Stawka dla Polski
Rosja rozumie siłę. Gdy widzi zwłokę, sprawdza kolejną granicę. Gdy widzi zdecydowaną odpowiedź, kalkuluje koszt. Dlatego reakcja Rumunii ma znaczenie dla Warszawy, Wilna i całego regionu.
Polskie bezpieczeństwo nie może opierać się na nadziei, iż dron spadnie gdzie indziej. Musimy budować własną obronę warstwową i wymagać od NATO realnej obecności na wschodzie. Suwerenność bez zdolności obrony jest tylko deklaracją.
Źródło: Bankier.pl






