Raźny: Zarządzają strachem

myslpolska.info 3 godzin temu

Ci z nas, którzy pamiętają epokę PRL i jej zdeterminowanie przez totalitaryzm komunistyczny – bądź ci młodsi, którzy zdobyli sporą wiedzę na ten temat – rozumieją czym jest strach jako instrument nie tylko dyscyplinowania społeczeństwa, ale również kształtowania nowego człowieka – homo sovieticusa.

W pracach poświęconych antropologii tej utopii społeczno-politycznej powtarza się określenie okresu jej realizacji – trwającego od rewolucji bolszewickiej do rozpadu Związku Radzieckiego – epoką wielkiego strachu. I nie był to strach metafizyczny, wywołany czynnikami od ludzkiej woli i ludzkiego statusu ontycznego niezależnymi – takimi jak skończoność istnienia i nieuchronność śmierci, niezawinione cierpienie i wina, kataklizmy w przyrodzie etc. To był strach zdeterminowany geopolitycznie, społecznie, ekonomicznie, cywilizacyjnie. Strach przed władzą i ideologami realizowanej utopii, wobec których sprzeciw groził represjami – od więzienia i utraty pracy po wyrok śmierci.

Przemoc i kłamstwo były podstawowymi instrumentami wywoływania w społeczeństwie strachu, którego celem było nade wszystko paraliżowanie woli i myśli zarówno pojedynczego człowieka, jak i całej wspólnoty. Ten mechanizm dławienia wolności przedstawił na przykładzie środowiska literacko-artystycznego Czesław Miłosz w Zniewolonym umyśle. Autor nie zdobył się w nim jednak na klarowną konkluzję, iż poprzez zniewalanie umysłu władza komunistyczna dążyła do ukształtowania nowego człowieka, będącego celem przyjętej przez nią utopijnej antropologii.

Nowa epoka strachu

Trwająca dziesięcioleciami dyskredytacja komunizmu jako dehumanizującej utopii oraz totalitaryzmu jako sposobu sprawowanej w jej imię władzy została oficjalnie przypieczętowana pieriestrojką Michaiła Gorbaczowa, wyzwalającą społeczeństwa bloku socjalistycznego ze strachu i kłamstwa ideologiczno-politycznego. Hasło napisanego w 1974 roku przez Aleksandra Sołżenicyna manifestu Nie żyć w kłamstwie stało się rzeczywistością. W jej wywalczeniu miał duży udział polski naród, organizując się w pokojową armię wielomilionowej Solidarności, która miała odwagę zakwestionować uzurpację komunistycznej władzy do rządu naszych dusz.

Będąc uczestnikami tych przemian, Polacy byli przekonani, iż „wybiliśmy się na niepodległość” – wyzwolenie nie tylko spod politycznego jarzma Jałty, ale również od istotnych dla naszej tożsamości narodowej i cywilizacyjno-kulturowej obciążeń komunizmu: kłamstwa ideologiczno-politycznego oraz strachu jako instrumentu sprawowania władzy. Byliśmy przekonani, iż stając się częścią kolektywnego Zachodu – pod szyldem NATO, UE i USA jako światowego hegemona – osiągniemy nie tylko dobrobyt jego społeczeństw i poczucie bezpieczeństwa – wraz z gwarancją pokoju – ale również wolność od niegdysiejszego strachu przed władzą. Strachu przed władzą oderwaną od narodu, który zmuszany był przez komunistyczną propagandę przypisywać jej atrybuty tajemnicy, cudu i autorytetu – jak trafnie ujął jej wizerunek Michaił Heller w książce Maszyna i śrubki. Jak hartował się człowiek radziecki.

Wybierane w demokratycznych wyborach władze III RP miały być zaprzeczeniem komunistycznego modelu, wcieleniem sługi narodu – tylko polskiego, żadnego innego. Decyzje w sprawach Polaków i Polski miały być racjonalne, klarowne, skoncentrowane na naszym interie narodowym. Taki był etap oczekiwań na wcielenie w struktury zachodnie, któremu towarzyszyła powszechna westernizacja społeczna i cywilizacyjno-kulturowa. Gdy staliśmy się członkami NATO i UE oraz „sojusznikami” –wasalami USA, powinniśmy poczuć ulgę, odnieść satysfakcję z odniesionego sukcesu politycznego i czerpać z niego korzyści – bo jakieś niewątpliwie można wyliczyć.

Niepokoi jednak stan umysłów polskiego społeczeństwa, zdeterminowany strachem przed Rosją i grożącej nam z nią wojną. I nie jest to tylko reakcja Polaków na toczącą się na Ukrainie wojnę. Należymy przecież do sytego i bezpiecznego – w ramach natowskich gwarancji – Zachodu, do którego wyniszczana przez wojnę Ukraina dopiero aspiruje. Dlaczego więc Polacy boją się i Rosji i wojny z nią? Odpowiedź jest prosta: bo ich strach podsyca władza oraz powiązane z nimi środowiska opiniotwórcze i media. Straszą nas, bo przestraszonymi łatwiej rządzić i bez skrupułów wydawać ich podatki na nieprzemyślane zbrojenia. Nieustannie więc słyszymy o atakujących nas ze strony Rosji dronach, rakietach, podpalających nasz kraj dywersantach, planowanych akcjach terroru i oczywiście niemal codziennych cyberatakach. Wszystkie te wrogie działanie przedstawiane są jako rosyjskie, choćby wtedy, gdy są dowody na ich ukraińskie pochodzenie. Mamy więc do czynienia z nową wersją komunistycznej propagandy, opartej na kłamstwie i instrumencie strachu. Ta nowa wersja dyscyplinującej społeczeństwo propagandy nie jest jednak polskim wymysłem.

Geopolityczny terror

Polscy decydenci stali się jedynie sługami geopolitycznych liderów Zachodu z każdym prezydentem USA na czele. Specjalnością tych drugich jest bowiem sianie strachu globalnego przed ich hegemoniczną rolą i ”nieprzezwyciężoną potęgą”, których świadectwem miały być amerykańskie działania wojenne na Bliskim Wschodzie oraz wsparcie dla Ukrainy. I w jednym i drugim przypadku „nieprzezwyciężona potęga” wspiera reżimy nazistowskie: ukraiński neobanderyzm oraz izraelski syjonizm. Czy dlatego Ameryka patronowała narodzinom rusofobii – największej w Polsce – aby Zachód uwierzył w zagrożenie większe od tych dwóch nazistowskich reżimów? Polityka Waszyngtonu ostatnich lat na to właśnie wskazuje. Zgodnie z jej opcją zagrożeniem dla Europy i świata jest Rosja. Nie są nim rosnące coraz bardziej w siłę – wspierane przez USA – wymienione nazizmy. Mamy się bać Rosji i zbroić do wojny z nią, natomiast nazizmy wspierać.

Nie bez znaczenia jest w tym wypadku wsparcie dla Ukrainy i Izraela, jakie okazują panującym w nich reżimom Niemcy, gdzie słyszymy już pogłos nazistowski w wypowiedziach niektórych polityków AFD. Władze niemieckie wzięły do serca amerykańskie wezwania – i niestety, polskie – do zwiększenia nakładów na zbrojenia i postanowiły uczynić swoją armię największą potęgą w Europie. jeżeli więc reżim ukraiński przetrwa, a Niemcy osiągną zamierzony cel – realnym zagrożeniem dla Polski będzie nie Rosja, ale sojusz ukraińsko-niemiecki, budowany na programie technofaszystów z Palantir Technologies – największej z istniejących cyfrowej korporacji. Jej szefowie – Alex Karp i Peter Thiel (na zdjęciu) – głoszą otwarcie budowę nowego porządku świata w oparciu o sztuczną inteligencję i siłę militarną. Jednocześnie wzywają, aby przezwyciężyć „przymusowy pacyfizm” Niemiec i Japonii narzucony im jako przegranym w II wojnie światowej. Jakby tego było mało amerykański prezydent hasłu swej obecnej kadencji America First usiłuje nadawać metafizyczny wymiar, mówiąc o jej globalnej misji i wybraniu przez Opatrzność. Owa „misja” budzi jednak niedowierzanie i osłabia budzony przez Amerykę strach przed Rosją. Irańska wersja owej „misji” uświadamia nam, iż wprawdzie normalizacja – legalizacja – kłamstwa propagandowego osiągnęła na Zachodzie apogeum, nie zdelegalizowała jednak prawdy, która zawsze znajdzie swych obrońców. Misyjny wizerunek USA, które – jak zapowiadał prezydent Trump – miały zetrzeć z powierzchni ziemi Iran w imię zaprowadzenia „sprawiedliwości” na Bliskim Wschodzie – legł w gruzach. Iran nie przestraszył się tej dziejowej misji Ameryki i stawił jej opór, dając przykład jak walczyć nie tylko z jej przewagą militarną, ale również kłamstwem propagandowy. Strachy na Iran okazały się straszydłami.

Strach, jakim Trump chciał złamać ten starożytny naród, nie jest bowiem strachem metafizycznym, opisanym m.in. przez Sorena Kierkegaarda w traktacie Choroba na śmierć czy w pracy Maxa Schelera Cierpienie. śmierć, dalsze życie. Taki strach zmusza bowiem do refleksji nad statusem naszego istnienia, nad naszymi powiązaniami ze źródłem wszelkiego bytu; pozwala zrozumieć istotę naszej ograniczoności, kruszy wszelkie samoubóstwienie. Takim strachem, na szczęście, nie jest w stanie zarządzać żadna władza, żadne służby specjalne, żadna propaganda ani żaden Palantir. .

Ten strach, którym zarządzają atlantyści i globaliści kolektywnego Zachodu to w rzeczywistości strach nie o nas, ale o ich „tu i teraz’. O utrzymanie ich władzy nad nami i płynące z niej ich partykularne korzyści. To strach o zachowanie dobrze prosperującego ich feudalizmu intelektualnego, polegającego na utrzymywaniu naszych umysłów w zniewoleniu kłamstwami proamerykańskiej, probanderowskiej czy proizraelskiej propagandy, a jednocześnie narzucającego nam dehumanizującą nas rusofobię, która przekształca się w formę kolektywnego zachodniego nazizmu.

Cel zastraszania

Ideologowie i politycy kolektywnego Zachodu – atlantyści i globaliści z szyldem liberalizmu – poprzez zastraszanie społeczeństw osiągają cele nie tylko geopolityczne, ale również cywilizacyjno-kulturowe. Strach obywateli państw zachodnich stał się skutecznym środkiem ich ubezwłasnowolnienia w sferze idei i wartości. Przestraszeni ludzie widmem wojny z Rosją nie weryfikują narzucanych im przez propagandę scenariuszy tej wojny i godzą się na niespotykany w historii wyścig zbrojeń z ich podatków. Nie biorą odpowiedzialności ani za te scenariusze, ani za ten wyścig. Obywatele Zachodu przekształceni zostali bowiem przez instrument strachu w infantylne osoby, za których los odpowiedzialność biorą władze realizujące plany dyskredytującego się na naszych oczach transatlantyzmu i globalnego liberalizmu.

Te władze zapominają o jednym: człowiek zdolny jest nie tylko do przezwyciężenia strachu w aktach odwagi, ale również do heroizmu, w którym swoje „tu i teraz” poświęca w imię tego, co je przewyższa. Zapominają, iż zawsze wśród nas – śmiertelników – znajdą się ci, których niezwykle trudno przestraszyć. W każdym pokoleniu i w każdym czasie pojawiają się nieustraszeni, którzy nie tylko obnażają prawdę o istocie zastraszającego nas mechanizmu, ale również potrafią wskazać sposoby przeciwdziałania tym, którzy nim zarządzają – politykom, finansjerze, mediom.

Antropologia komunistyczna miała wybitnie negatywny i zarazem utopijny charakter. Wysunęła koncepcję człowieka odciętego od Transcendencji, jednowymiarowego, słabego, niezdolnego do przekraczania swych ograniczeń i do takiej wolności, której nieodłącznym atrybutem jest odpowiedzialność. Wysunęła koncepcję włączającą w jego ukształtowanie instrument strachu. Ten eksperyment antropologiczny nie powiódł się. W ludziach dawnego bloku socjalistycznego zwyciężyła tęsknota za Transcendencją, pragnienie wolności i wola ponoszenia za jej skutki odpowiedzialności. Takie są bowiem atrybuty naszego człowieczeństwa. Taką lekcję antropologii przechodziliśmy w niedawnej przeszłości. Płynie z niej jeden prawidłowy wniosek: wszelkie próby ponowienia we współczesnej wersji koncepcji nowego człowieka – z wykorzystaniem instrumentu strachu i pomocą najnowszych technologii, sztucznej inteligencji i wszelkich służb – skazane są również na fiasko.

prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Idź do oryginalnego materiału