„Nie do przyjęcia” , „niedopuszczalne” – taka była reakcja papieża Leona XIV na rzuconą światu w pierwszy dzień po Wielkanocy przez prezydenta USA zapowiedź unicestwienia Iranu: „Cała cywilizacja zginie dziś w nocy i nigdy się nie odrodzi” – jeżeli Teheran nie odblokuje cieśniny Ormuzu.
Ta zapowiedź skierowana była nie tylko do irańskiego narodu i jego starożytnej cywilizacji, ale również do nas wszystkich. Reakcja papieża była jedyną w swoim rodzaju – dyplomatyczno-etyczną – formą jej stanowczego potępienia, odmowy prawa do zaistnienia.
Teraz, gdy już wiadomo, iż upragniony przez wszystkich – z wyjątkiem Tel Awiwu – rozejm w nowej fazie wojny amerykańsko-izraelskiej z Iranem – nie przyniósł żadnej perspektywy jej zakończenia, pora podsumować wysiłki jeszcze bardziej zagrożonego świata na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie. Gdyby ta reszta świata podjęła na poziomie dyplomatyczno-medialnym moralne wyzwanie, rzucone przez Leona XIV amerykańsko-izraelskim agresorom, może nie musielibyśmy przeżywać w tej chwili nowego etapu troski o pokój nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale również wszędzie gdzie indziej, także w Polsce.
Gdyby przynajmniej jakaś licząca się część przywódców politycznych poszła za przykładem Leona XIV i głośno powiedziała, iż nie do przyjęcia są wojny prewencyjne, które prowadzą USA i Izrael, iż za ich wywołanie grożą realne sankcje, kary, trybunały, wykluczenia z międzynarodowej przestrzeni publicznej – bylibyśmy w innej rzeczywistości. Gdyby liderzy polityczni i usłużne wobec nich media chcieli potraktować amerykańsko-izraelskich agresorów choć w pewnej części tak, jak została w 2022 roku potraktowana przez nich Rosja, występująca w obronie prześladowanej mniejszości rosyjskojęzycznej na Ukrainie – moglibyśmy powiedzieć, iż nie ciąży na nich grzech zaniechania. Jednak tym samym decydentom, którzy potępili Rosję, obłożyli sankcjami, wyrzucili z międzynarodowych instytucji i systemów finansowych, świata kultury i sportu, a samych Rosjan potraktowali w rasistowski sposób jako podludzi – teraz nagle zabrakło odwagi, żeby powiedzieć głośno: „król jest nagi”, iż USA nie są już światowym hegemonem, zaś Izrael jest terrorystycznym państwem, uprawiającym politykę poszerzania swojego terytorium na drodze ludobójstwa dokonywanego systematycznie na Palestyńczykach, a ostatnio również Irańczykach i Libańczykach.
Nikt z polityków kolektywnego Zachodu, doprowadzonego pod patronatem USA do upadku, nie wykorzystał historycznego momentu, aby powiedzieć światu, iż Trumpowska groźba unicestwienia Iranu nie jest ekscesem politycznym niezrównoważonego amerykańskiego prezydenta. Jest przejawem zbudowanej pod egidą USA liberalno-transatlantycko cywilizacji w wersji syjonistycznej, odrzucającej istniejący boski porządek świata z jego fundamentem uniwersalnych wartości: prawdy, dobra i piękna. Nikt nie miał odwagi powiedzieć głośno, iż ta cywilizacja uniemożliwia pokój nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale również na Ukrainie, bo zastąpiła opartą na sprawiedliwości augustiańsko-tomistyczną ideę pokoju koncepcją bezpieczeństwa opartego na sile przemysłu zbrojeniowego i programach neokolonialnego podboju świata.
Honor zachodnich przywódców państw powstałych na gruncie cywilizacji chrześcijańskiej uratowała prezydent Włoch Giorgia Meloni, która wzięła w obronę papieża krytykowanego z furią przez D. Trumpa i jego otoczenie. W sytuacji, gdy choćby Hitler i Musolini oficjalnie nie napadali na Piusa XII – którego nieoficjalnie zmuszali do przejścia na ich stronę, a Niemcy opracowali choćby plan jego porwania, gdyż niestrudzenie nawoływał do pokoju – milczenie reszty przywódców jest wymowne. Atak Trumpa na Leona XIV można porównać jedynie z postawą Józefa Stalina, który na konferencji w Poczdamie w 1945 r. na informację Winstona Churchila, iż papieżowi nie podoba się oddanie Europy Wschodniej komunistom – odpowiedział pytaniem: a ile dywizji ma papież?
Przytłaczająca większość globalnego establishmentu politycznego nie ma odwagi choćby tylko upomnieć upadłego hegemona. W ich świadomości istnieje bowiem przez cały czas jego fałszywy mit – zniewalający, obezwładniający, domagający się solidnej analizy na gruncie antropologii politycznej, która w Polsce – w przeciwieństwie np. do Rosji – niestety, nie istnieje. Polscy trumpiści z prezydentem Nawrockim na czele nagle nabrali wody w usta i udają, ze nic nie wiedzą o antypapieskiej i zarazem antykatolickiej propagandzie ich idola i mentora politycznego w jednej osobie. Oni bowiem także przyjęli za swoje „wartości polityczne” amerykańskiego prezydenta.
Posthegemoniczna amoralność
W ramach przez cały czas żywego mitu hegemona dokonuje się wciąż na nowo normalizacja wojennych działań USA, strategii ultimatów, sankcji, porywania prezydentów suwerennych państw, przejmowania kontroli nad ich zasobami, planowania kolejnych imperialnych agresji etc. – prezentowanych przez prezydenta D. Trumpa. Również w ramach tego fałszywego mitu dokonuje się normalizacja ludobójczej polityki Tel Awiwu oraz budowa Wielkiego Izraela – od Nilu po Eufrat. Teraz, gdy już wiemy, iż fiaskiem zakończył się podjęty dzięki Pakistanowi dialog między USA i Iranem w celu zakończenia tej bezrozumnej i niczym nie usprawiedliwionej kolejnej wojny prewencyjnej na Bliskim Wschodzie – znowu znaleźliśmy się pod presją jej eskalacji i perspektywy kolejnych gróźb unicestwienia ludzkości.
Czy wobec dramatycznego biegu wydarzeń bliskowschodnich istnieje szansa na jego odwrócenie? Słyszane głosy politycznie poprawnej krytyki nie oznaczają bowiem podjęcia przez jej autorów próby obrony świata przed amerykańsko-izraelskimi zagrożeniem. Przykładem mogą tu być delikatne upomnienia agresorów ze strony prezydenta Francji Macrona, premiera Wielkiej Brytanii Starmera czy kanclerza Niemiec Merza. Niepoprawna politycznie, a więc odrzucająca „wartości” agresorów była natomiast wypowiedź Khawaja Asifa, ministra obrony Pakistanu, który zdecydowanie potępił syjonistyczną politykę Izraela i Ameryki. Na platformie X napisał: „Izrael jest złem i przekleństwem dla ludzkości, podczas gdy w Islamabadzie realizowane są rozmowy pokojowe, w Libanie dochodzi do ludobójstwa”. Nie chcąc szkodzić perspektywie dalszych rozmów pokojowych, pakistański minister usunął swój antysyjonistyczny wpis z platformy. Nie usunął natomiast z historycznego zapisu, bo swojego stanowiska wobec Izraela nie zmienił na jotę. Z ostrą krytyką amerykańsko-izraelskiej wojny prewencyjnej oraz potępieniem izraelskiego ludobójstwa wystąpił premier Hiszpanii Pedro Sanchez, zakazując jednocześnie tranzytu materiałów obronnych dla izraelskiej armii przez hiszpańskie porty i przestrzeń powietrzną. Wszystkie te próby powstrzymania zagrożenia amerykańsko-izraelskiego są zbyt słabe, aby mogły być skuteczne. Reszta globalnego establishmentu politycznego biernie kibicuje trwającemu zderzeniu cywilizacji, które zapowiadał – w innej wersji – kilkadziesiąt lat temu Samuel Huntington Kibicuje zderzeniu cywilizacji wojny z cywilizacją pokoju.
Milczenie większości elit politycznych i opiniotwórczych jest niepokojące. Elity te nie będą bronić wartości uniwersalnych – ponadczasowych, ponadopolitycznych, zakorzenionych w sferze metafizycznej – bo zastąpili je amerykańsko-izraelskimi, z którymi nie będą walczyć. Co więcej, bronić będą tych nowych w zachodniej cywilizacji „wartości”, stawiając je ponad uniwersalnymi, jakimi są chrześcijańskie wartości moralne. Nie oponują również przeciwko temu, co za „wartościowe” uznaje amerykański prezydent dokonujący samoubóstwienia, czego wyrazem było jego kuriozalne oświadczenie, iż o tym. co jest dobre a co złe, decyduje on sam.
Polska kłótnia marszałka Włodzimierza Czarzastego z ambasadorem USA Tomem Rose’m o prezydenta Trumpa nie ma charakteru aksjologicznego, nie jest kłótnią o cywilizację pokoju, choć takie może sprawiać wrażenie. Jej manipulacyjny charakter został ujawniony poprzez jednakową reakcję obu adwersarzy na wystąpienie Konrada Berkowicza w sejmie, gdzie porównał on dokonywane przez Izrael ludobójstwo ze zbrodniami przeciwko ludzkości, popełnionymi przez III Rzeszę. Jednocześnie pokazał izraelską flagę ze swastyką, czym wywołał furię wściekłości zarówno marszałka polskiego sejmu, jak i trumpowkiego ambasadora w Polsce. Obaj zgodnie potępili polskiego posła, zaś marszałek Czarzasty, domagając się surowej kary dla niego za pokazanie zabronionej w Polsce swastyki, skutecznie odwrócił uwagę tchórzliwego zgromadzenia poselskiego od meritum zajścia: izraelskiego ludobójstwa.
W posthegemonicznej amoralności nie ma miejsca dla Boga i boskości, sacrum i profanum. Świadectwem tego jest bluźniercza grafika z Trumpem jako Chrystusem uzdrawiającym chorego, żołnierzami Pentagonu jako aniołami. Z polityków zareagował Krzysztof Bosak, nazywając grafikę bluźnierstwem. Odezwali się w tym samym duchu – o dziwo – Sławomir Cenckiewicz i Roman Giertych. A gdzie są głosy tych pisowskich polityków, którzy dzięki katolickiemu elektoratowi doszli do władzy? Gdzie oburzenie katolickich hierarchów i katolickich mediów?
Bezdroża chrześcijańskiego syjonizmu
Na bezpardonowy atak amerykańskiego prezydenta Leon XIV odpowiedział spokojem i ewangeliczną stanowczością głoszenia prawdy. Na zarzut Trumpa, iż krytyka jego polityki jest niedopuszczalna, a sukcesor Chrystusa jako głowa Kościoła Katolickiego jest „słaby” dlatego „powinien wziąć się w garść” – Leon XIV odpowiedział, iż „misją Kościoła jest wzywanie do pokoju i pojednania” a on sam „nie boi się administracji Trumpa”. Pokazał też, iż dla niego ważniejsza od debaty z amerykańskim przywódcą jest pielgrzymka, jaką podjął do ubogich, toczonych konfliktami wewnętrznymi państw Afryki. Jedzie jako posłaniec pokoju i pojednania, będących symbolem chrześcijańskiej cywilizacji, przeciwko której stanęły USA i Izrael. Papieska krytyka bliskowschodniej polityki USA, a w jej ramach amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem jest jednocześnie krytyką chrześcijańskiego syjonizmu, który stał się oficjalną ideologią tej wojny.
Jaskrawym przykładem z ostatnich dni antychrześcijańskiej polityki tych agresorów było ostrzelanie w pierwszy dzień po Wielkanocy przez izraelskie wojska konwoju papieskiego, jadącego z pomocą humanitarną do Libanu. Mimo, iż w jednym z pojazdów znajdował się nuncjusz apostolski, abp Paolo Borgia, konwój musiał zawrócić i pomoc do eksterminowanych Libańczyków nie dotarła. Podejście do niewinnych cywilnych ofiar tej wojny stanowi fundamentalną różnicę między chrześcijańską cywilizacją pokoju a zbudowaną na ideologii chrześcijańskiego syjonizmu cywilizacją prewencyjnej wojny.
Tę różnicę podkreślił dobitnie przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, arcybiskup Paul S. Coakley, który w swoim oświadczeniu ubolewa z powodu ataku Trumpa na Ojca Świętego i podkreśla, że: „Papież Leon nie jest jego rywalem; papież nie jest też politykiem. Jest Namiestnikiem Chrystusa, który przemawia w imię prawdy Ewangelii i w trosce o dusze”. Tak więc w sytuacji, gdy protestanccy i zielonoświątkowscy syjoniści amerykańscy błogosławią Trumpa na wojnę u boku Izraela z Iranem, katoliccy duchowni błogosławią papieża na jego misję pokojową. Także przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Tadeusz Wojda, podziękował papieżowi Leonowi XIV za „odważne słowa i wierność misji Kościoła”, zapewniając jednocześnie, iż Kościół w Polsce „ pozostaje w jedności z papieżem i modli się o pokój”.
Na szczęście jest to stanowisko odmienne od tego, jakie zajęli polscy biskupi w niesławnym heretyckim liście do wiernych z 22 marca b. r., w którym uznali naród żydowski za ofiarę antysemityzmu, zrodzonego z „deficytu miłości” chrześcijan do Żydów od początków istnienia chrześcijaństwa. Wezwali zarazem Polaków nie tylko do kajania się za ten grzech i pójścia do synagogi, ale również do przezwyciężenia tego fatalnego „deficytu” w momencie, gdy Izrael za zgodą jego żydowskiego społeczeństwa dokonuje ludobójstwa i uniemożliwia zapanowanie pokoju w newralgicznym punkcie świata, jakim stał się ostatnio Bliski Wschód. Ten dokument ma znaczenie nie tylko religijne; jest także świadectwem tego, na jakie manowce moralne może zaprowadzić chrześcijański syjonizm w wersji katolickiej w Polsce.
Prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 17-18 (26.04-3.05.2026)













