Referendum w Krakowie-kto zyska, kto straci? (Nie)polityczny Kraków EXTRA

2 godzin temu

Stało się. Ruszyła maszyna o nazwie „odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego”. To wcale nie znaczy, iż referendum się odbędzie, ale i tak oznacza dużo.

27 stycznia środowisko, które samo określiło się jako „Grupa Obywateli”, złożyło zawiadomienie o powstaniu komitetu, którego celem jest doprowadzenie do referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa. Proceduralnie jest to pierwszy krok do uruchomienia całej machiny referendalnej. Kolejne to zbiórka podpisów mieszkańców Krakowa pod wnioskiem popierającym referendum i samo referendum.

Po drodze oczywiście znajduje się parę pułapek. Pierwsza to zebranie podpisów osób zameldowanych w Krakowie, które mają prawo wyborcze. Niby oczywiste, ale trzeba przypomnieć, iż gdy kilkanaście lat temu Łukasz Gibała starał się zorganizować referendum w sprawie odwołania prezydenta Jacka Majchrowskiego, poległ właśnie na tym etapie. Stało się tak, ponieważ na listach poparcia organizacji referendum zgromadzono liczne podpisy osób spoza Krakowa, wskutek czego nie zebrano stosownej liczby podpisów. Organizatorzy obecnej akcji powinni odrobić tę lekcję, a limit podpisów Krakowian zainteresowanych odwołaniem prezydenta to ponad 58 tysięcy. Druga bariera to bariera frekwencyjna. W ewentualnym referendum powinno wziąć udział 3/5 z liczby, która stanowiła liczbę wyborców biorących udział w wyborze prezydenta Miszalskiego. jeżeli więc referendum odbędzie się, będzie wiązać jeżeli weźmie w nim udział ok. 160 tysięcy mieszkańców. Dopiero po osiągnięciu tego limitu będzie można liczyć głosy za odwołaniem i przeciw niemu, bo wtedy referendum będzie wiążące. Właśnie, wiążące. Bo referendum, które osiągnie odpowiednią frekwencję jest referendum wiążącym, a nie ważnym. Referendum ważne, to najprościej mówiąc takie, które jest przeprowadzone zgodnie z przepisami. Znaczy to, iż referendum, w którym do urn poszła zbyt mała liczba obywateli może nie okazać się wiążące, ale będzie ważne.

Droga, którą zainicjowano we wtorek, nie jest więc wcale taka prosta. Choć doniesienia medialne i komentarze polityczne z ostatnich miesięcy powodują, iż sam fakt rozpoczęcia procedury referendalnej nie jest w Krakowie wielką sensacją. W całym wydarzeniu są elementy oczekiwane, ale są też zaskakujące.

Przede wszystkim, oczekiwany jest sam fakt rozpoczęcia procedury referendalnej. Tak wielu polityków mówiło o jej rozpoczęciu, iż zaniechanie akcji godziłoby w nich samych jako polityków niesłownych i niepoważnych. Od tygodni podnoszą się również głosy niezadowolenia związane z wprowadzeniem w Krakowie Strefy Czystego Transportu i podwyżką cen biletów MPK. W Krakowie rozlepiane są plakaty wyśmiewające medialną aktywność Aleksandra Miszalskiego. Głośno komentowano zatrudnianie polityków głównej partii rządzącej w magistracie i jednostkach miejskich, w tym zwłaszcza w spółkach miasta, czy reorganizację urzędu miasta, która miała służyć zahamowaniu rozrostu administracji, a doprowadziła do zwiększenia liczby dyrektorów. To tylko najważniejsze, lub najgłośniejsze wydarzenia, jakie tworzyły nieprzyjazny klimat wokół prezydenta, który jednocześnie stał się bardzo przyjaznym klimatem dla odwołania prezydenta.

Sprawy mniej oczekiwane. Po pierwsze, duża zachowawczość Łukasza Gibały, który przez sporą część opinii publicznej postrzegany był jako spiritus movens przyszłej akcji referendalnej. Oczywiście jest to polityk, który może najwięcej zyskać na tym, iż referendum się powiedzie, bo jest jednym z głównych kandydatów do objęcia ewentualnej schedy po Miszalskim. Równie oczywisty jest jednak fakt, iż jest to polityk, który dużo straci, jeżeli referendum się nie powiedzie, a to ze względu na fakt, iż mówił o nim tak często i głośno, iż często jest utożsamiany z całą inicjatywą i jej porażka będzie jednocześnie jego porażką. Dlatego lider Krakowa dla Mieszkańców nie jest twarzą początkowego etapu procedury referendalnej, choć łatwo sobie wyobrazić, iż mocno trzyma kciuki za jej powodzenie, a może i na trzymaniu kciuków nie kończy. Formalnie jednak twarzą organizacji referendum został radny Dzielnicy I, znany krytyk polityki Aleksandra Miszalskiego, Jan Hoffman. Ciekawostką jest, iż w ostatnich wyborach samorządowych ubiegał się on o mandat krakowskiego radnego z listy Andrzeja Kuliga, czyli namaszczonego przez Jacka Majchrowskiego kandydata na prezydenta Krakowa. interesujące będzie więc, jaką postawę w sprawie referendum zajmie były prezydent Krakowa, którego poparcie dla Miszalskiego przed drugą turą wyborów prezydenckich w kwietniu 2024 r. nie było bez znaczenia. Jak zawsze, rolę zagończyków nawołujących do referendum spełnia środowisko Konfederacji, które Miszalskiego programowo nie znosi, ale dało się poznać jako zdyscyplinowane i karne przy urnach wyborczych. Dlatego stanowi zagrożenie dla prezydenta, bo na liście poparcia organizacji głosowania się podpisze, a i podpisy pozbiera, a w ewentualnym referendum weźmie udział na pewno. W całej tej układance interesująca jest też rola Prawa i Sprawiedliwości. W naturalny sposób środowisko to cieszy się z każdego kłopotu Koalicji Obywatelskiej. Ale cieszy się cicho, bo zwycięstwo kandydata PiS w przedterminowych wyborach prezydenta Krakowa byłoby trudne, jeżeli nie niemożliwe. Dlatego politycy tej partii w referendum pomogą ile mogą, ale nie będą stawać na rzęsach, by się powiodło, bo uzysk z tego będą mieć niewielki.

Największe zaskoczenie to chyba fakt, iż inicjatorzy referendum chcą również odwołać radę miasta. Głosy dotyczące tego pomysłu nie pojawiały się w przestrzeni publicznej nader często, co może spowodować, iż ludziom nie spodoba się ten pomysł, szczególnie, iż całkiem sporo mandatów mają w niej i politycy Prawa i Sprawiedliwości i Krakowa dla Mieszkańców Łukasza Gibały. Jednak, jeżeli chęć odwołania Miszalskiego będzie wzrastać i referendum powiedzie się, rada miasta może nie przetrwać tego referendum niejako przy okazji, a więc przez przypadek.

Co w tej nowej sytuacji powinien zrobić Aleksander Miszalski? To, co każdy włodarz gminy w jego sytuacji, a więc nie za dużo. Jego szansą jest brak uzyskania przez organizatorów akcji referendalnej wystarczającej liczby podpisów pod wnioskiem o referendum, a jeżeli to się nie uda, także brak wystarczającej frekwencji w głosowaniu, która sprawi, iż referendum nie będzie wiążące. Mobilizacja przeciwników prezydenta w referendum będzie oczywista, w tej sytuacji powinien on skłonić niezdecydowanych do nierobienia niczego. jeżeli bowiem zostaną w domu, albo pojadą na weekend za miasto, do urn pójdzie zbyt mało mieszkańców, a to sprawi, iż Miszalski zostanie na stanowisku. Z jednej strony, byłoby to jego wzmocnienie i zapewniłoby spokój do końca kadencji, a ten ma nastąpić dopiero za trzy lata. Z drugiej jednak, domaganie się sporej części mieszkańców referendum i sama inicjatywa jego przeprowadzenia już sama w sobie osłabia jego pozycję przed kolejnymi wyborami.

Ewentualne referendum będzie więc loterią, która pokaże rzeczywiste nastroje Krakowian. jeżeli powiedzie się, będzie oznaczało, iż mieszkańcy domagają się konkretnej wizji zarządzania miastem, reform i oszczędności szukanych w innych miejscach niż ich kieszenie. o ile nie, pokaże, iż zarządzanie z dużym naciskiem na media społecznościowe i propagowanie działań popularnych w tych mediach jest miastu potrzebne. Całkiem serio, ponieważ klęska referendum pokaże, iż tak właśnie jest i polityka trzeciej dekady XXI w. ma właśnie toczyć się na dachach, bo ludzie tak wolą. A prezydent Miszalski będzie tylko tego beneficjentem, a nie winowajcą, okaże się bowiem taki, jakim chce go widzieć większość.

Loteria, która zaczęła się 27 stycznia, będzie mieć jeszcze wiele etapów. Dlatego dość prędko wypada wycofać się z poglądu, iż 2026 rok będzie spokojny w polityce. W Krakowie nie będzie.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału