Dyrektor CIA John Ratcliffe odwiedził Moskwę 25 sierpnia, a według amerykańskich doniesień ostrzegł Rosję przed atakiem na państwa NATO. Donald Tusk ocenił później, iż najbliższe sześć miesięcy może rozstrzygnąć o bezpieczeństwie Polski i Sojuszu. Stawka jest konkretna: czy artykuł 5 zadziała szybko, zanim ograniczona prowokacja przerodzi się w większy konflikt.
Rzadkie ostrzeżenie przekazane w Moskwie
John Ratcliffe spotkał się w Moskwie z szefem rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiejem Naryszkinem oraz dyrektorem FSB Aleksandrem Bortnikowem. Kreml potwierdził rozmowy, choć nie ujawnił ich treści. Prezydent USA Donald Trump określił wizytę jako częściowo rutynową, ale podróż urzędującego dyrektora CIA do rosyjskiej stolicy pozostaje zdarzeniem rzadkim.
Według amerykańskich mediów jednym z celów miało być ostrzeżenie przed eskalacją wobec sojuszników, zwłaszcza Estonii, Łotwy i Litwy. Nie jest to oficjalne potwierdzenie planu rosyjskiego ataku. Jest to jednak sygnał, którego państwo na wschodniej flance nie ma prawa lekceważyć. Donald Tusk po rozmowie z Markiem Rutte mówił o sześciu miesiącach próby, a więc o okresie wymagającym podwyższonej gotowości politycznej i wojskowej.
Artykuł 5 nie jest automatycznym planem wojny
Oficjalne wyjaśnienie NATO stanowi, iż zbrojna napaść na jednego sojusznika jest traktowana jako napaść na wszystkich. Każde państwo ma następnie podjąć działania, które uzna za konieczne, włącznie z użyciem siły zbrojnej. To ważne zastrzeżenie. Artykuł 5 tworzy zobowiązanie do pomocy, ale nie narzuca każdej stolicy identycznej odpowiedzi ani jednego automatycznego scenariusza.
Rosja może próbować wykorzystać właśnie tę przestrzeń polityczną. Ograniczony incydent, sabotaż, atak dronem albo działanie prowadzone pod progiem pełnej wojny stawia sojuszników przed trudnością atrybucji i wyboru odpowiedzi. Kreml od dawna sprawdza odporność państw NATO. Celem prowokacji może być wykazanie, iż stolice Zachodu spierają się dłużej, niż Moskwa potrzebuje na stworzenie faktów dokonanych.
Spór towarzyszył wejściu Polski do NATO
Dzisiejsze obawy mają historyczne tło. 30 kwietnia 1998 roku Senat Stanów Zjednoczonych zatwierdził rozszerzenie NATO stosunkiem głosów 80 do 19. Decyzja dotyczyła przyjęcia Polski, Czech i Węgier. Przeciwnicy wskazywali między innymi na koszty, ryzyko pogorszenia stosunków z Rosją oraz pytanie o wiarygodność obrony nowych członków.
Polska weszła do NATO 12 marca 1999 roku. Od tamtej chwili Sojusz jest podstawowym filarem naszego bezpieczeństwa, ale polska racja stanu nie może sprowadzać się do wiary w dokument. Gwarancja jest wiarygodna wtedy, gdy za traktatem stoją rozlokowane siły, zapasy amunicji, sprawne dowodzenie i polityczna decyzja podjęta bez zwłoki.
Polska potrzebuje zdolności, nie uspokajających formuł
Dla Warszawy wniosek jest prosty. Trzeba wzmacniać obecność wojsk sojuszniczych, obronę przeciwlotniczą, rozpoznanie i ochronę infrastruktury krytycznej. Równolegle Polska musi rozbudowywać własne zdolności, ponieważ pierwsze godziny kryzysu mogą przypaść wyłącznie na nasze wojsko i służby. Sojusze są narzędziem państw silnych, a nie zastępstwem za własną siłę.
Nie wolno też wpadać w panikę ani przedstawiać każdej informacji wywiadowczej jako zapowiedzi nieuchronnej wojny. Twardy realizm polega na przygotowaniu najgorszego scenariusza bez oddawania przeciwnikowi kontroli nad debatą publiczną. Prezydent Finlandii Alexander Stubb studził alarm przed rychłym atakiem, ale zarazem przestrzegał przed lekceważeniem Moskwy. To adekwatna równowaga.
Artykuł 5 pozostaje potężnym mechanizmem odstraszania. Polska musi jednak dopilnować, aby rosyjski test spotkał się z odpowiedzią szybszą i bardziej zdecydowaną, niż zakładają planiści na Kremlu. Bez tego traktatowa solidarność może zostać poddana próbie w najgorszym możliwym momencie.
Źródło: OKO.press, NATO, Associated Press, Senat Stanów Zjednoczonych
Źródło: OKO.press












