To rządy Jarosława Kaczyńskiego były okresem, w którym Kreml mógł z satysfakcją obserwować chaos, izolację i systematyczne osłabianie pozycji Polski w Europie. jeżeli ktoś miałby dziś powód do dumy z polskiej polityki ostatniej dekady, to nie w Berlinie, ale w Moskwie.
Wbrew propagandzie, realne decyzje rządu PiS przez lata nie doprowadziły do trwałego uniezależnienia Polski od rosyjskich wpływów energetycznych w skali regionu. Brak konsekwentnej polityki europejskiej, konflikty z partnerami i stawianie na gesty zamiast trwałych sojuszy osłabiały zdolność Polski do realnego oddziaływania na bezpieczeństwo energetyczne całej UE.
Jarosław Kaczyński budował politykę na sporze: z Brukselą, z Berlinem, z Paryżem, a często także z Waszyngtonem – gdy interes partyjny brał górę nad strategicznym. Każdy taki konflikt osłabiał spójność Zachodu, a to od lat jest jednym z kluczowych celów rosyjskiej polityki. Polska, zamiast być mostem i graczem, stawała się problemem, który trzeba było „obsługiwać”.
Rosja nie musiała mieć w Warszawie jawnie prorosyjskiego rządu. Wystarczyło, iż ktoś skutecznie niszczył zaufanie do instytucji, osłabiał relacje z sojusznikami i zamieniał politykę zagraniczną w nieustanny konflikt. W tym sensie Jarosław Kaczyński okazał się dla Kremla politykiem użytecznym – choćby jeżeli nigdy nie był jego sojusznikiem.
Największym paradoksem narracji PiS jest to, iż pod hasłem obrony suwerenności doprowadzono do sytuacji, w której Polska miała mniejszy wpływ na decyzje Zachodu niż kiedykolwiek po 1989 roku. A kraj słaby, skłócony i izolowany to dokładnie taki kraj, jakiego życzy sobie Moskwa.
Jeśli więc ktoś miałby dziś powiedzieć „dobrze zrobiliście”, to nie w Berlinie ani w Brukseli. Tam raczej odetchnęli z ulgą, gdy ten rozdział się skończył. Natomiast na Kremlu – tam naprawdę mogli być dumni.
Teraz Kaczyński ma jeszcze pilnego ucznia – Karola Nawrockiego, uzurpatora, nielegalnie zajmującego miejsce w pałacu prezydenckim. To najbardziej prorosyjski polityk PiS.

10 godzin temu








